Przestałam myśleć trzeźwo, widziałam już tylko trzy rozmyte sylwetki znikające w półmroku korytarza. Po chwili kroki ucichły, echo niosło się jeszcze kilka sekund po czym moje uszy wypełniła dudniąca pustka. Osunęłam się na podłogę, nie mogąc złapać tchu. Szał ustępował miejsca zrezygnowaniu, poczułam się oszukana, wykorzystana i brutalnie rzucona na kamienną posadzkę. Bez sił aby wstać. Piekły mnie oczy, wytarłam je przedramieniem bez zastanowienia i poczułam, że były wilgotne.
- Nie płacz, kochana - zasyczała Cassiopeia z kąta pokoju. Dopiero teraz ją zauważyłam, bowiem zastygła bez ruchu niczym egipski posąg. - Masz wolną wolę, mogłaś dokonać wyboru, ale tego nie zrobiłaś! - na koniec podniosła głos i wyprostowała się tak, że głową niemal sięgała sklepienia dużo wyższego, niż w normalnych pomieszczeniach.
Podciągnęłam się na rękach i oparłam plecy o ścianę, przypominając sobie łaskotanie sosnowej kory podczas...
Zawarczałam i szybko otrzepałam się ze wspomnień, wtulając się jeszcze bardziej w kamienne cegły. Zostałam brutalnie oszukana i nie powinnam o tym zapominać.
- Nieodwracalnie wybrałaś złą ścieżkę - ogon węża oplótł mnie w pasie, a jego końcówka pomachała mi przed nosem, odbijając światło księżyca. - Sprzymierzając się z wrogiem...
- Dość! - wrzasnęłam, wyskakując na równe nogi tak, że Cassiopeia wystraszyła się i cofnęła. - Karcisz innych, nie uwzględniając swoich błędów! Czy nie widzisz, że przyjmując przysięgę w podziemiach starego zamku przeciwnika zdradziłaś nas wszystkich a przede wszystkim siebie? No dalej, spójrz na siebie! Co widzisz? Bo ja potwora, ohydnego potwora, a nie córkę władcy!
- Nie wiesz o czym mówisz! - trzydzieści centymetrów od mojej twarzy widziałam grymas Cassiopei i wężowy język, jakby zwiastujący coś złego.
- Doskonale wiem o czym mówię! Przestań mi wreszcie mówić, co mam robić!
Szybkim ruchem wyciągnęłam mój nóż spomiędzy cegieł w ścianie i przejechałam palcem po ostrzu. Przypomniałam sobie, jak bardzo byłam zakochana w broniach jako dziecko. Ludzie miewali różne pasje, ale mnie najbardziej fascynował blask noży i ich ukryte piękno. Wszystko w jednej chwili we mnie odżyło. Rzuciłam okiem na małą komódkę, jeden z niewielu mebli w tym pokoju. Z wściekłości wbiłam broń w blat.
- Co się stało?
- Dziś rano jadę do smoczej twierdzy. Ty pójdziesz ze mną. Wygląda na to, że nasi mali przyjaciele zaczynają kombinować.
***
Ziemia szybko umykała pod stopami, widziałam, że jestem już prawie na miejscu. Wysoka wieża z jasnej cegły cięła właśnie na pół nisko frunącą chmurę. Wiedziałam, że w błękitnej dachówce jest duża wyrwa, przez którą do środka wlatują ptaki drapieżne, wijące gniazda na szczycie. Jest to dla nich idealna kryjówka, gdyż widzą niemal całą okolicę.
Lekkim ruchem przesadziłam mur, wodząc wzrokiem po kamiennych gargulcach powyginanych pod dziwnymi kątami, z wykrzywionymi twarzami mającymi odstraszyć złe duchy. Uśmiechnęłam się pod nosem. Takie przesądy zawsze mnie śmieszyły. Wolałam żyć tu i teraz. Kilkadziesiąt metrów dalej ujrzałam siostrę, ogonem obłupującą jeszcze kilka cegieł w dużej dziurze muru, pozostałej z czasów bitew na tych terenach.
- Wiem, że tutaj są. - zasyczała - czuję ich obecność.
- Poprowadzisz?
Pokiwała głową, rzucając mi jeszcze jedno ze swoich karcących spojrzeń. Musiałam iść szybko, aby nadążyć. Weszłyśmy do wnętrza ciemnego budynku, ja powoli przyzwyczajałam wzrok do ciemności, podczas gdy siostra świeciła oczami niczym kot. W pewnym momencie zatrzymała się jednak, przez co niemal na nią wpadłam. Byłam pewna, że zaraz zacznie się mnie dopytywać czemu nie jestem czujna, że postawi mi zarzut pogrążania się w sennych marzeniach. Ona tak już miała, w zachowaniu każdego próbowała znaleźć błąd i niezgodność z prawem.
Teraz stała w miejscu, tępo wpatrując się w jeden punkt. To były stalowe wrota, z kilkoma dziurami wyżartymi przez rdzę. Nie rozumiałam, co ją tak w tym przeraziło, ale udało mi się skojarzyć fakty dopiero po dokładnym przyjrzeniu się drzwiom. Zdobienia układały się w sylwetkę pół węża- pół kobiety kryjącego się rękoma przed blaskiem bijącym z jakiegoś koślawego kija trzymanego przez dość wysoką postać mężczyzny z głową psa. Wokół węża palił się ogień, a dym wypełniał pustkę nad nimi. Było też kilka napisów w starej wersji naszego języka, ale metal był tak zniszczony, że rozróżniałam tylko pojedyncze litery.
- Pamiętam to miejsce - przemówiła Cassiopeia.
- Jesteś pewna, że to w tamtą stronę? Może da się jakoś obejść te części podziemi.
Zaprzeczyła. Wciąż nie poruszyła się ani odrobinę.
- Musisz iść sama. Jeśli tam wejdę, nie będzie już dla mnie odwrotu.
Rozumiałam ją doskonale, ale byłam trochę przerażona myślą o zabiciu samemu kilkunastu osób bez pomocy.
- Co oni tam w ogóle robią? - mruknęłam pod nosem.
- Przyszli uwolnić jednego z sojuszników. Musisz się spieszyć - to mówiąc popchnęła mnie lekko w stronę drzwi.
- Skąd ty to wszystko wiesz?
- Ta kara spotkała mnie nie bez powodu.
***
Zamknęłam oczy, gdy jaskrawe nagle, księżycowe światło zalało okrągłą salkę z kolumną na środku. Widząc powyginaną, dobrze naostrzoną włócznię pędzącą w stronę Leony, jak mi się przynajmniej wydawało, nie mogłam nie reagować. Niemal automatycznie wyciągnęłam rękę do przodu, a różdżka zmaterializowała się w mojej dłoni, już w całości. Mignęło mi jeszcze przed oczami przerażone spojrzenie Razyra wlepione we mnie, nie w egzotycznie wyglądającą włócznię. Szybkim ruchem skierowałam promień światła w szarobłękitną postać o upiornych oczach bez źrenic... Siła aż odrzuciła mnie do tyłu. Wydawało mi się, że minęło kilka sekund, tak naprawdę pozbierałam się dopiero po jakimś czasie. Długo nie potrafiłam zrozumieć, co się stało. Wyglądało na to, że rozproszyłam Dianę dzięmi czemu nasza sojuszniczka mogła się obronić. Nie wiedziałam jednak, dlaczego nawet nie dotknęłam wroga.
Leona zamachnęła się i powaliła na ziemię jakiegoś przeciwnika, którego wcześniej nie widziałam. Przetarłam oczy. Całe pomieszczenie aż się ruszało od ludzi i potworów. Wyglądało niesamowicie! Ujrzałam pod ścianą cicho chichoczącą Pogardę Księżyca, która moment później najzwyczajniej rozpłynęła się w powietrzu.
Zablokowałam różdżką cios dużego miecza, błyszczącego czernią metalu z którego został wykonany. Mężczyzna, który postanowił mnie zaatakować, uśmiechnął się i spróbował powtórzyć wyczyn. Zostałam niemal wgnieciona w ścianę, przyjmując niczym nietłumione uderzenie w brzuch. Wisząc kilkanaście centymetrów nad ziemią na łokciu wojownika, dłońmi próbowałam odblokować drogi oddechowe. Wszystkie moje staranne zabiegi spełzły na niczym, czułam, że robię się czerwona z braku tlenu. Nie mogąc walczyć, przestałam okładać przeciwnika różdżką i wypuściłam ją z bezwładnej dłoni.
Walka bez wsparcia nie miała sensu. Bez przyjaciół byłam niczym.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz