czwartek, 30 maja 2013

Świetlik

Chyba pierwszy raz od przybycia do Noxus uderzyła mnie tak potężna niepewność. Powoli, z trudem podniosłam ciężkie powieki i spojrzałam w górę. Około pięćdziesięciu do siedemdziesięciu metrów nade mną unosiło się zamglone wilgotnym powietrzem sklepienie krzyżowe wysokiej, zapierającej dech w piersiach sali. W pozycji leżącej nie potrafiłam dokładnie ocenić jej ogromu, ale widząc lekkie konstrukcje filarów podtrzymujących kopułę i delikatne poświaty powiększające optycznie pomieszczenie zaczęłam się zastanawiać, jak wzniesiono coś tak nieprawdopodobnego.
Spróbowałam poruszyć każdą kończyną po kolei, upewniając się, że nie straciłam w nich czucia. Wtedy żywy ogień zaczął trawić mój brzuch. Chciałam odruchowo się za niego złapać, ale nadgarstki i kostki miałam spętane skórzanymi pasami. Leżałam na jakimś metrowym podwyższeniu. Chłód kamienia przenikał przez skórę i mięśnie, osiadając na kruchych kościach.
- Widzę, że wróciłaś.
Głęboki, gruby męski głos spotęgowany echem odbijającym się po sali sprawił, że zadrżałam. Nie mogłam dojrzeć domniemanego napastnika, gdyż zajdował się za moimi stopami.
- Kim jesteś? - Spytałam zachrypniętym głosem po czym zaczęłam panikować i miotać dłońmi w więzach, marnując tylko niezbędną energię. Tak naprawdę nie wiedziałam, ile czasu przyjdzie mi tu spędzić ani czy w ogóle wydostanę się stąd żywa. - Wypuść mnie! - Mówienie sprawiało mi trudność. Wszechobecna, ciężka wilgoć kleiła wargi i osiadała na strunach głosowych.
Mężczyzna roześmiał się głośno, moim zdaniem nawet złowrogo i podszedł do mnie kilka kroków stając na wysokości mojego brzucha. Słyszałam dzwonienie metalu jego zbroi i stukanie obcasów na burej posadzce. Zdjął skórzaną rękawicę i położył dłoń na moim kolanie. Poczułam ciepło jego skóry. Czy to znaczyło... To znaczyło że nie miałam na sobie nagolenników?
- Zostaw mnie! - ryknęłam, a mój oddech stał się nierówny. Dopiero teraz poczułam, co to znaczy się bać.
Gdzieś w rozbijających się niczym wzburzone fale myślach próbowałam przywołać obraz twarzy wroga. Jego rozczochrane nieco, czekoladowe włosy i nieprzyjemny wzrok coś mi przypominał. Mimo grymasu na twarzy i złości wypisanej w oczach wydawał się być nawet przystojny.
Mężczyzna wykrzywił twarz w lekkim uśmiechu i nic sobie nie robiąc z moich protestów przesunął dłoń wyżej, głaszcząc moje lewe udo. Dotyk chropowatej skóry nie był tak nieprzyjemny jak mi się na początku wydawało.
- Natychmiast się odsuń! - Wtedy przypomniałam go sobie. To był człowiek, który podczas walki w piwnicach Smoczej Twierdzy zaatakował mnie czarną bronią. Zadał mi cios w brzuch i powalił na ziemię. Oddzielił od różdżki.
Wzrosła we mnie złość, ale została stłumiona przez zastrzyk bólu przez otwartą ranę i dziwne uczucia towarzyszące dużej dłoni przesuwającej się po mojej nodze coraz wyżej. Znów się uśmiechnął. Podniosłam głowę rzucając pospiesznie okiem na skórę brzucha i na wroga.
- Powiedz mi tylko czego chcesz - mój głos stał się piskliwy tylko częściowo przez bolące gardło. Czułam chłodne krople spływające po moim czole...
- Ciebie - wyszeptał.
- Dariusie, odsuń się od niej! - usłyszałam od strony z której przyszedł mój dotychczasowy towarzysz. Darius pospiesznie wykonał polecenie, wpatrując się we mnie głodnym wzrokiem. Mimo oczu jego twarz nie wyrażała teraz żadnych emocji. Przełknęłam ślinę. - Prosiłem cię, żebyś na mnie poczekał! - krzyknął niemal łysy mężczyzna o wytatuowanej w jakieś ptaki głowie, który pojawił się w moim polu widzenia.
Darius już się nie odzywał. Stał spokojnie na uboczu, niczym posąg wtapiając się w półmrok sali. Łysy mężczyzna uniósł rękę nad pasy uniemożliwiające mi ruchy kończyn przerywając je bezdotykowo. Zamiast skóry zostałam teraz związana zielonymi łańcuchami magii przpominającymi trochę liany. Spróbowałam je rozplątać.
- Im bardziej będziesz nimi szarpać, tym mocniej się zacisną - rzekł nawet nie podnosząc na mnie wzroku. Byłam zdziwiona, jak szeroki ma zasięg widzenia bez obracania choćby oczami, nie mówiąc już o głowie.
Przysiadłam już swobodniej na brzegu, jak się okazało, kamiennego ołtarza zdobionego płaskorzeźbą i zamarłam bez ruchu. Mimo lekkiej trwogi i niechęci którą żywiłam do wrogów, byłam niezmiernie wdzięczna za uwolnienie mnie od Dariusa.
Zwróciłam teraz większą uwagę na wygląd łysego maga. Miał długi do ziemi płaszcz wykończony wstawkami w odcieniu głębokiej oliwki i trzymał pod pachą grubą, pięciusetstronicową księgę o wyblakłym, potarganym grzbiecie opatrzonym złotymi literami. Nie rozumiałam języka Noxian, toteż połyskujące krzaczki w niczym nie mogły mi pomóc. Wtedy zauważyłam niewielkiego, czarnego ptaka lądującego magowi na ramieniu.
- Mam na imię Swain. - To mówiąc skłonił się nisko - Jak już pewnie się domyślasz, nie sprowadziłem cię tu z żądzy zemsty czy dla przyjemności, jak to mają w zwyczaju stereotypowi Noxianie. - Tu rzucił przelotne spojrzenie w stronę sojusznika, który najwyraźniej tego nie spostrzegł. - Prowadzę osobiste badania mające na celu wzmocnienie mojej mocy. Czy ktoś ci tłumaczył jak działają nadnaturalne zdolności niektórych Legendarnych?
Pokręciłam przecząco głową. Rozumiałam tylko co drugie słowo, byłam otumaniona przez brak odpoczynku i wydarzenia ostatnich dni.
- Otóż każdy z nas korzysta ze źródła wspólnej, odnawialnej niebieskiej energii, która daje nam możliwość odkrycia swojej osobistej odmiany tejże siły. - zatrzymał się, bo wcześniej chodził po kilka kroków to w prawo, to w lewo. - Tak, Luxanno. Ja i ty jesteśmy jednością. Podobnie jak każdy z twoich przyjaciół. - zawahał się na ułamek sekundy. - Cały czas się uczę i staram się wzmacniać moją łączność ze Źródłem. To daje mi przewagę na polu bitwy. W związku z tym, że u nas, w Noxus, informacje rozchodzą się niezwykle szybko, wiem niemal wszystko na temat zniszczenia Północnych Koszar. - to mówiąc podrapał kruka po karku - jak udało ci się zgromadzić naraz aż tyle energii?
Podparłam się ręką i poczułam jak zielona liana mocniej opięła mój nadgarstek.
- Nie mam pojęcia. - odparłam zgodnie z prawdą. - To był wypadek.
Swain opanował lekkie drżenie mięśni twarzy i spróbował jeszcze raz.
- A więc nie chcesz współpracować? Za odmowę pomocy także grożą surowe kary. - na jednej z rzeźb zdobiących potężną kolumnę przysiadł kolejny ptak. Po chwili zjawiły się dwa następne. - Pozwól, że zapytam cię po raz kolejny, Luxanno. Jak znalazłaś sposób na wygenerowanie ta olbrzymiej energii zdolnej wyburzyć w kilka sekund czterystuletni kamienny budynek?
- Nie wiem. Miałam niekompletną różdżkę i uruchomiłam ją przypadkowo...
Zauważyłam zdzwione oczy Swaina, kiedy wypowadałam to zdanie.
- A więc miałaś różdżkę... - podrapał się po brodzie. - Gdzie ona teraz jest?
Przygryzłam się w język. Nie mogłam mu powiedzieć, że zostawiłam ją w piwnicy, mogłoby to narazić przyjaciół na niebezpieczeństwo...
- Nie wiem.
- Nie kłam, bezczelna! - mag uderzył dłońmi w ołtarz po mojej prawej stronie, pod naciskiem jego pulsującej siły kamień wgniótł się nieznacznie i popękał aż do zakurzonej posadzki. Wzdrygnęłam się. - Dariusie! - wojownik stanął naprzeciw niego gotowy do wykonywania poleceń. - Odnajdź jej różdżkę i przynieś ją do mnie. Jeżeli to jest sposób, aby przejąć jej zapasy siły ze Źródła, muszę mieć ten przedmiot!
Wtedy do sali miękkim, cichym krokiem niemal wpłynęła kolejna postać. Z zaskoczeniem odkryłam, że był to mężczyzna, który niegdyś wytłumaczył mi historię obrazu z twierdzy. Zrobiło mi się cieplej na sercu, gdy go ujrzałam.
- Generale, Najwyższy Dowódca chce się z wami widzieć. Kazałem mu czekać w sali tronowej. - to mówiąc uraczył mnie przelotnym, niby obojętnym spojrzeniem. Wiedziałam, że mnie pamięta.
Swain skinął na niego głową, gestem odprawił Dariusa i zawinął płaszczem, zapraszając do siebie wszystkie swoje kruki. Było ich teraz kilkadzesiąt.
- Vladimirze! - rzucił jeszcze przed opuszczeniem sali - Dopilnuj, by znalazła odpowiednie miejsce w którejś celi.
Byłam prawie naga i trząsłam się z zimna, ale bez protestowania ruszyłam za młodzieńcem. To był mój mały świetlik nadziei w całym tym bagnie w które się wpakowałam.