czwartek, 30 maja 2013

Świetlik

Chyba pierwszy raz od przybycia do Noxus uderzyła mnie tak potężna niepewność. Powoli, z trudem podniosłam ciężkie powieki i spojrzałam w górę. Około pięćdziesięciu do siedemdziesięciu metrów nade mną unosiło się zamglone wilgotnym powietrzem sklepienie krzyżowe wysokiej, zapierającej dech w piersiach sali. W pozycji leżącej nie potrafiłam dokładnie ocenić jej ogromu, ale widząc lekkie konstrukcje filarów podtrzymujących kopułę i delikatne poświaty powiększające optycznie pomieszczenie zaczęłam się zastanawiać, jak wzniesiono coś tak nieprawdopodobnego.
Spróbowałam poruszyć każdą kończyną po kolei, upewniając się, że nie straciłam w nich czucia. Wtedy żywy ogień zaczął trawić mój brzuch. Chciałam odruchowo się za niego złapać, ale nadgarstki i kostki miałam spętane skórzanymi pasami. Leżałam na jakimś metrowym podwyższeniu. Chłód kamienia przenikał przez skórę i mięśnie, osiadając na kruchych kościach.
- Widzę, że wróciłaś.
Głęboki, gruby męski głos spotęgowany echem odbijającym się po sali sprawił, że zadrżałam. Nie mogłam dojrzeć domniemanego napastnika, gdyż zajdował się za moimi stopami.
- Kim jesteś? - Spytałam zachrypniętym głosem po czym zaczęłam panikować i miotać dłońmi w więzach, marnując tylko niezbędną energię. Tak naprawdę nie wiedziałam, ile czasu przyjdzie mi tu spędzić ani czy w ogóle wydostanę się stąd żywa. - Wypuść mnie! - Mówienie sprawiało mi trudność. Wszechobecna, ciężka wilgoć kleiła wargi i osiadała na strunach głosowych.
Mężczyzna roześmiał się głośno, moim zdaniem nawet złowrogo i podszedł do mnie kilka kroków stając na wysokości mojego brzucha. Słyszałam dzwonienie metalu jego zbroi i stukanie obcasów na burej posadzce. Zdjął skórzaną rękawicę i położył dłoń na moim kolanie. Poczułam ciepło jego skóry. Czy to znaczyło... To znaczyło że nie miałam na sobie nagolenników?
- Zostaw mnie! - ryknęłam, a mój oddech stał się nierówny. Dopiero teraz poczułam, co to znaczy się bać.
Gdzieś w rozbijających się niczym wzburzone fale myślach próbowałam przywołać obraz twarzy wroga. Jego rozczochrane nieco, czekoladowe włosy i nieprzyjemny wzrok coś mi przypominał. Mimo grymasu na twarzy i złości wypisanej w oczach wydawał się być nawet przystojny.
Mężczyzna wykrzywił twarz w lekkim uśmiechu i nic sobie nie robiąc z moich protestów przesunął dłoń wyżej, głaszcząc moje lewe udo. Dotyk chropowatej skóry nie był tak nieprzyjemny jak mi się na początku wydawało.
- Natychmiast się odsuń! - Wtedy przypomniałam go sobie. To był człowiek, który podczas walki w piwnicach Smoczej Twierdzy zaatakował mnie czarną bronią. Zadał mi cios w brzuch i powalił na ziemię. Oddzielił od różdżki.
Wzrosła we mnie złość, ale została stłumiona przez zastrzyk bólu przez otwartą ranę i dziwne uczucia towarzyszące dużej dłoni przesuwającej się po mojej nodze coraz wyżej. Znów się uśmiechnął. Podniosłam głowę rzucając pospiesznie okiem na skórę brzucha i na wroga.
- Powiedz mi tylko czego chcesz - mój głos stał się piskliwy tylko częściowo przez bolące gardło. Czułam chłodne krople spływające po moim czole...
- Ciebie - wyszeptał.
- Dariusie, odsuń się od niej! - usłyszałam od strony z której przyszedł mój dotychczasowy towarzysz. Darius pospiesznie wykonał polecenie, wpatrując się we mnie głodnym wzrokiem. Mimo oczu jego twarz nie wyrażała teraz żadnych emocji. Przełknęłam ślinę. - Prosiłem cię, żebyś na mnie poczekał! - krzyknął niemal łysy mężczyzna o wytatuowanej w jakieś ptaki głowie, który pojawił się w moim polu widzenia.
Darius już się nie odzywał. Stał spokojnie na uboczu, niczym posąg wtapiając się w półmrok sali. Łysy mężczyzna uniósł rękę nad pasy uniemożliwiające mi ruchy kończyn przerywając je bezdotykowo. Zamiast skóry zostałam teraz związana zielonymi łańcuchami magii przpominającymi trochę liany. Spróbowałam je rozplątać.
- Im bardziej będziesz nimi szarpać, tym mocniej się zacisną - rzekł nawet nie podnosząc na mnie wzroku. Byłam zdziwiona, jak szeroki ma zasięg widzenia bez obracania choćby oczami, nie mówiąc już o głowie.
Przysiadłam już swobodniej na brzegu, jak się okazało, kamiennego ołtarza zdobionego płaskorzeźbą i zamarłam bez ruchu. Mimo lekkiej trwogi i niechęci którą żywiłam do wrogów, byłam niezmiernie wdzięczna za uwolnienie mnie od Dariusa.
Zwróciłam teraz większą uwagę na wygląd łysego maga. Miał długi do ziemi płaszcz wykończony wstawkami w odcieniu głębokiej oliwki i trzymał pod pachą grubą, pięciusetstronicową księgę o wyblakłym, potarganym grzbiecie opatrzonym złotymi literami. Nie rozumiałam języka Noxian, toteż połyskujące krzaczki w niczym nie mogły mi pomóc. Wtedy zauważyłam niewielkiego, czarnego ptaka lądującego magowi na ramieniu.
- Mam na imię Swain. - To mówiąc skłonił się nisko - Jak już pewnie się domyślasz, nie sprowadziłem cię tu z żądzy zemsty czy dla przyjemności, jak to mają w zwyczaju stereotypowi Noxianie. - Tu rzucił przelotne spojrzenie w stronę sojusznika, który najwyraźniej tego nie spostrzegł. - Prowadzę osobiste badania mające na celu wzmocnienie mojej mocy. Czy ktoś ci tłumaczył jak działają nadnaturalne zdolności niektórych Legendarnych?
Pokręciłam przecząco głową. Rozumiałam tylko co drugie słowo, byłam otumaniona przez brak odpoczynku i wydarzenia ostatnich dni.
- Otóż każdy z nas korzysta ze źródła wspólnej, odnawialnej niebieskiej energii, która daje nam możliwość odkrycia swojej osobistej odmiany tejże siły. - zatrzymał się, bo wcześniej chodził po kilka kroków to w prawo, to w lewo. - Tak, Luxanno. Ja i ty jesteśmy jednością. Podobnie jak każdy z twoich przyjaciół. - zawahał się na ułamek sekundy. - Cały czas się uczę i staram się wzmacniać moją łączność ze Źródłem. To daje mi przewagę na polu bitwy. W związku z tym, że u nas, w Noxus, informacje rozchodzą się niezwykle szybko, wiem niemal wszystko na temat zniszczenia Północnych Koszar. - to mówiąc podrapał kruka po karku - jak udało ci się zgromadzić naraz aż tyle energii?
Podparłam się ręką i poczułam jak zielona liana mocniej opięła mój nadgarstek.
- Nie mam pojęcia. - odparłam zgodnie z prawdą. - To był wypadek.
Swain opanował lekkie drżenie mięśni twarzy i spróbował jeszcze raz.
- A więc nie chcesz współpracować? Za odmowę pomocy także grożą surowe kary. - na jednej z rzeźb zdobiących potężną kolumnę przysiadł kolejny ptak. Po chwili zjawiły się dwa następne. - Pozwól, że zapytam cię po raz kolejny, Luxanno. Jak znalazłaś sposób na wygenerowanie ta olbrzymiej energii zdolnej wyburzyć w kilka sekund czterystuletni kamienny budynek?
- Nie wiem. Miałam niekompletną różdżkę i uruchomiłam ją przypadkowo...
Zauważyłam zdzwione oczy Swaina, kiedy wypowadałam to zdanie.
- A więc miałaś różdżkę... - podrapał się po brodzie. - Gdzie ona teraz jest?
Przygryzłam się w język. Nie mogłam mu powiedzieć, że zostawiłam ją w piwnicy, mogłoby to narazić przyjaciół na niebezpieczeństwo...
- Nie wiem.
- Nie kłam, bezczelna! - mag uderzył dłońmi w ołtarz po mojej prawej stronie, pod naciskiem jego pulsującej siły kamień wgniótł się nieznacznie i popękał aż do zakurzonej posadzki. Wzdrygnęłam się. - Dariusie! - wojownik stanął naprzeciw niego gotowy do wykonywania poleceń. - Odnajdź jej różdżkę i przynieś ją do mnie. Jeżeli to jest sposób, aby przejąć jej zapasy siły ze Źródła, muszę mieć ten przedmiot!
Wtedy do sali miękkim, cichym krokiem niemal wpłynęła kolejna postać. Z zaskoczeniem odkryłam, że był to mężczyzna, który niegdyś wytłumaczył mi historię obrazu z twierdzy. Zrobiło mi się cieplej na sercu, gdy go ujrzałam.
- Generale, Najwyższy Dowódca chce się z wami widzieć. Kazałem mu czekać w sali tronowej. - to mówiąc uraczył mnie przelotnym, niby obojętnym spojrzeniem. Wiedziałam, że mnie pamięta.
Swain skinął na niego głową, gestem odprawił Dariusa i zawinął płaszczem, zapraszając do siebie wszystkie swoje kruki. Było ich teraz kilkadzesiąt.
- Vladimirze! - rzucił jeszcze przed opuszczeniem sali - Dopilnuj, by znalazła odpowiednie miejsce w którejś celi.
Byłam prawie naga i trząsłam się z zimna, ale bez protestowania ruszyłam za młodzieńcem. To był mój mały świetlik nadziei w całym tym bagnie w które się wpakowałam.

środa, 3 kwietnia 2013

Nowy front

To wszystko zaczęło się chyba w czerwcu bieżącego roku, ale po takim obrocie spraw straciłam całą rachubę czasu. Ten miesiąc był dla nas szczególny, bo razem z moimi dwoma przyjaciółmi jeździliśmy na wszelkie gry plenerowe typu RPG organizwane przez znajomych i nieznajomych fanów fantasy.
Upał tego dnia szczególnie dawał się we znaki a  byłam już bardzo zmęczona uciekaniem przed niewielką grupą przeciwników. Z gracją odbiłam się od brzegu i wylądowałam po drugiej stronie wąskiego, ale głębokiego strumyka. Po kilku krokach zauważyłam, że przefarbowane na bradzo jasny blond włosy przeszkadzają mi w patrolowaniu wzrokiem otoczenia. Schyliłam się i zaczęłam uważnie szukać spinki. Musiała upaść gdzieś na trawę. Przy okazji zaczął mi przeszkadzać brak moich towarzyszów, którzy również gdześ zniknęli. Ciekawe gdzie podział się wielki wojownik Draven ze swoim tekturowym śmigłem.
Przeszukując wysokie kępy dotarłam aż nad strumyk i spojrzałam wgłąb przejrzystej toni. Uderzył mnie złoty blask odbijający się od niej z samego dna. Westchnęłam ciężko, odkładając na bok starannie wykonaną broń i wkładając rękę pod wodę. Była za daleko. Bez żadnych zahamowań wskoczyłam do strumyka odkładając przedtem buty na brzeg. Schylając się po moją własność, ujrzałam nad sobą jakiś cień. Pojawił się na ułamek sekundy, później zniknął, jakby go nigdy nie było. Wynurzyłam się spod wody i rzuciłam okiem na moich przyjaciół stojących tuż obok.
 - Gdzie wy byliście tyle czasu? - spytałam trochę zdenerwowana. Na szczęście nie czułam już potwornego gorąca będąc w wodzie po pas i mając mokrą głowę.
- A ty co robisz w strumyku?
Oparłam ręce na biodrach i chlapnęłam wodą w stronę kolegi. Nie zdążył się odsunąć i po chwili wszyscy byliśmy całkiem przemoczeni.
- Riven, zniszczyłaś mi kostium! - narzekał, próbując wydostać mnie z zagłębienia terenu. Odrzuciłam jego pomoc i sama wyskoczyłam na brzeg, rozpryskując wodę na boki.
- Trudno - odparłam, chwytając za rękojeść mojej prowizorycznej broni.
W pewnym momencie słońce zaszło za większą chmurę i nie widać już było jasnych promieni prześwitujących radośnie przez korony drzew. Powiał chłodniejszy wiatr.
- Trafiłaś na nich? - spytał Darius, jak zwykle milczący i poważny. Sama czasami się dziwiłam jak ktoś taki jak on mógł nas oboje zachęcić do gry i samemu śwetnie się przy tym bawić.
Pokręciłam przecząco głową i objęłam się ramionami.
- Zimno się robi, wracajmy. Może po prostu odeszliśmy zbyt daleko.
Ale oni stali nadal, wpatrując się z zaciekawieniem w jeden z punktów ponad naszymi głowami. Wytrącona z równowagi odwróciłam głowę trzymając spinkę w zębach i obiema rękami zbierając włosy w kucyk. Niewiele brakowało, żebym znowu upuściła ją na ziemię. Na najbliższym drzewie, około dziesięciu metrów od nas siedziała młoda, piękna kobieta o karminowym odcieniu włosów i bladej cerze. Nigdy wcześniej jej nie widziałam wśród znjomych fanów RPG. Jej kostium został wykonany niezwykle starannie a w ręce trzymała dwa prawdziwe noże i z obojętnością ostrzyła jeden o drugi. Może to było przyczyną mojego zahipnotyzowania.
Kiedy piękność dostrzegła przejęcie przyjaciół nawet nie spojrzała w naszą stronę. Zwinnie zeskoczyła z gałęzi i przeszła kilka kroków po zielonej trawie.
- Witajcie w Noxus. - odezwała się po kilku długich sekundach, racząc nas swoim szlacheckim wręcz wzrokiem. Szlachecki to jedyne właściwe słowo, które przyszło mi do głowy a wydaje mi się odpowiednie.
Z całej naszej trójki jedynie Darius zachował honor i skłonił się nisko, jak przystało na prawdziwego mężczyznę. Ja jako pierwsza odzyskałam głos.
- Miło nam spotkać ciebie na naszej drodze, ale czy nie widziałaś przpadkiem kogoś chociażby z przeciwnej drużyny? Chyba zgubiliśmy orientację w terenie...
Kobieta spojrzała na mnie kocim wzrokiem a kącik jej ust uniósł się w lekkim uśmiechu.
- Przepraszam, wydawało mi się, że zadałam pytanie. - rzekłam sfrustrowana.
- Masz charakterek, kochanie. - zachichotała elegancko, podnosząc wzrok na Dariusa. Nadal stał sztywno wprostowany, patrząc gdzieś ponad nią. Wydawał się być spięty.
- Nawet jeżeli mam to co z tego? - powoli zaczynała mnie denerwować. Mój temperament nie pozwalał mi długo pozostawać spokojną.
- Zmienił się układ sił. - zaczęła poważnym, twardym głosem do mojego przyjaciela. - Zostaliśmy zmuszeni do odwrotu przez Przedwieczną, nie mogę nadal ich śledzić. Pozostaniecie za nich odpowiedzialni. Odpowiedzalni za ich zagładę. Mam nadzieję, że dobrze mnie zrozumiałeś. - szybkim ruchem schowała sztylet za pasem i odwróciła się do mnie.
- Darius? - spytałam - Co się tutaj dzieje?
Przyjaciel jakby mnie nie słyszał. Nadal spoglądał na odległy widnokrąg.
- Zapomniałabym. - kobieta podała mi rękę. - Mam na imię Katarina. Od dziś jesteście z nami.
Zamarłam w ciągłym uścisku dłoni, chocaż wojowniczka już dawno oddaliła się wgłąb lasu.
- To jakiś żart, prawda?
- Nie, Riven - odezwał się Draven. - Teraz już nic nie będzie takie samo.

~~

Hello, I'm back! Pierwszy nowy rozdział z dedykacją dla Sionann gdyż wiem, że uwielbia RPGi ;*

czwartek, 27 września 2012

Mobilizacja

Piorun uderzył gdzieś nieopodal niewielkiej rybackiej wioski nad brzegiem wzburzonego morza o czarnych falach. Całkiem ciemno było już od godziny, szarogranatowe, zachmurzone niebo rzucało duże krople wielkości ziarenek grochu. Na utwardzonej, wąskiej drodze prowadzącej do wioski woda stworzyła prawdziwe bagno. Kupcy nie byli w stanie przejechać przez nie wozami. Miękka ziemia mlaskała pod kopytami karego konia samotnego podróżnika w ciemnym płaszczu. Jego celem było właśnie Piltover leżące smętnie przy bezkresie czarnej wody.
Drzwi jedynej tawerny w okolicy skrzypnęły lekko i przybysz znalazł się w półmroku korytarza. Przez kotarę prześwitywało żółte, stłumione światło a odgłosy pobytu ludzi stawały się coraz głośniejsze. Człowiek ściągnął z głowy kaptur i w ostatnim momencie schylił się przed lecącą w jego stronę pustą butelką po alkoholu. Szkło rozsypało się po podłodze, która już wcześniej była grubo nim pokryta. Jego oczy dostrzegły teraz bezmiar codziennego chaosu, który nieustannie toczył się w gospodzie. Przy kwadratowych stolikach korsarze, rybacy ale także piraci wyjęci spod prawa, popijali piwo w dużych kuflach, śmiejąc się i przekrzykując nawzajem. Młodziutkie kelnerki z włosami związanymi wstążkami w dwa warkoczyki roznosiły zamówienia w dość szybkim tempie. Na malutkiej scenie dziewczyna o łagodnej urodzie, odziana w suknię z falbanami śpiewała żywą piosenkę. Przygrywał jej mężczyzna przy fortepianie, siedzący tyłem do wejścia. Wszystkie odgłosy burzy zagłuszał ten radosny hałas. Nikt nawet nie zwrócił uwagi na przybysza.
Jedna z niewielu kobiet, przebywających w tym czasie w tawernie, szybkim ruchem wskoczyła na stół stojący najbliżej sceny. Obcasami od skórzanych, marynarskich kozaków zrzuciła kilka kufli, robiąc sobie miejsce. W jednym momencie głowy wszystkich zwróciły się w jej stronę, muzyka ucichła, rozmowy ustały.
- Zaczynamy zabawę! - wykrzyknęła z radością w głosie i wywijając pistolet na palcu strzeliła w butelkę z zielonego szkła, która rozbiła się i odłamkami trafiła w największego mężczyznę w lokalu. Kobieta roześmiała się i uchyliła przed lecącym w jej stronę pustym kuflem, który trafił w głowę drugiego rozbójnika.
Bitwa rozpoczęła się na dobre. W ruch poszły wszystkie przedmioty, łącznie z pistoletami. Zwinna rudowłosa zawadiaczka zeskoczyła ze stołu i biegnąc, oddała serię strzałów w kierunku okien. Przebiegając obok drzwi wejściowych, została nagle zatrzymana mocnym chwytem przez podróżnika w płaszczu.
- Co ty tu robisz? - spytała, a jej twarz wyrażała zdziwienie - To już?
Nieznajomy pokiwał głową.
- Sarah, musimy porozmawiać.
Kobieta silnym ruchem ręki przesunęła w bok rozmówcę, a kula ze świstem przeleciała ponad jego ramieniem, robiąc sporą dziurę w materiale kotary. Oddając ostatni strzał Sarah i jej towarzysz wydostali się na drewnianą werandę przypominającą takie, jakie były przed kowbojskimi 'saloonami'.
- Co się stało? - założyła ręce na piersi, opierając się o kolumnę z okrojonego drzewa.
- Ile was tutaj jest? Możecie wyruszyć?
- W każdym momencie. - odparła, licząc. Ale jest nas tylko troje. Reszta udała się w góry, niestety nie wiem kogo ścigali.
Mężczyzna głośno wypuścił powietrze i przez chwilę się nie odzywał.
- Mamy bardzo poważny problem. Musicie także udać się do Great Barrier i przeprowadzić sojuszników na drugą stronę, do Demacji. Mam nadzieję, że nie będzie to dla ciebie zbyt duży problem...
- Nie, nie. Przecież po to tutaj jestem.
- Fortune? - rozległo się od strony drzwi. Rozmówcy momentalnie odwrócili się. - Co się stało?
- Będziemy musieli walczyć.
- Nie, niekoniecznie walczyć! - krzyknął mężczyzna - po prostu tej grupie potrzebna jest eskorta, na wszelki wypadek! W razie niebezpieczeństwa sami mogą sobie nie poradzić! Ponieśliśmy zbyt dużo strat.
Kobieta w fioletowej sukience do połowy uda stojąca w drzwiach zamyśliła się.
- Dobrze wiesz, co to oznacza. Walka jest nieuchronna.
Po chwili dołączył do nich jeszcze wysoki mężczyzna z brodą, którego oczy krył cień rzucany przez szeroki kapelusz z rondem.
- Możemy na was liczyć? - spytał przybysz, dosiadając swojego zmokniętego wierzchowca.
- Oczywiście - odparła Sarah Fortune. - Nie chciałbyś przenocować u nas, w Piltover? Jest burza, trudno ci będzie dzisiaj wrócić...
Mężczyzna założył kaptur i ściągnął wodze, śmiejąc się.
- Nie potrafiłbym usnąć w takim hałasie. Poza tym, mam jeszcze mnóstwo spraw do załatwienia.
Pomachał lekko dłonią do zebranych i ruszył przed siebie. Niedługo później zniknął im z oczu w gęstej mgle otulającej senne miasteczko. Kolejna błyskawica przeszyła nocne niebo. Już niedługo miało się coś wydarzyć.

sobota, 22 września 2012

Brand: Piekło

Nasza wyprawa do smoczej twierdzy nie potoczyła się tak, jak przewidywaliśmy. Razem z moimi dwoma przyjaciółmi, Xinem Zhao, byłym najważniejszym doradcą demacjańskiego króla oraz Tryndamerem, który zanim dotarł do obozu uciekł krwawej rzezi popełnionej na jego plemieniu, a także z nowym znajomym - Lee Sinem dostaliśmy zadanie przeszukania pomieszczeń gospodarczych zamku. Nie wydawało mi się, byśmy mogli coś znaleźć. Na wpół zburzone stajnie na pewno nie mogły kryć tajemnicy zaginięcia Leony, śmieszyła mnie w duchu także wizja walki w zapuszczonej kuchni zamkowej. Mimo tego zaczęliśmy dokładnie przeszukiwać wszystkie miejsca. Słońce chyliło się ku zachodowi, gdy Tryndamere palcem wskazał przez okno, na podniszczony mur obronny. Wysiliłem wzrok i dopiero po chwili dotarło do mnie, co to za stworzenie przemieszcza się szybko w kierunku bramy wejściowej.
- To Cassiopeia. - wyszeptał przyjaciel. Kayle mówiła, że Sona i Garen uciekli jej tamtej nocy, podczas balu.
- Czy ona...
- To kwestia klątwy. - wtrącił się Xin. - Nie może teraz wejść do podziemi... Dziwne. W takim razie czemu tu przyszła?
- Pewnie ma coś wspólnego z problemem naszych poszukiwań - odepchnąłem się ręką od pogryzionej lekko przez korniki szafki kuchennej i udałem się w kierunku klatki schodowej. Wtedy Xin Zhao zatrzymał mnie, kładąc mi rękę na ramieniu.
- Ona może mieć wsparcie.
- A my możemy walczyć - rzekłem niewzruszony, zapalając się niczym pochodnia. Na szczęście schody i ściany były tutaj kamienne.
Na dziedzińcu rozejrzałem się, nie dostrzegając niczego podejrzanego. Na kilka minut postanowiliśmy się rozdzielić. Poszedłem pod mur, by dokładniej przyjrzeć się śladom pozostawionym przez Cassiopeię. Na trawie leżało jedynie kilka świeżo obsypanych cegieł. Wtedy za sobą usłyszałem potężne uderzenie. Szybko odwróciłem się i posłałem dużą kulę ognia w stronę intruza.
- Nie, stój, nie zrobię krzywdy! - krzyknął donośnym głosem grafitowobłękitny potwór o nieco kanciastym ciele. Jego kończyny, głowa i skrzydła były zakończone żółtymi plamami. Sprawiał niesamowite wrażenie.
Zawróciłem ognika, który zdążył już dwa razy uderzyć gargulca.
- Co tu robisz i czemu narażasz się na mój atak?
Potwór opatulił się kamiennymi skrzydłami, jakby czegoś się obawiając.
- Wiem, czego szukacie. Widziałem tutaj niemal wszystko przez ostatnie dwa lata. Dużo się wydarzyło.
- Leona - powiedziałem cicho - wiesz, dokąd poszła?
- Wiem co robiła tutaj samotna biała anielica i jej czarna siostra. Widziałem atak na młodą z Solarich, jak również węża i córkę generała Noxus, które dziś zastawiły na was pułapkę. Układanka powoli zlewa mi się w całość...
Kroki przyjaciół przerwały moje szokujące rozmyślania. Tryndamere wyciągnął broń w kierunku gargulca, Xin przygotował się do ewentualnego ataku i tylko Lee Sin podszedł do mnie spokojnie.
- Opuśćcie to żelastwo - rzucił z obrzydzeniem.
Posłuchali go od razu.
- Czy ty nie jesteś Galio, potwór Duranda, któryś widział zamach na jego życie?
Gargulec pochylił głowę i cofnął się o dwa kroki.
- Rozumiem twój ból. Skoro jednak służysz Demacji, dlaczego nie powstrzymałeś ataku na naszą Solari?
- Byłem zdezorientowany. Najpierw wszystko co wiem o was, sojusznikach, było prawdą a teraz mroźna łuczniczka zabija pannę z Solarich? Bałem się.
- On nie wie co mówi! - Xin przyłożył mu włócznię do gardła - Ashe nie żyje! - warknął przez zęby.
Lee stracił cierpliwość i sprawnym ruchem płaskiej dłoni złamał na pół drewniany kij broni wymierzonej w Galio. Brązowe oczy wojownika na ułamek sekundy zrobiły się okrągłe, ale po chwili wróciły do normalnego stanu, pokazującego wyższość i dominację.
- Prosiłem - Lee najzwyczajniej podsumował swój wyczyn i wrócił do rozmowy z gargulcem. - Wiesz, dokąd się udały?
- Mogę zaprowadzić do podziemi. Będzie już za późno. Najpierw mróz, potem mrok Księżyca przykrył Słońce. Przyjaciele przyszli mu z odsieczą, ale zostali zamknięci w paszczach dwóch sił wrogów połączonych w połowie drogi...
- Zamknij się - krzyknął Xin. - Wiesz, gdzie jest Leona?
Galio pokiwał głową.
- Prowadź.
***
Wpadliśmy do okrągłej sali przez jeden z dwóch korytarzy podłączony do tych samych wrót. Wewnątrz widziałem ogrom walki. Gargulec miał rację, tutaj toczyła się prawdziwa bitwa. Ja i moi towarzysze wskoczyliśmy w środek tej kotłowaniny. Podpaliłem jakiegoś rosłego mężczyznę, który wijąc się w bólu przetoczył się po podłodze. Chciałem walczyć dalej, ale pokonany złapał mnie za kostkę i powalił na ziemię. Uderzając głową o kamień, ledwo się podniosłem i chwyciłem szablę przeciwnika, zapalając ją. Spodobał mi się styl walki Kayle, chociaż nie władałem bronią białą tak dobrze jak ona, czy Fiora. Obroniłem Sonę przed atakiem ze strony dużego wilkołaka.
- Zarządzamy odwrót, rozumiesz? - próbowałem przekrzyczeć ryki bojowe zgromadzonych - Przedrzyj się do drzwi, Lee Sin wyprowadzi cię na powierzchnię!
Kobieta pokiwała głową i w ostatnim momencie odepchnęła Katarinę, chcącą wbić jej nóż w pierś. Więc ona też tu była...  Moje zdezorientowanie omal mnie nie zabiło. Kątem oka widziałem fioletowy pocisk lecący wprost we mnie, ale jakaś inna siła zatrzymała go w miejscu i zrzuciła na posadzkę. Byłem za to wdzięczny Ryze'owi. Broniąc się zdążyłem powiedzieć o ucieczce jeszcze kilku osobom. Zgniatała mnie myśl, że za chwilę wszyscy zginiemy. Przeciwnik miał taką przewagę liczebną, że nie zauważył ewakuacji części moich przyjaciół. A gdzie podział się Galio? Był tak olbrzymi, że mógłby zniszczyć tu większość wrogów, a przynajmniej ich przwstraszyć. Wtedy zacząłem zauważać pułapkę, którą na nas zastawiono. A później ktoś mocno uderzył mnie w tył głowy.
***
Obudziłem się przez wilgoć panującą na miejscu. Nad sobą dostrzegłem ładną, choć zmęczoną, okrągłą twarz.
- Jednak żyjesz. - ten głos mnie uspokoił, chociaż wiedziałem, że jest ze mną bardzo źle. Spróbowałem się podnieść, ale drobniutka dłoń powstrzymała to działanie.
- Powinieneś odpocząć.
Z trudem przypomniałem sobie zadanie wydostania przyjaciół z potrzasku. Nie wszystko się udało.
- Wydostali się? Nikt nie zginął? - nagle dotarło do mnie, że zostaliśmy oszukani.
- Wielu zginęło - zasmuciła się, głaszcząc mnie po włosach dla uspokojenia - chociaż nas uratowaliście. Mnie na pewno.
- Noxus miał nas zgnieść w tej komnacie - rzekłem, wciąż roztrzęsiony. Odwróciłem głowę w prawo i ujrzałem powyginane i trochę zwęglone ciało mężczyzny, któremu wczoraj zadałem ostateczny cios. - Powiedz, że się wydostali!
- Część uciekła. Nie wiem, czy ocaleli na powierzchni. - ciemnobrązowy kosmyk włosów opadł na twarz Leony. - Czasami się zastanawiam, czemu tutaj śmierć jest na porządku dziennym..
- Żyjemy w czasach wojny...
-... Wiecznej wojny, Brand! Pamiętasz może czas pokoju między nami?
Pokręciłem głową i poczułem rozdzierający ból w czaszce.
- Nie powinieneś się ruszać. Nie jest ci zimno?
W odpowiedzi zapaliłem ogień na dłoni, chociaż wymagało to ode mnie dużej energii. Mnie nigdy nie było zimno, ale czułem jak dziewczyna drżała. Powietrze mogło mieć tutaj koło czterech stopni.
- Czyli nas tutaj zamknęli. Tak jak przypuszczałem.
- Dzięki waszej interwencji zamknęli tylko nas dwoje.
- A inni?
Poczułem, jak się waha.
- Wszystko w porządku? - chwyciłem jej chłodną dłoń i rozgrzewałem ją w palcach.
- Janna i Ryze nie żyją.
Nie musiałem weryfikować tych informacji, nie byłem nawet wściekły na Noxian. Teraz napłynął i dotarł do mnie ból, tak potężny, że miałem wrażenie iż rozerwie mnie od środka. Ryze poprzedniego wieczoru uratował mi życie. Przytuliłem towarzyszkę niedoli, podnosząc się do siadu. Wtedy poczułem, że jestem ranny. Na boku miałem duże rozcięcie, którego nie zauważyłem podczas walki. Starałem się opanować nerwy ze względu na siebie i wzrok, aby nie patrzeć na ciała zmarłych. Nawet nie myślałem o tym, żeby spróbować otworzyć drzwi. Morgana pewnie zadbała o zabezpieczenie ich odpowiednią magią.
Kiedy oparłem się plecami o kolumnę podtrzymującą strop, coś zachrzęściło między cegłami. Jeden z kamieni wsunął się do środka prawie niezauważalnie.
Z każdego piekła znajdzie się wyjście.
... Jednak to, co raz stracone - już nigdy nie wraca.

wtorek, 11 września 2012

Katarina: Nawrócenie

Przestałam myśleć trzeźwo, widziałam już tylko trzy rozmyte sylwetki znikające w półmroku korytarza. Po chwili kroki ucichły, echo niosło się jeszcze kilka sekund po czym moje uszy wypełniła dudniąca pustka. Osunęłam się na podłogę, nie mogąc złapać tchu. Szał ustępował miejsca zrezygnowaniu, poczułam się oszukana, wykorzystana i brutalnie rzucona na kamienną posadzkę. Bez sił aby wstać. Piekły mnie oczy, wytarłam je przedramieniem bez zastanowienia i poczułam, że były wilgotne.
- Nie płacz, kochana - zasyczała Cassiopeia z kąta pokoju. Dopiero teraz ją zauważyłam, bowiem zastygła bez ruchu niczym egipski posąg. - Masz wolną wolę, mogłaś dokonać wyboru, ale tego nie zrobiłaś! - na koniec podniosła głos i wyprostowała się tak, że głową niemal sięgała sklepienia dużo wyższego, niż w normalnych pomieszczeniach.
Podciągnęłam się na rękach i oparłam plecy o ścianę, przypominając sobie łaskotanie sosnowej kory podczas...
Zawarczałam i szybko otrzepałam się ze wspomnień, wtulając się jeszcze bardziej w kamienne cegły. Zostałam brutalnie oszukana i nie powinnam o tym zapominać.
- Nieodwracalnie wybrałaś złą ścieżkę - ogon węża oplótł mnie w pasie, a jego końcówka pomachała mi przed nosem, odbijając światło księżyca. - Sprzymierzając się z wrogiem...
- Dość! - wrzasnęłam, wyskakując na równe nogi tak, że Cassiopeia wystraszyła się i cofnęła. - Karcisz innych, nie uwzględniając swoich błędów! Czy nie widzisz, że przyjmując przysięgę w podziemiach starego zamku przeciwnika zdradziłaś nas wszystkich a przede wszystkim siebie? No dalej, spójrz na siebie! Co widzisz? Bo ja potwora, ohydnego potwora, a nie córkę władcy!
- Nie wiesz o czym mówisz! - trzydzieści centymetrów od mojej twarzy widziałam grymas Cassiopei i wężowy język, jakby zwiastujący coś złego.
- Doskonale wiem o czym mówię! Przestań mi wreszcie mówić, co mam robić!
Szybkim ruchem wyciągnęłam mój nóż spomiędzy cegieł w ścianie i przejechałam palcem po ostrzu. Przypomniałam sobie, jak bardzo byłam zakochana w broniach jako dziecko. Ludzie miewali różne pasje, ale mnie najbardziej fascynował blask noży i ich ukryte piękno. Wszystko w jednej chwili we mnie odżyło. Rzuciłam okiem na małą komódkę, jeden z niewielu mebli w tym pokoju. Z wściekłości wbiłam broń w blat.
- Co się stało?
- Dziś rano jadę do smoczej twierdzy. Ty pójdziesz ze mną. Wygląda na to, że nasi mali przyjaciele zaczynają kombinować.
***
Ziemia szybko umykała pod stopami, widziałam, że jestem już prawie na miejscu. Wysoka wieża z jasnej cegły cięła właśnie na pół nisko frunącą chmurę. Wiedziałam, że w błękitnej dachówce jest duża wyrwa, przez którą do środka wlatują ptaki drapieżne, wijące gniazda na szczycie. Jest to dla nich idealna kryjówka, gdyż widzą niemal całą okolicę.
Lekkim ruchem przesadziłam mur, wodząc wzrokiem po kamiennych gargulcach powyginanych pod dziwnymi kątami, z wykrzywionymi twarzami mającymi odstraszyć złe duchy. Uśmiechnęłam się pod nosem. Takie przesądy zawsze mnie śmieszyły. Wolałam żyć tu i teraz. Kilkadziesiąt metrów dalej ujrzałam siostrę, ogonem obłupującą jeszcze kilka cegieł w dużej dziurze muru, pozostałej z czasów bitew na tych terenach.
- Wiem, że tutaj są. - zasyczała - czuję ich obecność.
- Poprowadzisz?
Pokiwała głową, rzucając mi jeszcze jedno ze swoich karcących spojrzeń. Musiałam iść szybko, aby nadążyć. Weszłyśmy do wnętrza ciemnego budynku, ja powoli przyzwyczajałam wzrok do ciemności, podczas gdy siostra świeciła oczami niczym kot. W pewnym momencie zatrzymała się jednak, przez co niemal na nią wpadłam. Byłam pewna, że zaraz zacznie się mnie dopytywać czemu nie jestem czujna, że postawi mi zarzut pogrążania się w sennych marzeniach. Ona tak już miała, w zachowaniu każdego próbowała znaleźć błąd i niezgodność z prawem.
Teraz stała w miejscu, tępo wpatrując się w jeden punkt. To były stalowe wrota, z kilkoma dziurami wyżartymi przez rdzę. Nie rozumiałam, co ją tak w tym przeraziło, ale udało mi się skojarzyć fakty dopiero po dokładnym przyjrzeniu się drzwiom. Zdobienia układały się w sylwetkę pół węża- pół kobiety kryjącego się rękoma przed blaskiem bijącym z jakiegoś koślawego kija trzymanego przez dość wysoką postać mężczyzny z głową psa. Wokół węża palił się ogień, a dym wypełniał pustkę nad nimi. Było też kilka napisów w starej wersji naszego języka, ale metal był tak zniszczony, że rozróżniałam tylko pojedyncze litery.
- Pamiętam to miejsce - przemówiła Cassiopeia.
- Jesteś pewna, że to w tamtą stronę? Może da się jakoś obejść te części podziemi.
Zaprzeczyła. Wciąż nie poruszyła się ani odrobinę.
- Musisz iść sama. Jeśli tam wejdę, nie będzie już dla mnie odwrotu.
Rozumiałam ją doskonale, ale byłam trochę przerażona myślą o zabiciu samemu kilkunastu osób bez pomocy.
- Co oni tam w ogóle robią? - mruknęłam pod nosem.
- Przyszli uwolnić jednego z sojuszników. Musisz się spieszyć - to mówiąc popchnęła mnie lekko w stronę drzwi.
- Skąd ty to wszystko wiesz?
- Ta kara spotkała mnie nie bez powodu.
***
Zamknęłam oczy, gdy jaskrawe nagle, księżycowe światło zalało okrągłą salkę z kolumną na środku. Widząc powyginaną, dobrze naostrzoną włócznię pędzącą w stronę Leony, jak mi się przynajmniej wydawało, nie mogłam nie reagować. Niemal automatycznie wyciągnęłam rękę do przodu, a różdżka zmaterializowała się w mojej dłoni, już w całości. Mignęło mi jeszcze przed oczami przerażone spojrzenie Razyra wlepione we mnie, nie w egzotycznie wyglądającą włócznię. Szybkim ruchem skierowałam promień światła w szarobłękitną postać o upiornych oczach bez źrenic... Siła aż odrzuciła mnie do tyłu. Wydawało mi się, że minęło kilka sekund, tak naprawdę pozbierałam się dopiero po jakimś czasie. Długo nie potrafiłam zrozumieć, co się stało. Wyglądało na to, że rozproszyłam Dianę dzięmi czemu nasza sojuszniczka mogła się obronić. Nie wiedziałam jednak, dlaczego nawet nie dotknęłam wroga.
Leona zamachnęła się i powaliła na ziemię jakiegoś przeciwnika, którego wcześniej nie widziałam. Przetarłam oczy. Całe pomieszczenie aż się ruszało od ludzi i potworów. Wyglądało niesamowicie! Ujrzałam pod ścianą cicho chichoczącą Pogardę Księżyca, która moment później najzwyczajniej rozpłynęła się w powietrzu.
Zablokowałam różdżką cios dużego miecza, błyszczącego czernią metalu z którego został wykonany. Mężczyzna, który postanowił mnie zaatakować, uśmiechnął się i spróbował powtórzyć wyczyn. Zostałam niemal wgnieciona w ścianę, przyjmując niczym nietłumione uderzenie w brzuch. Wisząc kilkanaście centymetrów nad ziemią na łokciu wojownika, dłońmi próbowałam odblokować drogi oddechowe. Wszystkie moje staranne zabiegi spełzły na niczym, czułam, że robię się czerwona z braku tlenu. Nie mogąc walczyć, przestałam okładać przeciwnika różdżką i wypuściłam ją z bezwładnej dłoni.

Walka bez wsparcia nie miała sensu. Bez przyjaciół byłam niczym.

sobota, 8 września 2012

Światło jest nadzieją, a ta umiera ostatnia

Te kilka dni niewoli bardzo mnie bolało. Nie tylko fizycznie, ale także psychicznie, nie mogłam bowiem wyrażać swojego zdania, chociaż słyszałam zdania innych. Nie mogłam się odzywać. James przesiadywał koło mnie, kiedy akurat nie miał żadnych zadań i dużo mi opowiadał. Słuchanie jego głosu sprawiało mi przyjemność. Kilku innych przyjaciół także mi wierzyło i czasami przychodzili, podzielić się jakimiś wieściami. Oglądałam życie obozu z dystansu, nie czułam się jednak odrzucona. Jedynie Razyr nie chciał mojej wolności. Rozumiałam go, jako przywódca był za nas odpowiedzialny i chciał każdemu zapewnić bezpieczeństwo.
Po spostrzeżeniu Fiory ( okazało się, że jej imię pisze się przez "r", ona sama bardzo go nie lubiła, stąd zmiana ) wyruszyliśmy w stronę smoczej twierdzy. Ci bardziej doświadczeni, jak mój brat, którzy służyli Demacji od niepamiętnych czasów, wiedzieli jak ważne jest dla nas uratowanie Leony. Kayle zacięcie twierdziła, że to wszystko jej wina i była przez to bardzo zestresowana.
Przez cały ten czas czułam przyjemne dreszcze w koniuszkach palców. Energia gromadziła się, jakby czegoś ode mnie chcąc. Przez tą krótką chwilę kiedy trzymałam różdżkę byłam pewna, że mam wszystko. Razyr miał rację, nadal mogłam zagrażać otoczeniu. W myślach już układałam plan, jak odebrać przedmiot naszemu dowódcy.
Po powrocie Sony i Garena ( cały czas śmieszyło mnie to imię ) zostałam uwolniona przez pana imieniem Lee Sin ( to imię także mnie śmieszyło ). Mimo wszystko byłam mu bardzo wdzięczna. Niedługo później brat w sekrecie powierzył mi coś, na co czekałam.
- Jestem pewien, że jesteś właściwą osobą - powiedział, zamykając coś niewielkiego w mojej dłoni. - Skompletuj teraz tą różdżkę i pokaż mu, że masz władzę. Bez jednego elementu miała prawo źle zadziałać.
***
Architektura tego świata naprawdę mnie zadziwiała. Zamek, choć opuszczony, wyglądał niezwykle elegancko. Dach wieży zlewał się z błękitnym niebem, ale chmury powoli zaczynały je zakrywać.
- Będziemy musieli się rozdzielić. - rzekł Razyr, rzucając okiem na ogrom budowli. - Szybko, przeszukajcie wszystkie pokoje. Ja pójdę obejrzeć wieżę, James, Ryze i Kayle, wy podzielcie między siebie piwnice i podziemne korytarze, Lux, Sona, Janna i Fiora przeczeszcie dokładnie komnaty mieszkalne. Pomieszczenia gospodarcze zostawiamy reszcie. Wiecie co macie robić?
Zgodziliśmy się jednomyślnie, od razu przystępując do działania. Rozdzieliłyśmy się po dotarciu do wschodniego skrzydła zamku, wpadałam jak burza po kolei do wszystkich pomieszczeń. W pewnym momencie coś szczególnie zwróciło moją uwagę. Był to obraz, dość duży i dokładny pejzaż oprawiony w złotą ramę z ornamentów roślinnych. Stałam w miejscu niczym zahipnotyzowana. Chaos, cierpienie i smutek przedstawiony na ponurym polu bitwy przesiąknęły mnie, rozdzierając moje serce. Niemal czułam, jakbym tam była. Walące się budynki, dopalające się zgliszcza. Obok mnie rozległ się stłumiony ryk i jakaś olbrzymia bestia runęła na ziemię, wznosząc tumany kurzu. Zakaszlałam, ręką próbując rozpędzić drobiny suchej ziemi. Za mną toczyła się prawdziwa bitwa: szarżujący żołnierze byli zabijani przez szeregi rozproszonych bezładnie strzelców i kuszników stojących na blankach muru zamkowego - i odwrotnie. Widziałam przynajmniej kilkadziesiąt istot w niczym nie przypominających człowieka, walczących dzielnie do ostatniej kropli krwi. Jakaś kobieta skulona przy ścianie próbowała niezauważona przemknąć się do twierdzy - nie mogła widzieć tego, co ja - na arkadowe tarasy wdarły się już szeregi wroga, zabijając każdego na swojej drodze. Byłam przerażona widokiem ciasnych, niegdyś urokliwych i romantycznych uliczek wypełnionych dymem i pyłem, sypiących się cegieł, ognia zajmującego kolejne piętra i palącego dachy. Już tu kiedyś byłam.
Otrząsnęłam się, z zaskoczeniem stwierdzając iż znów stoję naprzeciw obrazu. Czy to wszystko tylko mi się zdawało?
- Piękne, prawda? - odezwał się jakiś głos za moimi plecami. O dziwo, wcale nie byłam zaskoczona jego obecnością. Być może wyczułam ją podświadomie już wcześniej.
- Bardzo... Realistyczne. - odparłam, z bólem odciągając wzrok od malowidła.
- Być może wiesz, że Noxianie chętnie używają zwrotu "Upadek Demacji" - zadrżałam. Wiedziałam to doskonale. - Niewielu z nich jednak wie, skąd wzięła się ta nazwa.
Spojrzałam na mężczyznę w długim czarnym płaszczu wykończonym czerwoną tkaniną. W oczach odbijał mu się blask zachodzącego słońca wpadającego przez dość duże okno. Wyglądał na człowieka inteligentnego, ale bardzo tajemniczego. Nie miałam pojęcia, skąd się tu wziął.
- Jeden z dowódców Demacji kilkaset lat temu okrutnie zdradził swoją ojczyznę. Ten obraz jest jego pędzla.
- Przedstawia... Upadek...
- ... Jednej z większych i potężniejszych cywilizacji tego świata. - uśmiechnął się. Miał w sobie coś, co mnie pociągało. - Tak.
Wtedy z trudem przypomniałam sobie, jaki jest mój cel.
- Ja pana naprawdę bardzo przepraszam, ale bardzo się spieszę. - odsunął się, kiedy próbowałam przecisnąć się przez drzwi obok niego.
- Właśnie dlatego przez czterdzieści pięć minut oglądasz obraz? - zakpił ze mnie. - Szukasz czegoś?
Wtedy zdałam sobie sprawę, że jeśli krzywdę Leony miało zwiastować zaćmienie, to ona jest Słońcem, a wróg Księżycem. Księżyc nie znosi światła słonecznego...
- Nie! - krzyknęłam jeszcze, zbiegając po schodach. - Już wszystko wiem, dziękuję!
***
Potknęłam się o jakiś dziurawy element stopni do podziemi i spadając, wylądowałam w wodzie po kostki. Podniosłam się obolała i szybko przywołałam małego świetlika, rozgarniającego ciemności. Wiało tutaj piwnicznym chłodem i wilgocią, jakieś szmery nie przerażały mnie jednak, gdyż światło pokazywało mi drogę. Ruszyłam korytarzem, przyglądając się płaskorzeźbom na ścianach. Wszystkie postaci miały idealne kształty, zostały przedstawione w ruchu. Niegdyś te miejsca musiały służyć innym celom, założyłam, że woda dostała się tu w późniejszych czasach.
Dostrzegłam drzwi i weszłam do góry po trzech stopniach. Szarpnęłam za klamkę. Zamek był zablokowany. Postanowiłam spróbować jeszcze raz. Zardzewiałe, ciężkie wrota były jednak otwarte, ale rdza na zawiasach nie dawała mi szans na ich przesunięcie. Dopiero energia światła pomogła mi lekko uchylić drzwi i wreszcie z trudem przecisnęłam się na drugą stronę. Korytarz był tu całkiem pusty, ale na jego końcu dostrzegłam jakiś jasny punkcik. Nawet nie patrząc pod nogi ruszyłam biegiem. Tym światłem byłam ja. Odbijająca się w lustrze. Zrezygnowana osunęłam się na ziemię.
- Lux? - obecność Kayle tak mnie uradowała, że o mało jej nie udusiłam, przytulając. - Znalazłam korytarz, do którego nie mogę wejść bez światła. Mój ogień przez wilgotność gaśnie niemal od razu.
- Leona musi tam być! - nadzieja zapłonęła we mnie na nowo, chwyciłam anielicę za rękę i pociągnęłam we wskazanym wcześniej kierunku.
Po chwili zaczęłyśmy biec. Uratowanie czyjegoś istnienia wydawało mi się być zadośćuczynieniem za śmierć naszego wojownika w pierwszych dniach mojego pobytu w obozie. Zostaliśmy wtedy odnalezieni przez Noxus i niewiele brakło do potężnej klęski. Mogłam temu zapobiec.
Pokonałyśmy kilka zakrętów, aż na końcu pustego kamiennego tunelu ujrzałyśmy błękitną poświatę. Przygotowywałam się psychicznie do walki. Kayle uniosła w górę swój miecz. Kiedy wpadłyśmy do sali, dotarło do nas, że nie jesteśmy same. Nawet Razyr zdążył z wieży zejść tutaj. Wszyscy stali pod ścianami, kryjąc wzrok. Na samym środku ujrzałam dwie smukłe postaci, emanujące charyzmą i elegancją. Jedna z nich zamachnęła się. Olbrzymia, powyginana broń ze świstem mignęła mi przed oczami.

czwartek, 30 sierpnia 2012

Lee Sin: Nareszcie pośród swoich

Poranek był rześki, słońce wschodziło krwawo na firmament, nie potrzebowałem wzroku by stwierdzić, że tego dnia przeleje się krew. Poprzedniej nocy przybyliśmy tutaj, prowadzeni przez Garena. Nie patrzył na mnie zbyt przychylnie, pewnie pamiętał czasy więzienia w koszarach, kiedy byłem jednym ze strażników. Wzdrygałem się na samą myśl. Moja przeszłość nauczyła mnie, że nie powinienem sądzić ludzi. Sama kara oślepienia nie równoważyła moich win.
Sona przeciągnęła się we śnie, kładąc mi głowę na kolanach. Założyłem jej niesforny kosmyk włosów za opaskę i pogłaskałem po głowie. Nie mogłem jej zobaczyć, ani usłyszeć jej głosu. Tylko dotyk pozwalał nam się kontaktować.
Za mną słyszałem dźwięk stłumionego głosu kobiety i odwróciłem się. Znowu. Więzień w tym obozie? Zaciekawiony delikatnie przełożyłem głowę Sony i podszedłem w stronę odgłosów. Dłonią odnalazłem knebel i ściągnąłem go.
- Bardzo dziękuję! - z olbrzymim entuzjazmem wykrzyknęła młoda kobieta.
Gestem uciszyłem ją, wskazując na śpiących towarzyszy.
- Co się stało, że zostałaś uwięziona, mimo iż sprawiasz wrażenie nieszkodliwej? - spytałem życzliwie, ale poczułem że za ostatnie słowo rzuciłaby się na mnie.
- Odpaliłam maszynę zagłady.
Nie podobało mi się, że usiłowała robić ze mnie głupca, jednakże byłem cierpliwy. Nie przyszłoby mi nawet do głowy, że ta młoda dama najzwyczajniej miała dobry humor.
- Lee.
Echo znikło równie szybko, jak się pojawiło za moimi plecami.Pamiętałem ją sprzed lat, niegdyś moją sojuszniczkę i dobrą znajomą.
- Lee? - uwięziona zaczęła się śmiać naśladując odgłosy wydawane przez wojowników praktykujących wschodnie sztuki walki. - Jak Ken Lee? - znowu wybuchnęła śmiechem.
- Lux, daj spokój.
Kobieta uciszyła się momentalnie. Podszedłem do Kayle, przypominając sobie wszystkie zwyciężone pojedynki, kiedy walczyliśmy obok siebie, razem z innymi.
- Nie sądziłam, że jeszcze żyjesz.
Pokiwałem głową. Ta kwestia też mnie zastanawiała.
- Cassiopeia otrzymała starożytną klątwę. - rzekłem, chcąc ostrzec przed skutkami tego wydarzenia - Wiesz o którą klątwę mi chodzi?
Kayle głośno wypuściła powietrze.
- Odpocznij. - dzisiaj musimy wyruszyć, patrole są już niedaleko.
- Ja pana przepraszam, panie Lee! - krzyknęła Lux - po prostu jestem zmęczona, bo nie mogę się ruszać i...
Wyrzuciłem w jej stronę jeden z moich pocisków, a więzy natychmiast puściły, padając na ziemię. Dzięki słuchowi stwierdziłem, że dziewczyna przetarła zdrętwiałe nadgarstki, szepcząc pod nosem tylko "niesamowite". Idąc za radą Kayle, ułożyłem się znów obok Sony, by chociaż trochę odpocząć.
***
Obudziły mnie jakieś krzyki. Dwóch mężczyzn ostro wymieniało zdania między sobą. Nie znałem ich, ale coś mi podpowiadało, że mam w tym jakiś udział. Po chwili do mnie dotarło, że powodem ich wrogiego nastawienia do siebie była kwestia uwolnienia Lux. Tak jak przypuszczałem, moja wina.
- Ona nie może pozostać na wolności! Jest niebezpieczna! - krzyknął jeden i głośno wciągnął powietrze do płuc.
- Ma prawo do podejmowania własnych decyzji jak ty, czy ja! - drugi zdecydowanie trzymał stronę Lux. - Razyrze, czy nie rozumiesz, że to był wypadek?
Chwilowa cisza wisiała między nimi, wypełniając pustkę przez ułamek sekundy.
- Czy ty naprawdę myślisz, że masz coś do powiedzenia w tej kwestii? Nie powinieneś się wcale wtrącać, dobrze wiesz, dlaczego twoja rola w obronie Demacji jest niewielka. Już nic nie możesz zrobić! Jeżeli sam się nie uciszysz, wyślą kogoś, kto zamknie ci usta!
Nie odezwał się już. Słychać było kroki Razyra oddalającego się od rozmówcy i jakby napięcie, tęsknota i poczucie beznadziei zaczęły wypływać na powierzchnię.
- Co się dzieje, bracie? - podszedłem do smutnego mężczyzny, kładąc mu rękę na ramieniu.
Słyszałem tylko ćwierkanie ptaków w oddali i zastanawiałem się, jak bardzo musiały go zaboleć słowa tego drugiego człowieka.
- Jestem Lee Sin - podałem mu rękę, a on bardzo powoli i bez energii potrząsnął moją dłonią.
- James, następca Ashe, miło mi.
W połowie wypowiedzi głos mu się załamał. Wtedy zrozumiałem, o czym mówił Razyr. Każdy z ludzi tutaj był wyjątkowy na swój sposób. James był wściekły na siebie, że służył jako niedoskonała kopia poprzedniczki. Pamiętałem Ashe niemal tak dobrze jak Kayle. Co się zatem z nią stało?
Zanim zdążyłem zwrócić uwagę na łucznika, już stał dwadzieścia metrów ode mnie i przyciszonym głosem rozmawiał z Lux. Rozmyślania przerwał dotyk czyjejś drobniutkiej dłoni, głaszczący mnie po policzku. Rozpoznałem ją od razu, gdyż skóra niemal paliła mnie pod jej dotykiem. Czyżby czegoś chciała?
- Już nie śpisz? - spytałem, zwracając się w jej kierunku.
W odpowiedzi chwyciła mnie za rękę, dokądś ciągnąc. Po chwili usłyszałem trzaski płonącego drewna a powietrze wypełnił dławiący, ale tym razem raczej radosny zapach dymu. Przy ognisku krzątał się Brand, a Janna przygotowywała posiłek. Razem z Soną usiadłem na brzegu przewróconego pnia drzewa i czekałem. Przeczucie, że czeka nas zgromadzenie.
Niedługo później w moich dłoniach znalazła się miska z ciepłą zupą, którą szybko zjadłem. Nasz spokój zakłócił Razyr, który postanowił coś powiedzieć na forum publicznym.
- Jako zorganizowana grupa szpiegów nie jesteśmy tutaj mile widziani. Patrole idą po naszych śladach, możemy być pewni, że znajdą nas po kilku dniach jeżeli się nie pospieszymy. - odetchnął - Znalazłem na mapie miejsce, które może posłużyć nam za idealną kryjówkę. Musimy tam dotrzeć w ciągu trzech dni. Niewielki wąwóz między granicą naszej ojczyzny a smoczą twierdzą powinien stanowić dla nas schronienie, kiedy patrole nas miną i zostawią w spokoju. Dlatego też...
Zaniemówił wpół słowa. Czy coś miało się wydarzyć?
- Razyrze, zaćmienie! - panna imieniem Fiora odezwała się jakby przerażona. Czułem jak wszystkie głowy zebranych obracają się w stronę wskazaną palcem przez kobietę. Żałowałem, że nie mogę go zobaczyć.
- Leona! - krzyknęła Kayle - coś się dzieje z Leoną!