czwartek, 27 września 2012

Mobilizacja

Piorun uderzył gdzieś nieopodal niewielkiej rybackiej wioski nad brzegiem wzburzonego morza o czarnych falach. Całkiem ciemno było już od godziny, szarogranatowe, zachmurzone niebo rzucało duże krople wielkości ziarenek grochu. Na utwardzonej, wąskiej drodze prowadzącej do wioski woda stworzyła prawdziwe bagno. Kupcy nie byli w stanie przejechać przez nie wozami. Miękka ziemia mlaskała pod kopytami karego konia samotnego podróżnika w ciemnym płaszczu. Jego celem było właśnie Piltover leżące smętnie przy bezkresie czarnej wody.
Drzwi jedynej tawerny w okolicy skrzypnęły lekko i przybysz znalazł się w półmroku korytarza. Przez kotarę prześwitywało żółte, stłumione światło a odgłosy pobytu ludzi stawały się coraz głośniejsze. Człowiek ściągnął z głowy kaptur i w ostatnim momencie schylił się przed lecącą w jego stronę pustą butelką po alkoholu. Szkło rozsypało się po podłodze, która już wcześniej była grubo nim pokryta. Jego oczy dostrzegły teraz bezmiar codziennego chaosu, który nieustannie toczył się w gospodzie. Przy kwadratowych stolikach korsarze, rybacy ale także piraci wyjęci spod prawa, popijali piwo w dużych kuflach, śmiejąc się i przekrzykując nawzajem. Młodziutkie kelnerki z włosami związanymi wstążkami w dwa warkoczyki roznosiły zamówienia w dość szybkim tempie. Na malutkiej scenie dziewczyna o łagodnej urodzie, odziana w suknię z falbanami śpiewała żywą piosenkę. Przygrywał jej mężczyzna przy fortepianie, siedzący tyłem do wejścia. Wszystkie odgłosy burzy zagłuszał ten radosny hałas. Nikt nawet nie zwrócił uwagi na przybysza.
Jedna z niewielu kobiet, przebywających w tym czasie w tawernie, szybkim ruchem wskoczyła na stół stojący najbliżej sceny. Obcasami od skórzanych, marynarskich kozaków zrzuciła kilka kufli, robiąc sobie miejsce. W jednym momencie głowy wszystkich zwróciły się w jej stronę, muzyka ucichła, rozmowy ustały.
- Zaczynamy zabawę! - wykrzyknęła z radością w głosie i wywijając pistolet na palcu strzeliła w butelkę z zielonego szkła, która rozbiła się i odłamkami trafiła w największego mężczyznę w lokalu. Kobieta roześmiała się i uchyliła przed lecącym w jej stronę pustym kuflem, który trafił w głowę drugiego rozbójnika.
Bitwa rozpoczęła się na dobre. W ruch poszły wszystkie przedmioty, łącznie z pistoletami. Zwinna rudowłosa zawadiaczka zeskoczyła ze stołu i biegnąc, oddała serię strzałów w kierunku okien. Przebiegając obok drzwi wejściowych, została nagle zatrzymana mocnym chwytem przez podróżnika w płaszczu.
- Co ty tu robisz? - spytała, a jej twarz wyrażała zdziwienie - To już?
Nieznajomy pokiwał głową.
- Sarah, musimy porozmawiać.
Kobieta silnym ruchem ręki przesunęła w bok rozmówcę, a kula ze świstem przeleciała ponad jego ramieniem, robiąc sporą dziurę w materiale kotary. Oddając ostatni strzał Sarah i jej towarzysz wydostali się na drewnianą werandę przypominającą takie, jakie były przed kowbojskimi 'saloonami'.
- Co się stało? - założyła ręce na piersi, opierając się o kolumnę z okrojonego drzewa.
- Ile was tutaj jest? Możecie wyruszyć?
- W każdym momencie. - odparła, licząc. Ale jest nas tylko troje. Reszta udała się w góry, niestety nie wiem kogo ścigali.
Mężczyzna głośno wypuścił powietrze i przez chwilę się nie odzywał.
- Mamy bardzo poważny problem. Musicie także udać się do Great Barrier i przeprowadzić sojuszników na drugą stronę, do Demacji. Mam nadzieję, że nie będzie to dla ciebie zbyt duży problem...
- Nie, nie. Przecież po to tutaj jestem.
- Fortune? - rozległo się od strony drzwi. Rozmówcy momentalnie odwrócili się. - Co się stało?
- Będziemy musieli walczyć.
- Nie, niekoniecznie walczyć! - krzyknął mężczyzna - po prostu tej grupie potrzebna jest eskorta, na wszelki wypadek! W razie niebezpieczeństwa sami mogą sobie nie poradzić! Ponieśliśmy zbyt dużo strat.
Kobieta w fioletowej sukience do połowy uda stojąca w drzwiach zamyśliła się.
- Dobrze wiesz, co to oznacza. Walka jest nieuchronna.
Po chwili dołączył do nich jeszcze wysoki mężczyzna z brodą, którego oczy krył cień rzucany przez szeroki kapelusz z rondem.
- Możemy na was liczyć? - spytał przybysz, dosiadając swojego zmokniętego wierzchowca.
- Oczywiście - odparła Sarah Fortune. - Nie chciałbyś przenocować u nas, w Piltover? Jest burza, trudno ci będzie dzisiaj wrócić...
Mężczyzna założył kaptur i ściągnął wodze, śmiejąc się.
- Nie potrafiłbym usnąć w takim hałasie. Poza tym, mam jeszcze mnóstwo spraw do załatwienia.
Pomachał lekko dłonią do zebranych i ruszył przed siebie. Niedługo później zniknął im z oczu w gęstej mgle otulającej senne miasteczko. Kolejna błyskawica przeszyła nocne niebo. Już niedługo miało się coś wydarzyć.

sobota, 22 września 2012

Brand: Piekło

Nasza wyprawa do smoczej twierdzy nie potoczyła się tak, jak przewidywaliśmy. Razem z moimi dwoma przyjaciółmi, Xinem Zhao, byłym najważniejszym doradcą demacjańskiego króla oraz Tryndamerem, który zanim dotarł do obozu uciekł krwawej rzezi popełnionej na jego plemieniu, a także z nowym znajomym - Lee Sinem dostaliśmy zadanie przeszukania pomieszczeń gospodarczych zamku. Nie wydawało mi się, byśmy mogli coś znaleźć. Na wpół zburzone stajnie na pewno nie mogły kryć tajemnicy zaginięcia Leony, śmieszyła mnie w duchu także wizja walki w zapuszczonej kuchni zamkowej. Mimo tego zaczęliśmy dokładnie przeszukiwać wszystkie miejsca. Słońce chyliło się ku zachodowi, gdy Tryndamere palcem wskazał przez okno, na podniszczony mur obronny. Wysiliłem wzrok i dopiero po chwili dotarło do mnie, co to za stworzenie przemieszcza się szybko w kierunku bramy wejściowej.
- To Cassiopeia. - wyszeptał przyjaciel. Kayle mówiła, że Sona i Garen uciekli jej tamtej nocy, podczas balu.
- Czy ona...
- To kwestia klątwy. - wtrącił się Xin. - Nie może teraz wejść do podziemi... Dziwne. W takim razie czemu tu przyszła?
- Pewnie ma coś wspólnego z problemem naszych poszukiwań - odepchnąłem się ręką od pogryzionej lekko przez korniki szafki kuchennej i udałem się w kierunku klatki schodowej. Wtedy Xin Zhao zatrzymał mnie, kładąc mi rękę na ramieniu.
- Ona może mieć wsparcie.
- A my możemy walczyć - rzekłem niewzruszony, zapalając się niczym pochodnia. Na szczęście schody i ściany były tutaj kamienne.
Na dziedzińcu rozejrzałem się, nie dostrzegając niczego podejrzanego. Na kilka minut postanowiliśmy się rozdzielić. Poszedłem pod mur, by dokładniej przyjrzeć się śladom pozostawionym przez Cassiopeię. Na trawie leżało jedynie kilka świeżo obsypanych cegieł. Wtedy za sobą usłyszałem potężne uderzenie. Szybko odwróciłem się i posłałem dużą kulę ognia w stronę intruza.
- Nie, stój, nie zrobię krzywdy! - krzyknął donośnym głosem grafitowobłękitny potwór o nieco kanciastym ciele. Jego kończyny, głowa i skrzydła były zakończone żółtymi plamami. Sprawiał niesamowite wrażenie.
Zawróciłem ognika, który zdążył już dwa razy uderzyć gargulca.
- Co tu robisz i czemu narażasz się na mój atak?
Potwór opatulił się kamiennymi skrzydłami, jakby czegoś się obawiając.
- Wiem, czego szukacie. Widziałem tutaj niemal wszystko przez ostatnie dwa lata. Dużo się wydarzyło.
- Leona - powiedziałem cicho - wiesz, dokąd poszła?
- Wiem co robiła tutaj samotna biała anielica i jej czarna siostra. Widziałem atak na młodą z Solarich, jak również węża i córkę generała Noxus, które dziś zastawiły na was pułapkę. Układanka powoli zlewa mi się w całość...
Kroki przyjaciół przerwały moje szokujące rozmyślania. Tryndamere wyciągnął broń w kierunku gargulca, Xin przygotował się do ewentualnego ataku i tylko Lee Sin podszedł do mnie spokojnie.
- Opuśćcie to żelastwo - rzucił z obrzydzeniem.
Posłuchali go od razu.
- Czy ty nie jesteś Galio, potwór Duranda, któryś widział zamach na jego życie?
Gargulec pochylił głowę i cofnął się o dwa kroki.
- Rozumiem twój ból. Skoro jednak służysz Demacji, dlaczego nie powstrzymałeś ataku na naszą Solari?
- Byłem zdezorientowany. Najpierw wszystko co wiem o was, sojusznikach, było prawdą a teraz mroźna łuczniczka zabija pannę z Solarich? Bałem się.
- On nie wie co mówi! - Xin przyłożył mu włócznię do gardła - Ashe nie żyje! - warknął przez zęby.
Lee stracił cierpliwość i sprawnym ruchem płaskiej dłoni złamał na pół drewniany kij broni wymierzonej w Galio. Brązowe oczy wojownika na ułamek sekundy zrobiły się okrągłe, ale po chwili wróciły do normalnego stanu, pokazującego wyższość i dominację.
- Prosiłem - Lee najzwyczajniej podsumował swój wyczyn i wrócił do rozmowy z gargulcem. - Wiesz, dokąd się udały?
- Mogę zaprowadzić do podziemi. Będzie już za późno. Najpierw mróz, potem mrok Księżyca przykrył Słońce. Przyjaciele przyszli mu z odsieczą, ale zostali zamknięci w paszczach dwóch sił wrogów połączonych w połowie drogi...
- Zamknij się - krzyknął Xin. - Wiesz, gdzie jest Leona?
Galio pokiwał głową.
- Prowadź.
***
Wpadliśmy do okrągłej sali przez jeden z dwóch korytarzy podłączony do tych samych wrót. Wewnątrz widziałem ogrom walki. Gargulec miał rację, tutaj toczyła się prawdziwa bitwa. Ja i moi towarzysze wskoczyliśmy w środek tej kotłowaniny. Podpaliłem jakiegoś rosłego mężczyznę, który wijąc się w bólu przetoczył się po podłodze. Chciałem walczyć dalej, ale pokonany złapał mnie za kostkę i powalił na ziemię. Uderzając głową o kamień, ledwo się podniosłem i chwyciłem szablę przeciwnika, zapalając ją. Spodobał mi się styl walki Kayle, chociaż nie władałem bronią białą tak dobrze jak ona, czy Fiora. Obroniłem Sonę przed atakiem ze strony dużego wilkołaka.
- Zarządzamy odwrót, rozumiesz? - próbowałem przekrzyczeć ryki bojowe zgromadzonych - Przedrzyj się do drzwi, Lee Sin wyprowadzi cię na powierzchnię!
Kobieta pokiwała głową i w ostatnim momencie odepchnęła Katarinę, chcącą wbić jej nóż w pierś. Więc ona też tu była...  Moje zdezorientowanie omal mnie nie zabiło. Kątem oka widziałem fioletowy pocisk lecący wprost we mnie, ale jakaś inna siła zatrzymała go w miejscu i zrzuciła na posadzkę. Byłem za to wdzięczny Ryze'owi. Broniąc się zdążyłem powiedzieć o ucieczce jeszcze kilku osobom. Zgniatała mnie myśl, że za chwilę wszyscy zginiemy. Przeciwnik miał taką przewagę liczebną, że nie zauważył ewakuacji części moich przyjaciół. A gdzie podział się Galio? Był tak olbrzymi, że mógłby zniszczyć tu większość wrogów, a przynajmniej ich przwstraszyć. Wtedy zacząłem zauważać pułapkę, którą na nas zastawiono. A później ktoś mocno uderzył mnie w tył głowy.
***
Obudziłem się przez wilgoć panującą na miejscu. Nad sobą dostrzegłem ładną, choć zmęczoną, okrągłą twarz.
- Jednak żyjesz. - ten głos mnie uspokoił, chociaż wiedziałem, że jest ze mną bardzo źle. Spróbowałem się podnieść, ale drobniutka dłoń powstrzymała to działanie.
- Powinieneś odpocząć.
Z trudem przypomniałem sobie zadanie wydostania przyjaciół z potrzasku. Nie wszystko się udało.
- Wydostali się? Nikt nie zginął? - nagle dotarło do mnie, że zostaliśmy oszukani.
- Wielu zginęło - zasmuciła się, głaszcząc mnie po włosach dla uspokojenia - chociaż nas uratowaliście. Mnie na pewno.
- Noxus miał nas zgnieść w tej komnacie - rzekłem, wciąż roztrzęsiony. Odwróciłem głowę w prawo i ujrzałem powyginane i trochę zwęglone ciało mężczyzny, któremu wczoraj zadałem ostateczny cios. - Powiedz, że się wydostali!
- Część uciekła. Nie wiem, czy ocaleli na powierzchni. - ciemnobrązowy kosmyk włosów opadł na twarz Leony. - Czasami się zastanawiam, czemu tutaj śmierć jest na porządku dziennym..
- Żyjemy w czasach wojny...
-... Wiecznej wojny, Brand! Pamiętasz może czas pokoju między nami?
Pokręciłem głową i poczułem rozdzierający ból w czaszce.
- Nie powinieneś się ruszać. Nie jest ci zimno?
W odpowiedzi zapaliłem ogień na dłoni, chociaż wymagało to ode mnie dużej energii. Mnie nigdy nie było zimno, ale czułem jak dziewczyna drżała. Powietrze mogło mieć tutaj koło czterech stopni.
- Czyli nas tutaj zamknęli. Tak jak przypuszczałem.
- Dzięki waszej interwencji zamknęli tylko nas dwoje.
- A inni?
Poczułem, jak się waha.
- Wszystko w porządku? - chwyciłem jej chłodną dłoń i rozgrzewałem ją w palcach.
- Janna i Ryze nie żyją.
Nie musiałem weryfikować tych informacji, nie byłem nawet wściekły na Noxian. Teraz napłynął i dotarł do mnie ból, tak potężny, że miałem wrażenie iż rozerwie mnie od środka. Ryze poprzedniego wieczoru uratował mi życie. Przytuliłem towarzyszkę niedoli, podnosząc się do siadu. Wtedy poczułem, że jestem ranny. Na boku miałem duże rozcięcie, którego nie zauważyłem podczas walki. Starałem się opanować nerwy ze względu na siebie i wzrok, aby nie patrzeć na ciała zmarłych. Nawet nie myślałem o tym, żeby spróbować otworzyć drzwi. Morgana pewnie zadbała o zabezpieczenie ich odpowiednią magią.
Kiedy oparłem się plecami o kolumnę podtrzymującą strop, coś zachrzęściło między cegłami. Jeden z kamieni wsunął się do środka prawie niezauważalnie.
Z każdego piekła znajdzie się wyjście.
... Jednak to, co raz stracone - już nigdy nie wraca.

wtorek, 11 września 2012

Katarina: Nawrócenie

Przestałam myśleć trzeźwo, widziałam już tylko trzy rozmyte sylwetki znikające w półmroku korytarza. Po chwili kroki ucichły, echo niosło się jeszcze kilka sekund po czym moje uszy wypełniła dudniąca pustka. Osunęłam się na podłogę, nie mogąc złapać tchu. Szał ustępował miejsca zrezygnowaniu, poczułam się oszukana, wykorzystana i brutalnie rzucona na kamienną posadzkę. Bez sił aby wstać. Piekły mnie oczy, wytarłam je przedramieniem bez zastanowienia i poczułam, że były wilgotne.
- Nie płacz, kochana - zasyczała Cassiopeia z kąta pokoju. Dopiero teraz ją zauważyłam, bowiem zastygła bez ruchu niczym egipski posąg. - Masz wolną wolę, mogłaś dokonać wyboru, ale tego nie zrobiłaś! - na koniec podniosła głos i wyprostowała się tak, że głową niemal sięgała sklepienia dużo wyższego, niż w normalnych pomieszczeniach.
Podciągnęłam się na rękach i oparłam plecy o ścianę, przypominając sobie łaskotanie sosnowej kory podczas...
Zawarczałam i szybko otrzepałam się ze wspomnień, wtulając się jeszcze bardziej w kamienne cegły. Zostałam brutalnie oszukana i nie powinnam o tym zapominać.
- Nieodwracalnie wybrałaś złą ścieżkę - ogon węża oplótł mnie w pasie, a jego końcówka pomachała mi przed nosem, odbijając światło księżyca. - Sprzymierzając się z wrogiem...
- Dość! - wrzasnęłam, wyskakując na równe nogi tak, że Cassiopeia wystraszyła się i cofnęła. - Karcisz innych, nie uwzględniając swoich błędów! Czy nie widzisz, że przyjmując przysięgę w podziemiach starego zamku przeciwnika zdradziłaś nas wszystkich a przede wszystkim siebie? No dalej, spójrz na siebie! Co widzisz? Bo ja potwora, ohydnego potwora, a nie córkę władcy!
- Nie wiesz o czym mówisz! - trzydzieści centymetrów od mojej twarzy widziałam grymas Cassiopei i wężowy język, jakby zwiastujący coś złego.
- Doskonale wiem o czym mówię! Przestań mi wreszcie mówić, co mam robić!
Szybkim ruchem wyciągnęłam mój nóż spomiędzy cegieł w ścianie i przejechałam palcem po ostrzu. Przypomniałam sobie, jak bardzo byłam zakochana w broniach jako dziecko. Ludzie miewali różne pasje, ale mnie najbardziej fascynował blask noży i ich ukryte piękno. Wszystko w jednej chwili we mnie odżyło. Rzuciłam okiem na małą komódkę, jeden z niewielu mebli w tym pokoju. Z wściekłości wbiłam broń w blat.
- Co się stało?
- Dziś rano jadę do smoczej twierdzy. Ty pójdziesz ze mną. Wygląda na to, że nasi mali przyjaciele zaczynają kombinować.
***
Ziemia szybko umykała pod stopami, widziałam, że jestem już prawie na miejscu. Wysoka wieża z jasnej cegły cięła właśnie na pół nisko frunącą chmurę. Wiedziałam, że w błękitnej dachówce jest duża wyrwa, przez którą do środka wlatują ptaki drapieżne, wijące gniazda na szczycie. Jest to dla nich idealna kryjówka, gdyż widzą niemal całą okolicę.
Lekkim ruchem przesadziłam mur, wodząc wzrokiem po kamiennych gargulcach powyginanych pod dziwnymi kątami, z wykrzywionymi twarzami mającymi odstraszyć złe duchy. Uśmiechnęłam się pod nosem. Takie przesądy zawsze mnie śmieszyły. Wolałam żyć tu i teraz. Kilkadziesiąt metrów dalej ujrzałam siostrę, ogonem obłupującą jeszcze kilka cegieł w dużej dziurze muru, pozostałej z czasów bitew na tych terenach.
- Wiem, że tutaj są. - zasyczała - czuję ich obecność.
- Poprowadzisz?
Pokiwała głową, rzucając mi jeszcze jedno ze swoich karcących spojrzeń. Musiałam iść szybko, aby nadążyć. Weszłyśmy do wnętrza ciemnego budynku, ja powoli przyzwyczajałam wzrok do ciemności, podczas gdy siostra świeciła oczami niczym kot. W pewnym momencie zatrzymała się jednak, przez co niemal na nią wpadłam. Byłam pewna, że zaraz zacznie się mnie dopytywać czemu nie jestem czujna, że postawi mi zarzut pogrążania się w sennych marzeniach. Ona tak już miała, w zachowaniu każdego próbowała znaleźć błąd i niezgodność z prawem.
Teraz stała w miejscu, tępo wpatrując się w jeden punkt. To były stalowe wrota, z kilkoma dziurami wyżartymi przez rdzę. Nie rozumiałam, co ją tak w tym przeraziło, ale udało mi się skojarzyć fakty dopiero po dokładnym przyjrzeniu się drzwiom. Zdobienia układały się w sylwetkę pół węża- pół kobiety kryjącego się rękoma przed blaskiem bijącym z jakiegoś koślawego kija trzymanego przez dość wysoką postać mężczyzny z głową psa. Wokół węża palił się ogień, a dym wypełniał pustkę nad nimi. Było też kilka napisów w starej wersji naszego języka, ale metal był tak zniszczony, że rozróżniałam tylko pojedyncze litery.
- Pamiętam to miejsce - przemówiła Cassiopeia.
- Jesteś pewna, że to w tamtą stronę? Może da się jakoś obejść te części podziemi.
Zaprzeczyła. Wciąż nie poruszyła się ani odrobinę.
- Musisz iść sama. Jeśli tam wejdę, nie będzie już dla mnie odwrotu.
Rozumiałam ją doskonale, ale byłam trochę przerażona myślą o zabiciu samemu kilkunastu osób bez pomocy.
- Co oni tam w ogóle robią? - mruknęłam pod nosem.
- Przyszli uwolnić jednego z sojuszników. Musisz się spieszyć - to mówiąc popchnęła mnie lekko w stronę drzwi.
- Skąd ty to wszystko wiesz?
- Ta kara spotkała mnie nie bez powodu.
***
Zamknęłam oczy, gdy jaskrawe nagle, księżycowe światło zalało okrągłą salkę z kolumną na środku. Widząc powyginaną, dobrze naostrzoną włócznię pędzącą w stronę Leony, jak mi się przynajmniej wydawało, nie mogłam nie reagować. Niemal automatycznie wyciągnęłam rękę do przodu, a różdżka zmaterializowała się w mojej dłoni, już w całości. Mignęło mi jeszcze przed oczami przerażone spojrzenie Razyra wlepione we mnie, nie w egzotycznie wyglądającą włócznię. Szybkim ruchem skierowałam promień światła w szarobłękitną postać o upiornych oczach bez źrenic... Siła aż odrzuciła mnie do tyłu. Wydawało mi się, że minęło kilka sekund, tak naprawdę pozbierałam się dopiero po jakimś czasie. Długo nie potrafiłam zrozumieć, co się stało. Wyglądało na to, że rozproszyłam Dianę dzięmi czemu nasza sojuszniczka mogła się obronić. Nie wiedziałam jednak, dlaczego nawet nie dotknęłam wroga.
Leona zamachnęła się i powaliła na ziemię jakiegoś przeciwnika, którego wcześniej nie widziałam. Przetarłam oczy. Całe pomieszczenie aż się ruszało od ludzi i potworów. Wyglądało niesamowicie! Ujrzałam pod ścianą cicho chichoczącą Pogardę Księżyca, która moment później najzwyczajniej rozpłynęła się w powietrzu.
Zablokowałam różdżką cios dużego miecza, błyszczącego czernią metalu z którego został wykonany. Mężczyzna, który postanowił mnie zaatakować, uśmiechnął się i spróbował powtórzyć wyczyn. Zostałam niemal wgnieciona w ścianę, przyjmując niczym nietłumione uderzenie w brzuch. Wisząc kilkanaście centymetrów nad ziemią na łokciu wojownika, dłońmi próbowałam odblokować drogi oddechowe. Wszystkie moje staranne zabiegi spełzły na niczym, czułam, że robię się czerwona z braku tlenu. Nie mogąc walczyć, przestałam okładać przeciwnika różdżką i wypuściłam ją z bezwładnej dłoni.

Walka bez wsparcia nie miała sensu. Bez przyjaciół byłam niczym.

sobota, 8 września 2012

Światło jest nadzieją, a ta umiera ostatnia

Te kilka dni niewoli bardzo mnie bolało. Nie tylko fizycznie, ale także psychicznie, nie mogłam bowiem wyrażać swojego zdania, chociaż słyszałam zdania innych. Nie mogłam się odzywać. James przesiadywał koło mnie, kiedy akurat nie miał żadnych zadań i dużo mi opowiadał. Słuchanie jego głosu sprawiało mi przyjemność. Kilku innych przyjaciół także mi wierzyło i czasami przychodzili, podzielić się jakimiś wieściami. Oglądałam życie obozu z dystansu, nie czułam się jednak odrzucona. Jedynie Razyr nie chciał mojej wolności. Rozumiałam go, jako przywódca był za nas odpowiedzialny i chciał każdemu zapewnić bezpieczeństwo.
Po spostrzeżeniu Fiory ( okazało się, że jej imię pisze się przez "r", ona sama bardzo go nie lubiła, stąd zmiana ) wyruszyliśmy w stronę smoczej twierdzy. Ci bardziej doświadczeni, jak mój brat, którzy służyli Demacji od niepamiętnych czasów, wiedzieli jak ważne jest dla nas uratowanie Leony. Kayle zacięcie twierdziła, że to wszystko jej wina i była przez to bardzo zestresowana.
Przez cały ten czas czułam przyjemne dreszcze w koniuszkach palców. Energia gromadziła się, jakby czegoś ode mnie chcąc. Przez tą krótką chwilę kiedy trzymałam różdżkę byłam pewna, że mam wszystko. Razyr miał rację, nadal mogłam zagrażać otoczeniu. W myślach już układałam plan, jak odebrać przedmiot naszemu dowódcy.
Po powrocie Sony i Garena ( cały czas śmieszyło mnie to imię ) zostałam uwolniona przez pana imieniem Lee Sin ( to imię także mnie śmieszyło ). Mimo wszystko byłam mu bardzo wdzięczna. Niedługo później brat w sekrecie powierzył mi coś, na co czekałam.
- Jestem pewien, że jesteś właściwą osobą - powiedział, zamykając coś niewielkiego w mojej dłoni. - Skompletuj teraz tą różdżkę i pokaż mu, że masz władzę. Bez jednego elementu miała prawo źle zadziałać.
***
Architektura tego świata naprawdę mnie zadziwiała. Zamek, choć opuszczony, wyglądał niezwykle elegancko. Dach wieży zlewał się z błękitnym niebem, ale chmury powoli zaczynały je zakrywać.
- Będziemy musieli się rozdzielić. - rzekł Razyr, rzucając okiem na ogrom budowli. - Szybko, przeszukajcie wszystkie pokoje. Ja pójdę obejrzeć wieżę, James, Ryze i Kayle, wy podzielcie między siebie piwnice i podziemne korytarze, Lux, Sona, Janna i Fiora przeczeszcie dokładnie komnaty mieszkalne. Pomieszczenia gospodarcze zostawiamy reszcie. Wiecie co macie robić?
Zgodziliśmy się jednomyślnie, od razu przystępując do działania. Rozdzieliłyśmy się po dotarciu do wschodniego skrzydła zamku, wpadałam jak burza po kolei do wszystkich pomieszczeń. W pewnym momencie coś szczególnie zwróciło moją uwagę. Był to obraz, dość duży i dokładny pejzaż oprawiony w złotą ramę z ornamentów roślinnych. Stałam w miejscu niczym zahipnotyzowana. Chaos, cierpienie i smutek przedstawiony na ponurym polu bitwy przesiąknęły mnie, rozdzierając moje serce. Niemal czułam, jakbym tam była. Walące się budynki, dopalające się zgliszcza. Obok mnie rozległ się stłumiony ryk i jakaś olbrzymia bestia runęła na ziemię, wznosząc tumany kurzu. Zakaszlałam, ręką próbując rozpędzić drobiny suchej ziemi. Za mną toczyła się prawdziwa bitwa: szarżujący żołnierze byli zabijani przez szeregi rozproszonych bezładnie strzelców i kuszników stojących na blankach muru zamkowego - i odwrotnie. Widziałam przynajmniej kilkadziesiąt istot w niczym nie przypominających człowieka, walczących dzielnie do ostatniej kropli krwi. Jakaś kobieta skulona przy ścianie próbowała niezauważona przemknąć się do twierdzy - nie mogła widzieć tego, co ja - na arkadowe tarasy wdarły się już szeregi wroga, zabijając każdego na swojej drodze. Byłam przerażona widokiem ciasnych, niegdyś urokliwych i romantycznych uliczek wypełnionych dymem i pyłem, sypiących się cegieł, ognia zajmującego kolejne piętra i palącego dachy. Już tu kiedyś byłam.
Otrząsnęłam się, z zaskoczeniem stwierdzając iż znów stoję naprzeciw obrazu. Czy to wszystko tylko mi się zdawało?
- Piękne, prawda? - odezwał się jakiś głos za moimi plecami. O dziwo, wcale nie byłam zaskoczona jego obecnością. Być może wyczułam ją podświadomie już wcześniej.
- Bardzo... Realistyczne. - odparłam, z bólem odciągając wzrok od malowidła.
- Być może wiesz, że Noxianie chętnie używają zwrotu "Upadek Demacji" - zadrżałam. Wiedziałam to doskonale. - Niewielu z nich jednak wie, skąd wzięła się ta nazwa.
Spojrzałam na mężczyznę w długim czarnym płaszczu wykończonym czerwoną tkaniną. W oczach odbijał mu się blask zachodzącego słońca wpadającego przez dość duże okno. Wyglądał na człowieka inteligentnego, ale bardzo tajemniczego. Nie miałam pojęcia, skąd się tu wziął.
- Jeden z dowódców Demacji kilkaset lat temu okrutnie zdradził swoją ojczyznę. Ten obraz jest jego pędzla.
- Przedstawia... Upadek...
- ... Jednej z większych i potężniejszych cywilizacji tego świata. - uśmiechnął się. Miał w sobie coś, co mnie pociągało. - Tak.
Wtedy z trudem przypomniałam sobie, jaki jest mój cel.
- Ja pana naprawdę bardzo przepraszam, ale bardzo się spieszę. - odsunął się, kiedy próbowałam przecisnąć się przez drzwi obok niego.
- Właśnie dlatego przez czterdzieści pięć minut oglądasz obraz? - zakpił ze mnie. - Szukasz czegoś?
Wtedy zdałam sobie sprawę, że jeśli krzywdę Leony miało zwiastować zaćmienie, to ona jest Słońcem, a wróg Księżycem. Księżyc nie znosi światła słonecznego...
- Nie! - krzyknęłam jeszcze, zbiegając po schodach. - Już wszystko wiem, dziękuję!
***
Potknęłam się o jakiś dziurawy element stopni do podziemi i spadając, wylądowałam w wodzie po kostki. Podniosłam się obolała i szybko przywołałam małego świetlika, rozgarniającego ciemności. Wiało tutaj piwnicznym chłodem i wilgocią, jakieś szmery nie przerażały mnie jednak, gdyż światło pokazywało mi drogę. Ruszyłam korytarzem, przyglądając się płaskorzeźbom na ścianach. Wszystkie postaci miały idealne kształty, zostały przedstawione w ruchu. Niegdyś te miejsca musiały służyć innym celom, założyłam, że woda dostała się tu w późniejszych czasach.
Dostrzegłam drzwi i weszłam do góry po trzech stopniach. Szarpnęłam za klamkę. Zamek był zablokowany. Postanowiłam spróbować jeszcze raz. Zardzewiałe, ciężkie wrota były jednak otwarte, ale rdza na zawiasach nie dawała mi szans na ich przesunięcie. Dopiero energia światła pomogła mi lekko uchylić drzwi i wreszcie z trudem przecisnęłam się na drugą stronę. Korytarz był tu całkiem pusty, ale na jego końcu dostrzegłam jakiś jasny punkcik. Nawet nie patrząc pod nogi ruszyłam biegiem. Tym światłem byłam ja. Odbijająca się w lustrze. Zrezygnowana osunęłam się na ziemię.
- Lux? - obecność Kayle tak mnie uradowała, że o mało jej nie udusiłam, przytulając. - Znalazłam korytarz, do którego nie mogę wejść bez światła. Mój ogień przez wilgotność gaśnie niemal od razu.
- Leona musi tam być! - nadzieja zapłonęła we mnie na nowo, chwyciłam anielicę za rękę i pociągnęłam we wskazanym wcześniej kierunku.
Po chwili zaczęłyśmy biec. Uratowanie czyjegoś istnienia wydawało mi się być zadośćuczynieniem za śmierć naszego wojownika w pierwszych dniach mojego pobytu w obozie. Zostaliśmy wtedy odnalezieni przez Noxus i niewiele brakło do potężnej klęski. Mogłam temu zapobiec.
Pokonałyśmy kilka zakrętów, aż na końcu pustego kamiennego tunelu ujrzałyśmy błękitną poświatę. Przygotowywałam się psychicznie do walki. Kayle uniosła w górę swój miecz. Kiedy wpadłyśmy do sali, dotarło do nas, że nie jesteśmy same. Nawet Razyr zdążył z wieży zejść tutaj. Wszyscy stali pod ścianami, kryjąc wzrok. Na samym środku ujrzałam dwie smukłe postaci, emanujące charyzmą i elegancją. Jedna z nich zamachnęła się. Olbrzymia, powyginana broń ze świstem mignęła mi przed oczami.

czwartek, 30 sierpnia 2012

Lee Sin: Nareszcie pośród swoich

Poranek był rześki, słońce wschodziło krwawo na firmament, nie potrzebowałem wzroku by stwierdzić, że tego dnia przeleje się krew. Poprzedniej nocy przybyliśmy tutaj, prowadzeni przez Garena. Nie patrzył na mnie zbyt przychylnie, pewnie pamiętał czasy więzienia w koszarach, kiedy byłem jednym ze strażników. Wzdrygałem się na samą myśl. Moja przeszłość nauczyła mnie, że nie powinienem sądzić ludzi. Sama kara oślepienia nie równoważyła moich win.
Sona przeciągnęła się we śnie, kładąc mi głowę na kolanach. Założyłem jej niesforny kosmyk włosów za opaskę i pogłaskałem po głowie. Nie mogłem jej zobaczyć, ani usłyszeć jej głosu. Tylko dotyk pozwalał nam się kontaktować.
Za mną słyszałem dźwięk stłumionego głosu kobiety i odwróciłem się. Znowu. Więzień w tym obozie? Zaciekawiony delikatnie przełożyłem głowę Sony i podszedłem w stronę odgłosów. Dłonią odnalazłem knebel i ściągnąłem go.
- Bardzo dziękuję! - z olbrzymim entuzjazmem wykrzyknęła młoda kobieta.
Gestem uciszyłem ją, wskazując na śpiących towarzyszy.
- Co się stało, że zostałaś uwięziona, mimo iż sprawiasz wrażenie nieszkodliwej? - spytałem życzliwie, ale poczułem że za ostatnie słowo rzuciłaby się na mnie.
- Odpaliłam maszynę zagłady.
Nie podobało mi się, że usiłowała robić ze mnie głupca, jednakże byłem cierpliwy. Nie przyszłoby mi nawet do głowy, że ta młoda dama najzwyczajniej miała dobry humor.
- Lee.
Echo znikło równie szybko, jak się pojawiło za moimi plecami.Pamiętałem ją sprzed lat, niegdyś moją sojuszniczkę i dobrą znajomą.
- Lee? - uwięziona zaczęła się śmiać naśladując odgłosy wydawane przez wojowników praktykujących wschodnie sztuki walki. - Jak Ken Lee? - znowu wybuchnęła śmiechem.
- Lux, daj spokój.
Kobieta uciszyła się momentalnie. Podszedłem do Kayle, przypominając sobie wszystkie zwyciężone pojedynki, kiedy walczyliśmy obok siebie, razem z innymi.
- Nie sądziłam, że jeszcze żyjesz.
Pokiwałem głową. Ta kwestia też mnie zastanawiała.
- Cassiopeia otrzymała starożytną klątwę. - rzekłem, chcąc ostrzec przed skutkami tego wydarzenia - Wiesz o którą klątwę mi chodzi?
Kayle głośno wypuściła powietrze.
- Odpocznij. - dzisiaj musimy wyruszyć, patrole są już niedaleko.
- Ja pana przepraszam, panie Lee! - krzyknęła Lux - po prostu jestem zmęczona, bo nie mogę się ruszać i...
Wyrzuciłem w jej stronę jeden z moich pocisków, a więzy natychmiast puściły, padając na ziemię. Dzięki słuchowi stwierdziłem, że dziewczyna przetarła zdrętwiałe nadgarstki, szepcząc pod nosem tylko "niesamowite". Idąc za radą Kayle, ułożyłem się znów obok Sony, by chociaż trochę odpocząć.
***
Obudziły mnie jakieś krzyki. Dwóch mężczyzn ostro wymieniało zdania między sobą. Nie znałem ich, ale coś mi podpowiadało, że mam w tym jakiś udział. Po chwili do mnie dotarło, że powodem ich wrogiego nastawienia do siebie była kwestia uwolnienia Lux. Tak jak przypuszczałem, moja wina.
- Ona nie może pozostać na wolności! Jest niebezpieczna! - krzyknął jeden i głośno wciągnął powietrze do płuc.
- Ma prawo do podejmowania własnych decyzji jak ty, czy ja! - drugi zdecydowanie trzymał stronę Lux. - Razyrze, czy nie rozumiesz, że to był wypadek?
Chwilowa cisza wisiała między nimi, wypełniając pustkę przez ułamek sekundy.
- Czy ty naprawdę myślisz, że masz coś do powiedzenia w tej kwestii? Nie powinieneś się wcale wtrącać, dobrze wiesz, dlaczego twoja rola w obronie Demacji jest niewielka. Już nic nie możesz zrobić! Jeżeli sam się nie uciszysz, wyślą kogoś, kto zamknie ci usta!
Nie odezwał się już. Słychać było kroki Razyra oddalającego się od rozmówcy i jakby napięcie, tęsknota i poczucie beznadziei zaczęły wypływać na powierzchnię.
- Co się dzieje, bracie? - podszedłem do smutnego mężczyzny, kładąc mu rękę na ramieniu.
Słyszałem tylko ćwierkanie ptaków w oddali i zastanawiałem się, jak bardzo musiały go zaboleć słowa tego drugiego człowieka.
- Jestem Lee Sin - podałem mu rękę, a on bardzo powoli i bez energii potrząsnął moją dłonią.
- James, następca Ashe, miło mi.
W połowie wypowiedzi głos mu się załamał. Wtedy zrozumiałem, o czym mówił Razyr. Każdy z ludzi tutaj był wyjątkowy na swój sposób. James był wściekły na siebie, że służył jako niedoskonała kopia poprzedniczki. Pamiętałem Ashe niemal tak dobrze jak Kayle. Co się zatem z nią stało?
Zanim zdążyłem zwrócić uwagę na łucznika, już stał dwadzieścia metrów ode mnie i przyciszonym głosem rozmawiał z Lux. Rozmyślania przerwał dotyk czyjejś drobniutkiej dłoni, głaszczący mnie po policzku. Rozpoznałem ją od razu, gdyż skóra niemal paliła mnie pod jej dotykiem. Czyżby czegoś chciała?
- Już nie śpisz? - spytałem, zwracając się w jej kierunku.
W odpowiedzi chwyciła mnie za rękę, dokądś ciągnąc. Po chwili usłyszałem trzaski płonącego drewna a powietrze wypełnił dławiący, ale tym razem raczej radosny zapach dymu. Przy ognisku krzątał się Brand, a Janna przygotowywała posiłek. Razem z Soną usiadłem na brzegu przewróconego pnia drzewa i czekałem. Przeczucie, że czeka nas zgromadzenie.
Niedługo później w moich dłoniach znalazła się miska z ciepłą zupą, którą szybko zjadłem. Nasz spokój zakłócił Razyr, który postanowił coś powiedzieć na forum publicznym.
- Jako zorganizowana grupa szpiegów nie jesteśmy tutaj mile widziani. Patrole idą po naszych śladach, możemy być pewni, że znajdą nas po kilku dniach jeżeli się nie pospieszymy. - odetchnął - Znalazłem na mapie miejsce, które może posłużyć nam za idealną kryjówkę. Musimy tam dotrzeć w ciągu trzech dni. Niewielki wąwóz między granicą naszej ojczyzny a smoczą twierdzą powinien stanowić dla nas schronienie, kiedy patrole nas miną i zostawią w spokoju. Dlatego też...
Zaniemówił wpół słowa. Czy coś miało się wydarzyć?
- Razyrze, zaćmienie! - panna imieniem Fiora odezwała się jakby przerażona. Czułem jak wszystkie głowy zebranych obracają się w stronę wskazaną palcem przez kobietę. Żałowałem, że nie mogę go zobaczyć.
- Leona! - krzyknęła Kayle - coś się dzieje z Leoną!

sobota, 25 sierpnia 2012

Wizje

- Co zamierzasz zrobić? - głos starca zawisł w powietrzu. Wydawało się, że minęły wieki. - Zagłada jest wszechobecna. Twoje oddziały ponoszą porażki. - poruszył się na fotelu w oczekiwaniu.
Generał chodził w tę i spowrotem po komnacie, zastanawiając się.
- Musimy ich odeprzeć, planowałem wysłanie kolejnych jednostek...
- Oni giną - mężczyzna zatoczył ręką szeroki łuk, wyrzucając w powietrze promienie błękitnej zorzy. Gdy się zatrzymały, wypełniły pomieszczenie tworząc swego rodzaju trójwymiarowy ekran.
Kopyta dwóch koni przebiegły przed młodym generałem. Po chwili zobaczył on kobietę pokazaną w znacznym powiększeniu od pasa w górę. Leżała na ciemnoszarej ziemi, wyglądała na nieprzytomną. Po chwili uniosła powieki, a jej oczy zapłonęły fioletem. Wyciągnęła dłoń w kierunku patrzącego, ale nie po to, by go dotknąć. Uniosła w dwóch palcach kawałek rozbitego zwierciadła.
- Morgana... - szepnął generał - Czy ona...
- Upadła. Tak - chrapliwy głos starca przeciągnął ostatnią samogłoskę. Wskazał na następny obraz.
Olbrzymia kreatura, zakuta w kolczastą, ciężką zbroję po sam czubek nosa, brutalnie wsunęła ostrze miecza w brzuch bezbronnej łuczniczki. Kobieta opadła na kolana, przetoczyła się na bok i zatrzymała nieruchomo. Potwór schylił się, ręką odgarnął ziemię i podniósł z niej zamrożoną strzałę. Po chwili szron stopniał, a woda kapała swobodnie na piach i kamienie. Wtedy obok niego zmaterializowała się postać takiej samej kobiety, która klęknęła naprzeciw swojego pana przysięgając mu wierność.
Błękitne wstęgi zorzy rozmyły wizję, przekształcając ją w coś jeszcze innego. Białowłosa wojowniczka Księżyca dusiła jedną z Solarich swoją bronią. Następny obraz - Krąg Płomieni, w którym Kayle poddawała się Noxusowi. Kolejny - Garen zbiegający schodami w dół w ucieczce przed wielkim wężem. Brand próbujący wyłamać stalowe kraty swojej celi.
- Oni cierpią. - wszystkie błękitne wstęgi w jednej chwili wróciły do kuli unoszącej się na szczycie powyginanego kostura starca. - Powinieneś przemyśleć swoje decyzje.
Generał opierał się ręką o blat dużego stołu. Jego proste, brązowe włosy zasłaniały mu twarz.
- Dlaczego przegrywamy? - był roztrzęsiony, głęboko poruszony porażkami swoich podopiecznych.
- Zastanów się - oczy starca świeciły na niebiesko. - Zmierza do nas niewielka grupa uzdolnionej młodzieży. Dwie z twoich wojowniczek miały ją odnaleźć. Czy słusznie zrobiłeś, wysyłając tylko dwie?
- Nie.
Zapadła cisza, zupełna cisza przerywana tylko cichutkim tykaniem zegara wahadłowego.
- Tego się obawiałem. Nie przeżyją trzech dni, chyba że im pomożesz -Znów uderzył kosturem o kamienną posadzkę a wnętrze komnaty po raz kolejny wypełniły zorze. - Spójrz.
Tym razem wizja przedstawiała leśną polanę, gdzieś między granicą Demacii i smoczą twierdzą na terenie Noxus. Kilka osób siedziało nocą wokół ogniska, byli beztroscy, wycie dzikich zwierząt zakrywała przepiękna muzyka, śpiew i śmiech zebranych. Nagle do obozowiska wtargnął uzbrojony oddział wroga. Wojownicy zrywali i palili namioty, atakowali nieuzbrojonych przyjaciół. Chwila zamieszania i generał dostrzegł martwe ciała rozrzucone wśród drzew. Jasne, falujące włosy oblepione krwią, białe, bezwładne skrzydła i ostre przedmioty wystające z wielu piersi, kończyn powyginanych pod nienaturalnym kątem. Obóz opustoszał, tylko jedna sylwetka wyłoniła się z lasu. Płonące czerwienią włosy zlewały się z resztkami dogasających płomieni, kontrastowały z czystym, nocnym niebem. Wizja rozmywała się, ale generał dostrzegł, że postać nachyliła się nad jednym z ciał.
- Czeka nas zagłada. Musisz podejmować taktyczne decyzje.
- Wyślę wszystkich najlepszych. - w jego głosie zabrzmiała nadzieja - Zbyt wielu już straciliśmy.
Wyciągnął rękę w górę, by pociągnąć za dzwonek przywołujący gońca, ale stary zatrzymał go w bezruchu gestem dłoni.
- Musisz iść po nich sam. Pamiętaj, Legendarni to prawdziwe, czujące istoty, nie robotyczne zabawki... Może poza jednym - uśmiechnął się.
Gdy mężczyzna wychodził, w powietrzu ukazywała się jeszcze jedna wizja. Tym razem prawdziwa. Ryk smoka odpierającego ognistą tarczą magię wroga odbił się w zaszklonych oczach wiekowego człowieka.

piątek, 10 sierpnia 2012

Sona: Wewnętrzna odwaga

Wciąż jeszcze roztrzęsiona po poprzednim zadaniu otrzymanym od Razyra nie byłam pewna, czy poradzę sobie z następnym. Strażnik więzienny, imieniem Lee Sin pomógł mi się wydostać z zamieszania panującego po wejściu Katariny. Byłam pewna, że generał Noxus opuścił północne koszary przed ich zawaleniem, ale czy opuścił je Lee? Tyle ludzi pogrzebanych żywcem... Chodziły plotki, że nikt nie przeżył katastrofy. Po spotkaniu Kayle na szlaku, dowiedzieliśmy się że osiągnęła cel. Wraz z Leoną miały nas odnaleźć i sprowadzić do Demacii, tymczasem to my odnaleźliśmy nieprzytomną anielicę. Nie mieliśmy jednak pojęcia, gdzie podziewa się druga sojuszniczka. Kayle wciąż powtarzała, że smocza twierdza to pułapka i że musi wrócić po przyjaciółkę. Tak nakazywała jej wewnętrzna sprawiedliwość, której kurczowo się trzymała.
Minęłam dwóch kelnerów obsługujących stolik elity i wmieszałam się w tłum dostojnych par, gawędzących między sobą i śmiejących się niekiedy na cały głos. Nie mogłam odzywać się do innych, zatem pozostało mi podsłuchiwać i liczyć na rozmowność nieco nietrzeźwych już uczestników balu. Cała sala aż huczała od plotek dotyczących ostatnich wydarzeń, głównie ataku na koszary. Obserwowałam Garena, który wyszedł z sali na korytarz.
- Czy mogę prosić panią do tańca? - jakiś miły, elegancko odziany młodzieniec wyciągnął do mnie dłoń. Lekko pokiwałam głową, zgadzając się. Po chwili wirowaliśmy wśród dziesiątek innych tancerzy. - Czy zdradzi mi panna swoje imię? - szepnął mi do ucha. Zaczęłam się denerwować. W tym samym momencie ktoś chwycił mnie w talii i przyciągnął do siebie.
- Odbijam.
Delikatnym krokiem mężczyzna wydostał nas z kolorowego koła bawiących się Noxian i zatrzymał przy ścianie, z dala od oczu i uszu wścibskich podsłuchiwaczy.
Moje serce zadrżało.
- Co ty tu robisz? - zdenerwował się Lee Sin - Mało ci kłopotów?! Omal nie zginęłaś poprzednim razem i znów znajdujesz się w samym centrum sieci pająka! - krzyczał na mnie szeptem. Byłam taka szczęśliwa... - Raz ci się udało, ale przyjdzie taki czas kiedy nie będę w stanie ci pomóc!
Wyciągnęłam dłoń w jego kierunku. Naprawdę tu był? Chyba poczuł moją obecność, bo natychmiast zamilkł i ciszę między nami wypełniło chłodne oczekiwanie. Pogłaskałam go po policzku. Nic więcej nie mogłam zrobić.
- Sono, ja...
Wtedy jednym ruchem palca wskazującego go uciszyłam i przytuliłam się mocno. Ludzie się zmieniali, każdy nawet potwór miał w sobie ludzką część duszy którą dało się wyciągnąć na zewnątrz. To należało do naszej natury.
Nasze spokojne do teraz spotkanie zostało zaburzone przez coś dziwnego. Ludzie wokół na początku nie wykazywali objawów paniki, ale po chwili rozpierzchli się niczym stado spłoszonych koni i stanęli w zbitych grupach pod ścianami. Jedna kobieta mocno ściągnięta gorsetem w talii chyba zemdlała, bo trzech mężczyzn próbowało ją dobudzić, jednocześnie obserwując. Stanęłam na palcach, by widzieć środek sali tanecznej ponad głowami zebranych.
Na jej środku widniał pozłacany posąg pół węża, pół pięknej kobiety. Jego błękitne oczy bez źrenic świeciły jadowitym blaskiem po zebranych.
- Gdzie jest moja siostra? - zasyczał potwór... To jednak nie był posąg. - Gdzie jest Katarina?
Mocno zapletłam palce na dłoni Lee Sina. Czy to dlatego wojowniczka parę dni temu przerażona wyciągnęła swojego ojca, generała z koszar? W tamtym momencie ktoś zaczął krzyczeć i po chwili krzyczeli już prawie wszyscy. Młody mężczyzna który wcześniej poprosił mnie do tańca stał nieruchomo pół metra od węża.
- Powiesz mi, gdzie znajdę Katarinę? - usłyszałam wśród paniki.
Wskazał drzwi na korytarz, którymi dwie minuty temu wyszedł Garen. Potwór zaczął pełzać w tamtym kierunku, odbijając się od ścian i przewracając złotawym ogonem kilka stolików. Jak na węża, bardzo szybko się poruszał. Bez zastanowienia rzuciłam się w pogoń. Jeżeli Katarina była tam, gdzie wskazywał młodzieniec, mój przyjaciel mógł mieć kłopoty nawet bez tego węża. Mój wyczulony słuch zrozumiał, że Lee podąża za mną.
- Sono, dlaczego? - krzyczał za mną, ale ja nie słuchałam. Zbiegałam powoli po stopniach schodów obserwując już tylko końcówkę ogona potwora. Nie mogłam jej zgubić. Po chwili razem z towarzyszem wypadliśmy z bramy wejściowej jednej z wież w szary mrok deszczowego wieczoru. Mimo tak krótkiego czasu spędzonego w zamku zdążyło się już zrobić ciemno.
Lee Sin podtrzymał mnie, gdy stąpając nogą w dużą kałużę po zejściu ze schodów, zachwiałam się. Zgubiłam ją. Więc wszystko na nic. Mimo porażki postanowiłam się nie poddawać i skierowałam swoje kroki w stronę wyższych budynków. Trzeba było znaleźć Garena, bo z dwoma tak upartymi i przerażającymi kobietami mógł mieć problem. Pewnie już został schwytany przez Katarinę a wąż ich znalazł... I co dalej? Czy ten potwór jest po naszej stronie?
Mijałam na ulicy smutnych, starych żebraków i Noxian odzianych w szare łachmany, chodzących bez celu po ulicach. Czułam się okrutnie, paradując w bogato zdobionej kreacji po biednych dzielnicach wśród ludzi mających problemy ze znalezieniem czegoś do jedzenia. Wtedy pod ścianą zauważyłam małego, zziębniętego od deszczu chłopca wtulonego z pieskiem w wypłowiały koc w ciemnozieloną kratę. Momentalnie zrobiło mi się go żal. Chciałam mu jakoś pomóc. Zaczęłam grzebać po kieszeniach, czując wzrok ludzi wbijający mi się w plecy, kark... Jak dostojnicy to znosili? Nagle przypomniałam sobie o kolii, którą miałam na szyi. Nie była mi specjalnie potrzebna, a jemu mogła bardzo pomóc, dlatego podeszłam do chłopca i przykucając obok niego wyciągnęłam rękę z przedmiotem.
- To dla mnie? - spytał w swoim języku, wyraźnie ożywiony. Pokiwałam głową, wplatając mu w palce złotą ozdobę. Nie mógł wymówić słowa przez tą chwilę, ja przez całe życie więc połączył nas moment zrozumienia.
- Widziałeś Cassiopeię? - spytał Lee zza moich pleców.
Chłopiec przytaknął.
- Ścigała dwójkę ludzi. Pobiegli w stronę najbogatszej dzielnicy.
- Dziękuję.
Uśmiechnęłam się do niego, machając na pożegnanie i dwoma rękami podtrzymując suknię pobiegłam dalej, tym razem już obok mojego przyjaciela. Gdy znaleźliśmy się we wskazanym miejscu, powiało chłodem. Wszystko było całkiem puste, ludzie bawili się na balu. A więc to była Cassiopeia? Ta niesamowita siostra Katariny, najpiękniejszy i najskuteczniejszy szpieg? Nigdy jej nie widziałam, ale posłyszane historie robiły swoje. Zatem co się z nią stało? Znaleźliśmy się w ciemnym, ślepym zaułku. Spojrzałam na zegarek. Mało czasu. Zauważyłam postać Cassiopei podążającą powoli ulicą. Ona także musiała ich zgubić. Zaczaiłam się za murem patrząc, jak wyłamuje drzwi i znika w ciemnościach jednej z wież. Ruszyłam za nią po schodach w górę.
- Demacia upadnie! Katarino, teraz to widzę! Upadnie i pociągnie cię za sobą! - usłyszałam syk węża. Po chwili zawtórowało mu bicie zegara wahadłowego.
Bałam się o Garena. Mimo iż moją harfę zostawiłam u przyjaciół ( Lee Sinowi udało się ją odzyskać ) mogłam operować mocą i to właśnie zrobiłam. Słabsza teraz siła mojej muzyki uderzyła w Cassiopeię, rzucając nią o ścianę. Do tej pory zasłaniała wejście. Teraz widziałam Katarinę w objęciach Garena. Nie mogłam w to uwierzyć.
- Uciekaj! - wrzasnął Lee i popchnął mnie na podłogę, bym uniknęła ciosu węża.
Katarina dostała szału. Chwyciła sztylet i mój drugi przyjaciel w ostatnim momencie odsunął się przed ciosem. Koniec noża wbił się między cegły w ścianie.
- Szybko. - podążyliśmy za Garenem, uciekając pościgowi. W trakcie biegu skracałam sobie sukienkę, o którą się potykałam. Byłam wycieńczona, gdy znaleźliśmy się przy murze. Co się stało? Nie miałam pojęcia. Zmęczenie nie dawało mi trzeźwo myśleć. Odzyskałam panowanie nad sobą dopiero, gdy czułam delikatne kołysanie galopu i pierś Lee Sina, o którą się opierałam.
Nic nie było w porządku.
Cały nasz świat co chwilę się obracał.
Mimo wszystko dzięki komuś byłam szczęśliwa.
Jak można żyć, nie pojmując swojego świata?

czwartek, 9 sierpnia 2012

Leona: When the Sun goes down

Wysokie, strzeliste wieże prześwitywały przez korony drzew kiedy wojowniczka podążała starą, znajomą ścieżką. Miała spotkać się z Kayle i omówić plany odnalezienia grupy demacjańskiej kryjącej się w dziczy lasów Sheridanu. Zanim jednak przeskoczyła zarośnięty mchem mur, jeszcze raz spojrzała na błękitną dachówkę jednej z wież. Z dala pałac wyglądał na zamieszkały, ale został już dawno podbity przez Noxus i całkowicie opuszczony. Kiedy przesunęła palcami po wilgotnym, jasnym kamieniu, dosięgnął ją głęboki smutek. Ach, gdyby pamiętała te niesamowite czasy pokoju i dostatku... Do połowy zawalona brama wpuściła Leonę na dziedziniec. Na samym jego środku fontanna z rzeźbą smoka sprawiała przygnębiające wrażenie. Wszystkie smoki, nawet te kamienne przyciągały inne smoki. Twierdza była niegdyś ostoją dla tych zwierząt, jak i dla półsmoków cierpiących z powodu ich niedoskonałej natury. Obecnie nie pozostał na świecie już żaden przedstawiciel tego gatunku, przez co Demacja utraciła jedną ósmą swoich wojowników. Smoki były niezrównane w walce i często przechylały szalę zwycięstwa na ich stronę.
Na blankach muru coś się poruszyło. Leona przyjrzała się kamiennym gargulcom, nie zauważając nic podejrzanego. Nic podejrzanego poza pustką w tym miejscu. Musiała poczekać na Kayle. W tym samym momencie kobieta poczuła mocne uderzenie w plecy, zakręciło jej się w głowie i upadła. Kiedy sięgnęła ręką za siebie i wyciągnęła grot, wszystko przestało być jasne. Tracąc świadomość jeszcze raz spojrzała na srebrną, chłodną w dotyku strzałę pokrytą cienką warstwą szronu który od razu stopniał.
Ashe. Przeciw mnie.
Nie mogąc dłużej utrzymać się przy życiu całkiem osunęła się na ziemię.
***
Leona mrugała oczami, próbując dostrzec jakieś szczegóły otoczenia, w którym się znajdowała. Jako Wojowniczka Słońca nienawidziła zamkniętych, zwłaszcza ciemnych pomieszczeń i nawet w deszczu nocowała na zewnątrz. Teraz, w tych ciemnych, wilgotnych podziemiach chciała umrzeć. Znalezienie się pod powierzchnią Ziemi, z dala od blasku Słońca było dla niej najgorszą karą... Nie. Była jeszcze jedna, ale już prawie całkiem zapomniana która niegdyś zniszczyła czterech najważniejszych dowódców. Kobieta wolała nawet o niej nie myśleć.
- Jesteś już? - głos Ashe był dziwnie chłodny, obojętny. Nigdy, mimo swojej mroźnej natury, nie była osobą złośliwą ani okrutną. Leona pamiętała swoją przyjaciółkę Ashe jako ciepłą, pełną zrozumienia kobietę która zawsze pocieszała i pomagała w miarę możliwości. Ta Ashe była zdecydowanie inna, nie znały się od tej strony. - Nie sądziłam, że tak szybko dojdziesz do siebie. - Wstała i powoli okrążyła kolumnę podtrzymującą sklepienie, do której przykuta była towarzyszka.
Demacia uznała Ashe za martwą, gdy pewnego dnia nie wróciła z misji zwiadowczej. Leona pamiętała ten dzień, gdy przemoknięty od deszczu goniec z brązowymi włosami przylepionymi do czoła i szyi przyniósł przykre wieści o śmierci sojuszniczki. Wszyscy bardzo to przeżyli. Kobieta pamiętała, że na jej stanowisko został powołany nowy wojownik, który zaginął niedługo później. Mieli jeszcze nadzieję na odnalezienie go w Noxus.
- Wiem, dlaczego tutaj jesteś. Twoja przyjaciółka wpadła w naszą pułapkę. Teraz tylko powiedz dokąd zmierzacie...
Leona zauważyła zmiany w zachowaniu Ashe, ale nie przypuszczała jak wielkie mogły być.
- Ashe, dlaczego Noxus? - przejrzysta łza spłynęła po jej policzku, ale ze spętanymi rękoma nie mogła jej wytrzeć. - Jest tyle możliwości wyboru... - Wtedy łuczniczka wyjęła strzałę i dotknęła łzy grotem. Kropla momentalnie zamarzła i rozbiła się o posadzkę.
Wtedy Leona coś sobie przypomniała. Widziała kiedyś nieprzyjaciela zwanego Mordekaiserem, który po zabiciu wroga wskrzeszał go jako swojego podopiecznego. Czy może klonował? W końcu ciało martwego pozostawało nienaruszone a klon biegał sobie radośnie i zabijał razem ze swoim panem. Takie istoty różniły się jednak od prawdziwych swoich stworzeń. Nie posiadały ich duszy, a co za tym idzie także ich marzeń, wspomnień i wiedzy.
- Pamiętasz jak walczyłyśmy razem broniąc zamku w Horsham? - spytała Leona, chcąc sprawdzić swoje podejrzenia. - Pamiętasz, co ci wtedy powiedziałam?
Ashe zaczęła się denerwować. Krążyła teraz blisko ścian a pochodnie rzucały mdłe światło na jej wykrzywioną twarz.
- Mówiłam, że mimo wszystko nie zmienię strony. Że wygramy, ale tylko trzymając się razem. - łuczniczka mocno uderzyła kobietę w twarz.
- Co jeszcze mówiłaś?
- Ty mi powiedz - Leona znowu otrzymała cios.
- Myślę, że to nie będzie konieczne. - rzekła Ashe, zastanawiając się - Nie chciałabyś kogoś poznać? Myślę, że dużo o niej słyszałaś, ale nigdy nie spotkałaś jej na żywo... To by mogło być ciekawe, nieprawdaż? - klon roześmiał się szyderczo i zaczął coś nucić pod nosem.
Nie pytaj Słońca, czemu ukryło się za horyzontem. Dlaczego spowiło mgłą swoje światło...
- Nie. To nie może się stać! Nie, Ashe nie wolno ci!
Dlaczego odwróciło swój pochlebny wzrok gdy Noc obróciła karmazynowe złoto w szarą łunę.
- Przywołując ją, zatracisz samą siebie...   
Piękna, uwodzicielska melodia powinna koić nerwy, ale uszy Leony jako przedstawicielki narodu Solarich, były ranione. Kobieta z każdą chwilą traciła siły. Pogarda Księżyca, którą wołała Ashe też pochodziła z tego rodu. Lata temu zaczęła się interesować mocą Księżyca i posiadła ją. Jako heretyczka została skazana na śmierć przez Starszych. Jej ambicje w połączeniu z magią zabiły Radę, a ona wyruszyła w podróż by karać niewinnych za swoje cierpienia i nawracać ich na prastarą, zapomnianą wiarę. Leona znała tą historię jedynie z opowieści, bowiem od tych wydarzeń minęło już kilka stuleci. Legenda głosiła, że tą modlitwą można było przywołać Pogardę.
Jednej prostej prawdy Słońce nie odważyło się wyznać. Jego światło potrafi jedynie oślepiać i palić...
- Nie wiesz, co robisz! - Leona czuła, jak światło jej aury powoli zanika, a mrok się zagęszcza. Cząstki ciemności kumulowały się naprzeciw wojowniczki, zostawiając wolną przestrzeń za jej plecami, między kolumną a jedynymi wrotami wejściowymi do okrągłej sali. Leona słuchała tych kłamstw o samej sobie i o swoich pobratymcach. Byli przedstawieni jako winowajcy, zdrajcy i głupcy, wierzący w swoje Słońce mające ich wybawić. Jakoby światło Księżyca miało być jedyną słuszną prawdą, która się liczy.
Okrutny Księżyc przywiódł Koniec.
Świt nie wstanie nigdy więcej.
W jednym momencie zgasły wszystkie pochodnie, a salę zalała szara mgła i błękitnoniebieskie światło, bijące od wejścia do sali. Leona nie mogła jej zobaczyć będąc przykuta tyłem.
- Kończy mi się czas - Ashe stanęła dokładnie naprzeciw uwięzionej wojowniczki, uśmiechając się. Widziała teraz Leonę skąpaną w księżycowej poświacie - Koniec światła dnia, moja droga. Pogódź się z tą okrutną śmiercią z dala od twojego ukochanego Słońca - ostatnie słowo niemal wypluła.
Wtedy cała postać Ashe rozsypała się w drobny, czarny pył. Leona miała rację, prawdziwa łuczniczka już dawno nie żyła. Teraz mogła już tylko czekać na powolną, straszną śmierć. Diana, potęga księżyca dla wszystkich Solarich była bezlitosna.
Pamiętaj Leono... Obiecałaś. Do śmierci nigdy nie zmienisz strony.

~~~~~~~~~~~

Helloł, rozdział był inspiracją przez nowego championa, a zwłaszcza to:
>>KLIK<<
Ładna muzyczka ( iks de lol ) :D
Tekst modlitwy jest tłumaczonymi fragmentami piosenki, dziękuję za uwagę, do następnego :)

Garen: Za murem

Dwa dni podróży po moim fatalnym błędzie spotkaliśmy na szlaku starą przyjaciółkę Kayle. Dziewczyna była wykończona i nieprzytomna, widać było niemal jak ucieka z niej życie. Cieszyłem się, że Jannie i Sonie udało się ją odratować i teraz powoli wracała do siebie. Wieczorem przy ognisku opowiadała nam, że Demacia utraciła jej siostrę Morganę i jak w ostatnim momencie jakaś nieznajoma kreatura uratowała życie Kayle. Bolała mnie bardzo strata drugiej anielicy. Magia, którą posiadła była niesamowicie potężna a teraz mieliśmy ją ustawioną we wrogich szeregach. Zastanawiał mnie olbrzymi smok zdolny pokonać Morganę i wieści, które przyniosła. Niedługo miał się odbyć bankiet w zamku sheridańskim, zaproszeni byli niemal wszyscy dostojnicy i dowódcy a także najzdolniejsi wojownicy i magowie. Dostałem propozycję, której nie mógłbym odrzucić. Wraz z Soną mieliśmy się tam wybrać i dowiedzieć czegoś o planach wojennych wyraźnie zaznaczonych na mapie skradzionej przez Jamesa i moją siostrę. Pewnie po włamaniu zostały zmienione.
Właśnie, moja siostra. To co zrobiłem było niewybaczalne. Tak cieszyłem się z zachowania mojego sekretu, że dałem jej elementy różdżki... W jej rękach była tak potężna, że nieświadoma jej mocy Luxanna zniszczyła wielki budynek noxiański. Była niebezpieczna, więc do teraz dzięki rozkazowi Razyra siedzi związana pod drzewem z dala od niebezpiecznego przedmiotu. Nie udało się go znów rozbić, bo został związany nową magią. Siostra złożyła różdżkę, która zadziałała mimo braku ostatniej części. Destrukcyjna siła, którą posiadała przeraziła mnie do głębi, a i pewnie nie tylko mnie.

***

Przywiązałem dropiatą klacz do pnia drzewa długim uwiązem, pozwalając jej skubać trawę. Potem pomogłem Sonie i po chwili z lekkim tylko trudem znaleźliśmy się za murem. Słońce chyliło się ku zachodowi, kiedy wemknęliśmy się do zamku z bazaltu po balkonach od zewnętrznej strony. Byłem zachwycony wyglądem mojej przyjaciółki. Niewiele kobiet było w stanie od niechcenia przygotować sobie coś ładnego do ubrania. Bałem się, że przez wygląd Sony zwrócimy na siebie uwagę, ale jak się później okazało partnerki dostojników wręcz prześcigały się w doborze kreacji. Nie mieliśmy najmniejszego problemu by wtopić się w tłum, co rodziło podejrzenia. Może to była zasadzka?
- Spróbuj się czegoś dowiedzieć w miarę swoich możliwości - Sona pokiwała głową, gdy wypowiedziałem te słowa. - Powinniśmy się spotkać przy koniach po północy. Gdybym nie przyszedł w ciągu dwudziestu minut, jedź po pomoc. Oczywiście działa to też w drugą stronę. Masz zegarek?
Wyciągnęła z rękawa mały srebrny przedmiot na łańcuszku, zdobiony motywami roślinnymi.
- Do zobaczenia.
Poczekałem chwilę, aż zniknie mi z oczu i dopiero potem zmusiłem się by ruszyć się z miejsca. Miałem bardzo złe przeczucia co do dzisiejszego wieczoru. Nie minęło piętnaście minut, a ja znalazłem moją ofiarę. Był to główny dowódca Noxus, który sprawiał wrażenie zastraszonego, albo takiego człowieka który chce coś ukryć. Był zgarbiony, włożył rękę do kieszeni a po chwili ją wyjął i po zjedzeniu kilku winogron ze stołu ruszył w kierunku wyjścia z sali. To do niego należała skradziona mapa. Śledziłem go chwilę niezauważony i spostrzegłem, że kieruje się pustym korytarzem do pomieszczeń służbowych. Zwlekałem ponad minutę ale w końcu poszedłem po jego śladach i po pokonaniu zakrętu stanąłem jak wryty, niezdolny się ruszyć. Korytarz był wąski a metr ode mnie, opierając się rękoma o obie ściany jednocześnie, stała Katarina.
Nie mogę określić co czułem. Tym razem nie miała na sobie skórzanych elementów zbroi i broni, a jedynie błyszczącą srebrną suknię z rozcięciem do uda, której dekolt odkrywał zdecydowanie za wiele. Westchnąłem.
- Spodziewałam się ciebie - rzekła niby od niechcenia, oceniając stan swoich paznokci u prawej ręki.
Podeszła do mnie dwoma krokami, zmniejszając odległość między nami do dziesięciu centymetrów. Gdy przekrzywiła głowę, czułem jej oddech na szyi. Wciąż widoczna była rana zyskana przy poprzednim spotkaniu.
- Nic nie powiesz, Garenie? - spytała, przeciągając po niej paznokciem. Cały zadrżałem pod jej dotykiem. - A może się boisz?
Zaczynałem szybciej oddychać. Powoli traciłem przez nią zmysły. Mój umysł kazał mi uciekać, ale dusza i ciało domagały się kontaktu z Katariną. Nie mogłem im tego odmówić...
Mimo wszystko cofnąłem się o trzy kroki, niechcący uderzając plecami o ścianę korytarza. Zaskoczona zachwiała się niemal niezauważalnie. Nie było w Noxus osoby lepiej panującej nad swoim ciałem. Pięknym ciałem.
Za tą uwagę chciałem sobie obciąć głowę.
- Masz prawo mnie zabić. Jestem nie tam, gdzie powinienem być. - Zawahałem się. W tym momencie ona znów znalazła się tuż przede mną - Gdzie masz broń?
Roześmiała się. Nie był to śmiech drwiący, tylko szczery. Przynajmniej tak mi się wydawało. Po chwili rozejrzała się nerwowo a gdy chwyciła mnie za rękę i zaczęła biec, z sali słychać było głośne piski i krzyk. Coś się miało wydarzyć.
Skręciliśmy na schody i przeskakiwaliśmy w dół po trzy, cztery stopnie. Nie miałem pojęcia co się działo, ale powoli traciłem świadomość przez jej uwodzicielski dotyk, nawet jeśli tylko trzymała mnie za rękę.
Po chwili byliśmy już na zewnątrz. Skakałem przez kałuże i biegłem w deszczu, by nadążyć za jej zwinnymi krokami. Długa suknia musiała jej bardzo przeszkadzać. W końcu znaleźliśmy się w bogatej dzielnicy. Kobieta szybkim ruchem wskoczyła na schody i zatrzasnęła drzwi wcześniej wciągając mnie do środka. Wyglądaliśmy na zewnątrz przez niewielką szczelinę w polerowanym drewnie. Po śliskiej, mokrej kostce brukowej przetoczył się olbrzymi wąż. Wąż! Widziałem już wiele potworów, ale pierwszy raz moje oczy oglądały takie szkaradztwo. Po chwili wszystko ucichło i Katarina znowu pociągnęła mnie za sobą.
- Skoro już tutaj jesteśmy...
Drzwi skrzypnęły lekko i po chwili znaleźliśmy się w półmroku apartamentów. Kilka korytarzy i... Otwarły się przed nami wrota do jej pokoju. Nie zwracałem już uwagi na przepych tego pomieszczenia. Ja tutaj byłem. I to ona mnie zaprowadziła. Zastanawiałem się, czy widać emocje które mną targają.
- A więc teraz mnie zabijesz. Zabij. - Ledwo nad sobą panowałem, zamykając ją w klatce z moich rąk i ściany za jej plecami. Patrzyłem na nią z góry, być może trudno było uwierzyć że ta drobniutka kobieta jest seryjnym zabójcą.
- Nie wydaje mi się. - Położyła palec na moich ustach, drugą ręką oplatając kark. Deszcz zniekształcił trochę kok, w który były spięte jej włosy. Chcąc im pomóc, uwolniłem je od srebrnego grzebyka dzięki któremu trzymały się w górze.
Po chwili nasze usta się spotkały i już się nie zastanawiałem nad niczym. Chciałem tylko być blisko, jak najbliżej. Zacząłem całować jej podbródek i szyję, przyciągając ją do siebie. Powoli znajdowałem się coraz niżej, kończąc na dekolcie, gdy Katarina objęła mnie jedną nogą, a ja przytrzymałem jej udo.
- Co się stało? Dlaczego musieliśmy uciekać przed tym potworem? - chciałem się dowiedzieć ale ona wtedy delikatnie wyrwała się z moich objęć, opierając się łokciem o zimną, kamienną ścianę.
- Nie teraz, Garenie... - odwróciła się, wyglądała na zmęczoną i trochę przybitą. - Musiałeś?
- Usiądź. - przeszedłem przez pokój i oparłem się o mały mebel drewniany, który od razu zwrócił moją uwagę. Leżał tam niebieski kryształ, ostatni element różdżki. Roztrzęsiony nie wiedziałem na czym mam się skupić.
Katarina siedziała na brzegu łóżka z nogami przyciągniętymi do piersi. Gdy to zobaczyłem, zrobiło mi się przykro. To był objaw zachodzących zmian. Nigdy dotąd nie czułem przez nią nic takiego. Szybko chowając znalezisko podszedłem bliżej i przytuliłem Katarinę. Chyba poczuła się bezpieczna, bo wtuliła się jeszcze mocniej i przez chwilę nic nie mówiła oddychając głęboko.
- Miałam siostrę - zaczęła - bardzo piękną siostrę. Już jej nie mam - dodała po chwili.
Nawet nie zdążyłem się zastanowić, bo w drzwiach ukazała się czyjaś postać.
- Demacia upadnie! - zasyczał wąż - Katarino, teraz to widzę. Upadnie i pociągnie cię za sobą!
Wtedy duży zegar wahadłowy wybił godzinę dwunastą.

czwartek, 26 lipca 2012

Morgana: Krąg

Księżyc świecił jasnym blaskiem swojej okrągłej tarczy. To znaczyło, że Morgana mogła liczyć tej nocy na wszystkich sojuszników, także na Warwicka który podczas pełni był potężniejszy jako wilkołak. Kayle stała w kręgu po drugiej stronie fontanny. Mierzyły się wzrokiem, przygotowując do ewentualnej walki. Morgana dobrze wiedziała, że jej siostra może uciec w każdej chwili dzięki sprawnym skrzydłom. Tego najbardziej żałowała. Po Upadku nie mogła już latać, a jej olbrzymie, fioletowe ale jakże potargane skrzydła były już tylko kulą u nogi.
- Zamierzasz mnie zabić? - spytała Kayle, unosząc w górę swój miecz.
Morgana znów zachichotała. Jeżeli nie było dla niej problemem zabić tyle osób, czy mogłaby się zawahać przed uśmierceniem kolejnej? Anielica weszła do kręgu a wszyscy jej sprzymierzeńcy cofnęli się przed mury. Dobrze wiedziała, że siostra nie chce jej skrzywdzić a tylko wydostać się z zasadzki. Była niemal pewna, że jej plan o przyłączeniu Kayle w noxiańskie szeregi się powiedzie. Musiała tylko być ostrożna.
Morgana uniosła w górę otwartą dłoń, nad którą zaczęła się unosić kula fioletowej energii. Uwielbiała delikatny dreszczyk, który pojawiał się gdy przywoływała do siebie magię. Oczy Kayle zrobiły się jakieś większe, ciemniejsze. Tak, jakby wiedziała co ją czeka. Wtedy zapłonął ogień, a krąg został zamknięty.
- Znasz zasady. - szepnęła - Próba ucieczki jest już niemożliwa. Walczymy na śmierć i życie, ale możesz się poddać. Wtedy przechodzisz na naszą stronę - uśmiechnęła się.
- Żebyś tylko ty się nie musiała poddawać, Morgano - Do Kayle wróciło życie. - Zasady działają też na odwrót, czyli ty także im podlegasz.
- Prędzej zginę.
- Więc giń! - zamachnęła się, ale jej siostra zablokowała cios z lekkością panując nad swoją mocą.
Była wiecznie zadowolona, szczęśliwa z jakiegoś niezrozumiałego powodu. Nie próbowała kryć uśmiechu blokując z zamkniętymi oczami pięć kolejnych ciosów. Nie sądziła, że Kayle, tak potężna Kayle stanie się niemal śmieciem u jej stóp. Wtedy Morgana przeszła do ataku. Wpadła w furię, rzucała fioletowymi pociskami na oślep tak, że druga anielica ledwo odpierała ataki.
- To jest prawdziwa walka, widzisz? - rzekła, formując w dłoniach olbrzymią kulę i starannie celując.
Kayle oparła miecz o ziemię, odbijając z metalicznym brzękiem magię siostry. Była wycieńczona, siedziała teraz na kamiennych kostkach brukowych, a jej twarz została zakryta burzą złotych włosów. Morgana tymczasem nadal stała w miejscu, ale jej furia opadała więc znów wyglądała normalnie. W ciszy słychać było jedynie stukot jej obcasów, gdy podeszła do prawie pokonanej przeciwniczki.
- Poddajesz się?
Cisza. Kayle nadal siedziała na boku, nie mając siły nawet na lekkie poruszenie się. Morgana już przygotowywała ostateczny cios.
- Nie.
Echo tego cichego szeptu rozległo się po placu. Ogień Kręgu zaczął płonąć intensywniej, płomienie buchały już na kilka metrów w górę i zakłócały ciszę. Słychać było wycie wilków i krzyki sojuszników Morgany. Noxiańska wojowniczka uniosła dłonie w górę i niezwykle szybko uderzyła nimi w... Ognistą tarczę rozłożoną przez kogoś nad Kayle! Siła uderzenia była tak olbrzymia, że upadłą odrzuciło w przeciwną stronę, a ona uderzyła w ścianę i wylądowała na ziemi.
Czarni sojusznicy cofnęli się o trzy kroki, widząc smukłą sylwetkę smoka zionącego ogniem. Morgana widziała obłęd w jego oczach, gdy patrzył na nią. Jako jedyna się nie bała podczas, gdy wśród sojuszników zapanowała panika. Gad wrzucił Kayle na grzbiet i odleciał. Gdy odbijał się od ziemi, wszystko wokół zadrżało.

Potem były już tylko dogasające płomienie i ból. Ból fizyczny i psychiczny po porażce. Nic nowego.

poniedziałek, 23 lipca 2012

Razyr: Pod dowództwem

Były trzy dni przerwy. Trzy dni na odpoczynek. W tym czasie nic się nie działo, siedzieliśmy tylko smutni nic nie mówiąc. Dwa razy łapaliśmy Garena chcącego samemu dostać się do koszar. Czuł się winny. Trzeciego dnia o świcie oporządziliśmy konie i wyruszyliśmy w tę niedługą, ale jakże stresującą podróż. Miałem wyrzuty sumienia. To była moja wina, że nie wiedzieliśmy co się z nimi dzieje. Być może dostali zbyt trudne zadanie.
Droga dłużyła się, a gdy zauważyłem ten upiorny budynek, coś zwróciło moją uwagę. Szybko galopujący rumak biegł wprost na nas.
- Kryć się! - wydałem polecenie, a moja drużyna wykonała je perfekcyjnie. Wszyscy poza jedną osobą. - Janno!
Z przymkniętymi oczyma i włosami żyjącymi swoim rytmem kobieta odwróciła głowę w stronę naszego celu. Słyszałem tętent kopyt, zwiadowca wroga był tuż obok. Podbiegłem do niej, chcąc ją pociągnąć w swoją stronę i schować przed nieprzyjacielem. A ona nawet mnie nie dotykając...
No cóż, przefrunąłem kilka metrów.
Zwiadowca lekkim pociągnięciem za wodze zatrzymał konia z galopu.
- Wiedziałam, że przyjdziesz.
Byliśmy wszyscy bardzo zdziwieni oglądając łagodną twarz Sony, po której spływały łzy.
- My też za wami tęskniliśmy! - krzyknęła Luxanna rzucając się przyjaciółce na szyję. - Ale... Gdzie Brand?
- Ona nie płacze ze szczęścia. Przynajmniej nie tylko dlatego. - Janna pobladła i patrzyła, długo patrzyła w oczy Sony nie mogąc z nich nic wyczytać. - On... On już do nas nie wróci.
Wciąż byłem zdezorientowany. Oni coś mówili, snuli domysły na temat Sony, pocieszali ją że przecież nic się nie stało. Miałem takie chwile, kiedy nic do mnie nie docierało. Nawet nie myślałem. To był tylko wdech, wydech i spojrzenie na smutną przyjaciółkę raz po raz spoglądającą za siebie i jakby wyczekującą czegoś. Miałem złe przeczucia. Bolał mnie też atak, właściwie obrona, Janny. Chociaż nie tyle fizycznie, co psychicznie. Wracaliśmy z mieszanymi nastrojami. Weseli z odnalezienia Sony, smutni z powodu utraty Branda. Czy ona widziała jego śmierć?
To, co zobaczyłem po powrocie do obozu przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Dym unosił się wszędzie. Zgliszcza namiotów i okolicznych drzew jeszcze się dopalały, widziałem zaskoczone twarze moich przyjaciół jak i szare kłęby pogrążone w jasnych poświatach języków ognia. Jedyną myślą, którą wtedy zdołałem wyłapać było "jak dobrze, że wcześniej opuściliśmy to miejsce". Co by się działo, gdyby nas napadli a my byśmy jeszcze spali? Wolałem o tym nie myśleć. Wtedy spojrzałem na krąg ogniska i dostrzegłem kogoś. Kiedy wszyscy biegali w poszukiwaniu resztek swoich rzeczy, Brand podszedł do mnie.
- Zostawili tylko to - podał mi w dwóch palcach świstek pergaminu zapisany noxiańskim alfabetem. Już trochę się go nauczyłem, ale nie mogłem się skupić na piśmie, ani na nożu, którym przypięta była kartka. Skupiłem się na nim, o którym wszyscy myśleliśmy, że nie żyje.
Poklepaliśmy się po plecach. Nie wiem co bym zrobił bez przyjaciół i właśnie wtedy zdałem sobie z tego sprawę. Rzuciłem okiem na równe litery i uświadomiłem sobie, jak wielki popełniłem błąd.
- "Wiemy o was wszystko. Będziemy was zabijać, jeden po drugim."

***

- Daj, ja podniosę. - Garen schylił się, by zebrać z ziemi strzałę z piórkami. - To Jamesa?
Lux skinęła głową, odbierając broń z rąk brata.
- Posłuchaj, ja...
- Chcesz mi się do czegoś przyznać?
- Czemu nie walczyłeś z Katariną? - spytała z wyrzutem w głosie.
Garen przestał się uśmiechać i zamarł, czekając na przypływ pomysłów. Nie, jego siostra nie mogła się dowiedzieć. Nikt nie mógł wiedzieć, konsekwencje tego byłyby ogromne.
- Chciała czegoś od ciebie. Dałeś jej to, ale ją wystraszyłam. Co to było?
Nerwowy chichot mężczyzny przerwał ciszę jaka nastała między nimi.
- To elementy różdżki. Jak już pewnie wiesz nie każdy jest w stanie używać różdżki. - cieszył się w duchu, że Luxanna nie wykryła drugiego dna jego znajomości z Katariną.
- Pokaż mi to!
- Jeszcze nie jest kompletna. To tylko zdobione końcówki i jeden z kryształów. Brakuje dwóch części, widzisz?
Lux założyła ręce na piersi.
- Skoro to różdżka, po co ona tej córce generała? Nie potrafi używać magii.
- To długa hi... - gdyby wzrok zabijał, Garen byłby już martwy. - No dobrze. Ona ma ostatnią część. Ten przedmiot jest bardzo potężny i w niewłaściwych rękach mógłby spowodować mnóstwo szkód...
- ... Właśnie dlatego pozwalasz go skompletować wrogowi. Gdzie ostatnia część... Ten kij. Uchwyt, wiesz, do trzymania.
- Jest ukryty gdzieś w obozie.

***

Zarządziłem natychmiastową ewakuację, zebraliśmy wszystko co zostało i pędem opuściliśmy obóz. Smutno tak było zostawiać to, do czego zdążyliśmy się już przyzwyczaić. Wyjechaliśmy tą samą ścieżką w stronę koszar. Były nikłe szanse na przedostanie się do Demacii, ale nic innego nam nie pozostawało. Ze szczęśliwych w naszej drużynie widziałem już tylko Sonę, ale ona zawsze była szczęśliwa. Przynajmniej udawała. Nie byłem nigdy dobry w odczytywaniu ludzkiej psychiki. Traktowałem wszystko na poważnie, oceniałem po czynach, nie po myślach czy pustych słowach.
Cały czas wydawało mi się, że ktoś za nami podąża. Lustrowałem wzrokiem korony drzew, nasłuchiwałem odgłosów z zewnątrz. Czułem czyjś oddech na karku, chociaż była to być może tylko panika. W takim razie byłem tchórzem. Nie chciałem nim być.
Minęliśmy polankę na której rano spotkaliśmy przyjaciółkę. Obserwowałem ją i wydawało mi się, że z każdym krokiem coś coraz bardziej ją cieszy. Ona się radowała, ja pogłębiałem mój smutek. Wtedy zobaczyliśmy koszary. Musieliśmy je ominąć.
Później wszystko działo się bardzo szybko. Ktoś krzyknął, konie się rozpierzchły kilkoma krokami na boki. Słyszałem jakby wystrzały i metaliczny brzęk, a na koniec wszystko co dotąd widziałem zalało jasne, oślepiające światło...

Budynek koszar legł w gruzach.

Kayle: Zniewolenie

W ciemności widziałam tylko niewyraźne zarysy przedmiotów. Ściany były tutaj wilgotne, brodziłam bosymi stopami w wodzie sięgającej do kostek. Próbując przywołać ogień choć na chwilę spojrzałam na delikatne rzeźbienia sprzed conajmniej kilkuset lat. Dawno nikogo tu nie było. Napisy mówiły coś o starożytnej przepowiedni, o przysięgach i klątwie, ale nie potrafiłam jej odczytać do końca, autor posługiwał się przestarzałymi formami językowymi, co utrudniało mi zadanie. Ogień znowu zgasł przez dużą wilgoć w powietrzu. Uniosłam miecz i ruszyłam w przeciwnym kierunku. Po chwili natrafiłam na płaskorzeźby przedstawiające polowania na smoki. Coś tu było nie w porządku.
Nareszcie zauważyłam jakąś odnogę korytarza i skierowałam się w stronę mdłego światła rzucanego prawdopodobnie przez tarczę księżyca. Granitowe schody były wybrakowane, wychodząc na pierwszy stopień zapadłam się jedną nogą w dziurę po wykruszonym materiale skalnym. Niewiele myśląc rozwinęłam skrzydła i ich delikatnymi ruchami pomogłam sobie w wydostaniu się z podziemi.
To niesamowite szczęście, gdy po takich mękach oddycha się prawdziwym, nocnym powietrzem. Plac, na którym się teraz znalazłam sprawiał wrażenie dawno opuszczonego, porzuconego przez lud noxiański jako zdobyty i przynależny do terytorium kraju. Interesowali się tylko nowymi zdobyczami, nie utrzymywali starych co świadczyło jedynie o ich miłości do wojny. Dla mnie jednak pokój i sprawiedliwość były najważniejsze.
Rzuciłam okiem na nieczynną fontannę z rzeźbą smoka na postumencie. W czasach jej świetności kreatura musiała pluć wodą. Teraz kamienne mury były porośnięte glonami i mchem, a spomiędzy kostki brukowej wystawały duże kępy trawy.
- Liczysz na to, że cię stąd wypuszczę?
Podskoczyłam na dźwięk znajomego głosu. Tyle lat bez niej, zdążyłam się już przyzwyczaić.
- Myślę, że będę mogła się stąd wydostać kiedy będę chciała.
Roześmiała się. Jej szyderczy głos rozbrzmiewał echem wśród pustych ścian opuszczonego pałacu.
- Demacia powoli upada.
- Mylisz się! Ty upadłaś! - to była prawda. Moja siostra została tak ukarana po zdradzie naszego państwa. Kiedyś naszego, teraz już tylko mojego. - Jak mogłaś, Morgano? Współpracowałyśmy.
- Czas przeszły twojego ostatniego słowa jest tutaj na właściwym miejscu. Zobaczysz, Demacia upada i skończy na ziemi, w gruzach. Ty albo zginiesz, albo zostaniesz wzięta do niewoli. Chcesz tego, Kayle?
Pytanie zawisło w powietrzu, a mnie przeszły dreszcze. Zobaczyłam wychudzoną, kościstą rękę Morgany wyciągniętą w moją stronę.
- Chodź do nas. Dołącz do nas. Znów będziemy jednomyślne.
Chwyciłam za rękojeść miecza i poczułam jego ogniste ciepło. Zdradzić mój kraj, moją ojczyznę aby odzyskać siostrę? To przeczyło wszystkim moim przekonaniom, którym byłam wierna od dziecka.
- Po... Moim...
- Trupie? - Morgana znowu się roześmiała. - żaden problem.
Na skinięcie jej dłoni z mroków dziedzińca arkadowego wyłoniło się kilkanaście postaci. Znałam dokładnie wszystkich, potrafiłam przewidzieć ich ruchy. Tak długo z nimi walczyłam. Moja siostra delikatnym gestem zatrzymała ciemne zgrupowanie i spojrzała na mnie jeszcze raz, szyderczo i z wyższością wypisaną w oczach.
- Śmiało, atakuj. - Uniosłam miecz w górę - nasz ród mnie pomści, skończysz tak samo jak ci wszyscy, których sama zabiłaś.