czwartek, 30 sierpnia 2012

Lee Sin: Nareszcie pośród swoich

Poranek był rześki, słońce wschodziło krwawo na firmament, nie potrzebowałem wzroku by stwierdzić, że tego dnia przeleje się krew. Poprzedniej nocy przybyliśmy tutaj, prowadzeni przez Garena. Nie patrzył na mnie zbyt przychylnie, pewnie pamiętał czasy więzienia w koszarach, kiedy byłem jednym ze strażników. Wzdrygałem się na samą myśl. Moja przeszłość nauczyła mnie, że nie powinienem sądzić ludzi. Sama kara oślepienia nie równoważyła moich win.
Sona przeciągnęła się we śnie, kładąc mi głowę na kolanach. Założyłem jej niesforny kosmyk włosów za opaskę i pogłaskałem po głowie. Nie mogłem jej zobaczyć, ani usłyszeć jej głosu. Tylko dotyk pozwalał nam się kontaktować.
Za mną słyszałem dźwięk stłumionego głosu kobiety i odwróciłem się. Znowu. Więzień w tym obozie? Zaciekawiony delikatnie przełożyłem głowę Sony i podszedłem w stronę odgłosów. Dłonią odnalazłem knebel i ściągnąłem go.
- Bardzo dziękuję! - z olbrzymim entuzjazmem wykrzyknęła młoda kobieta.
Gestem uciszyłem ją, wskazując na śpiących towarzyszy.
- Co się stało, że zostałaś uwięziona, mimo iż sprawiasz wrażenie nieszkodliwej? - spytałem życzliwie, ale poczułem że za ostatnie słowo rzuciłaby się na mnie.
- Odpaliłam maszynę zagłady.
Nie podobało mi się, że usiłowała robić ze mnie głupca, jednakże byłem cierpliwy. Nie przyszłoby mi nawet do głowy, że ta młoda dama najzwyczajniej miała dobry humor.
- Lee.
Echo znikło równie szybko, jak się pojawiło za moimi plecami.Pamiętałem ją sprzed lat, niegdyś moją sojuszniczkę i dobrą znajomą.
- Lee? - uwięziona zaczęła się śmiać naśladując odgłosy wydawane przez wojowników praktykujących wschodnie sztuki walki. - Jak Ken Lee? - znowu wybuchnęła śmiechem.
- Lux, daj spokój.
Kobieta uciszyła się momentalnie. Podszedłem do Kayle, przypominając sobie wszystkie zwyciężone pojedynki, kiedy walczyliśmy obok siebie, razem z innymi.
- Nie sądziłam, że jeszcze żyjesz.
Pokiwałem głową. Ta kwestia też mnie zastanawiała.
- Cassiopeia otrzymała starożytną klątwę. - rzekłem, chcąc ostrzec przed skutkami tego wydarzenia - Wiesz o którą klątwę mi chodzi?
Kayle głośno wypuściła powietrze.
- Odpocznij. - dzisiaj musimy wyruszyć, patrole są już niedaleko.
- Ja pana przepraszam, panie Lee! - krzyknęła Lux - po prostu jestem zmęczona, bo nie mogę się ruszać i...
Wyrzuciłem w jej stronę jeden z moich pocisków, a więzy natychmiast puściły, padając na ziemię. Dzięki słuchowi stwierdziłem, że dziewczyna przetarła zdrętwiałe nadgarstki, szepcząc pod nosem tylko "niesamowite". Idąc za radą Kayle, ułożyłem się znów obok Sony, by chociaż trochę odpocząć.
***
Obudziły mnie jakieś krzyki. Dwóch mężczyzn ostro wymieniało zdania między sobą. Nie znałem ich, ale coś mi podpowiadało, że mam w tym jakiś udział. Po chwili do mnie dotarło, że powodem ich wrogiego nastawienia do siebie była kwestia uwolnienia Lux. Tak jak przypuszczałem, moja wina.
- Ona nie może pozostać na wolności! Jest niebezpieczna! - krzyknął jeden i głośno wciągnął powietrze do płuc.
- Ma prawo do podejmowania własnych decyzji jak ty, czy ja! - drugi zdecydowanie trzymał stronę Lux. - Razyrze, czy nie rozumiesz, że to był wypadek?
Chwilowa cisza wisiała między nimi, wypełniając pustkę przez ułamek sekundy.
- Czy ty naprawdę myślisz, że masz coś do powiedzenia w tej kwestii? Nie powinieneś się wcale wtrącać, dobrze wiesz, dlaczego twoja rola w obronie Demacji jest niewielka. Już nic nie możesz zrobić! Jeżeli sam się nie uciszysz, wyślą kogoś, kto zamknie ci usta!
Nie odezwał się już. Słychać było kroki Razyra oddalającego się od rozmówcy i jakby napięcie, tęsknota i poczucie beznadziei zaczęły wypływać na powierzchnię.
- Co się dzieje, bracie? - podszedłem do smutnego mężczyzny, kładąc mu rękę na ramieniu.
Słyszałem tylko ćwierkanie ptaków w oddali i zastanawiałem się, jak bardzo musiały go zaboleć słowa tego drugiego człowieka.
- Jestem Lee Sin - podałem mu rękę, a on bardzo powoli i bez energii potrząsnął moją dłonią.
- James, następca Ashe, miło mi.
W połowie wypowiedzi głos mu się załamał. Wtedy zrozumiałem, o czym mówił Razyr. Każdy z ludzi tutaj był wyjątkowy na swój sposób. James był wściekły na siebie, że służył jako niedoskonała kopia poprzedniczki. Pamiętałem Ashe niemal tak dobrze jak Kayle. Co się zatem z nią stało?
Zanim zdążyłem zwrócić uwagę na łucznika, już stał dwadzieścia metrów ode mnie i przyciszonym głosem rozmawiał z Lux. Rozmyślania przerwał dotyk czyjejś drobniutkiej dłoni, głaszczący mnie po policzku. Rozpoznałem ją od razu, gdyż skóra niemal paliła mnie pod jej dotykiem. Czyżby czegoś chciała?
- Już nie śpisz? - spytałem, zwracając się w jej kierunku.
W odpowiedzi chwyciła mnie za rękę, dokądś ciągnąc. Po chwili usłyszałem trzaski płonącego drewna a powietrze wypełnił dławiący, ale tym razem raczej radosny zapach dymu. Przy ognisku krzątał się Brand, a Janna przygotowywała posiłek. Razem z Soną usiadłem na brzegu przewróconego pnia drzewa i czekałem. Przeczucie, że czeka nas zgromadzenie.
Niedługo później w moich dłoniach znalazła się miska z ciepłą zupą, którą szybko zjadłem. Nasz spokój zakłócił Razyr, który postanowił coś powiedzieć na forum publicznym.
- Jako zorganizowana grupa szpiegów nie jesteśmy tutaj mile widziani. Patrole idą po naszych śladach, możemy być pewni, że znajdą nas po kilku dniach jeżeli się nie pospieszymy. - odetchnął - Znalazłem na mapie miejsce, które może posłużyć nam za idealną kryjówkę. Musimy tam dotrzeć w ciągu trzech dni. Niewielki wąwóz między granicą naszej ojczyzny a smoczą twierdzą powinien stanowić dla nas schronienie, kiedy patrole nas miną i zostawią w spokoju. Dlatego też...
Zaniemówił wpół słowa. Czy coś miało się wydarzyć?
- Razyrze, zaćmienie! - panna imieniem Fiora odezwała się jakby przerażona. Czułem jak wszystkie głowy zebranych obracają się w stronę wskazaną palcem przez kobietę. Żałowałem, że nie mogę go zobaczyć.
- Leona! - krzyknęła Kayle - coś się dzieje z Leoną!

sobota, 25 sierpnia 2012

Wizje

- Co zamierzasz zrobić? - głos starca zawisł w powietrzu. Wydawało się, że minęły wieki. - Zagłada jest wszechobecna. Twoje oddziały ponoszą porażki. - poruszył się na fotelu w oczekiwaniu.
Generał chodził w tę i spowrotem po komnacie, zastanawiając się.
- Musimy ich odeprzeć, planowałem wysłanie kolejnych jednostek...
- Oni giną - mężczyzna zatoczył ręką szeroki łuk, wyrzucając w powietrze promienie błękitnej zorzy. Gdy się zatrzymały, wypełniły pomieszczenie tworząc swego rodzaju trójwymiarowy ekran.
Kopyta dwóch koni przebiegły przed młodym generałem. Po chwili zobaczył on kobietę pokazaną w znacznym powiększeniu od pasa w górę. Leżała na ciemnoszarej ziemi, wyglądała na nieprzytomną. Po chwili uniosła powieki, a jej oczy zapłonęły fioletem. Wyciągnęła dłoń w kierunku patrzącego, ale nie po to, by go dotknąć. Uniosła w dwóch palcach kawałek rozbitego zwierciadła.
- Morgana... - szepnął generał - Czy ona...
- Upadła. Tak - chrapliwy głos starca przeciągnął ostatnią samogłoskę. Wskazał na następny obraz.
Olbrzymia kreatura, zakuta w kolczastą, ciężką zbroję po sam czubek nosa, brutalnie wsunęła ostrze miecza w brzuch bezbronnej łuczniczki. Kobieta opadła na kolana, przetoczyła się na bok i zatrzymała nieruchomo. Potwór schylił się, ręką odgarnął ziemię i podniósł z niej zamrożoną strzałę. Po chwili szron stopniał, a woda kapała swobodnie na piach i kamienie. Wtedy obok niego zmaterializowała się postać takiej samej kobiety, która klęknęła naprzeciw swojego pana przysięgając mu wierność.
Błękitne wstęgi zorzy rozmyły wizję, przekształcając ją w coś jeszcze innego. Białowłosa wojowniczka Księżyca dusiła jedną z Solarich swoją bronią. Następny obraz - Krąg Płomieni, w którym Kayle poddawała się Noxusowi. Kolejny - Garen zbiegający schodami w dół w ucieczce przed wielkim wężem. Brand próbujący wyłamać stalowe kraty swojej celi.
- Oni cierpią. - wszystkie błękitne wstęgi w jednej chwili wróciły do kuli unoszącej się na szczycie powyginanego kostura starca. - Powinieneś przemyśleć swoje decyzje.
Generał opierał się ręką o blat dużego stołu. Jego proste, brązowe włosy zasłaniały mu twarz.
- Dlaczego przegrywamy? - był roztrzęsiony, głęboko poruszony porażkami swoich podopiecznych.
- Zastanów się - oczy starca świeciły na niebiesko. - Zmierza do nas niewielka grupa uzdolnionej młodzieży. Dwie z twoich wojowniczek miały ją odnaleźć. Czy słusznie zrobiłeś, wysyłając tylko dwie?
- Nie.
Zapadła cisza, zupełna cisza przerywana tylko cichutkim tykaniem zegara wahadłowego.
- Tego się obawiałem. Nie przeżyją trzech dni, chyba że im pomożesz -Znów uderzył kosturem o kamienną posadzkę a wnętrze komnaty po raz kolejny wypełniły zorze. - Spójrz.
Tym razem wizja przedstawiała leśną polanę, gdzieś między granicą Demacii i smoczą twierdzą na terenie Noxus. Kilka osób siedziało nocą wokół ogniska, byli beztroscy, wycie dzikich zwierząt zakrywała przepiękna muzyka, śpiew i śmiech zebranych. Nagle do obozowiska wtargnął uzbrojony oddział wroga. Wojownicy zrywali i palili namioty, atakowali nieuzbrojonych przyjaciół. Chwila zamieszania i generał dostrzegł martwe ciała rozrzucone wśród drzew. Jasne, falujące włosy oblepione krwią, białe, bezwładne skrzydła i ostre przedmioty wystające z wielu piersi, kończyn powyginanych pod nienaturalnym kątem. Obóz opustoszał, tylko jedna sylwetka wyłoniła się z lasu. Płonące czerwienią włosy zlewały się z resztkami dogasających płomieni, kontrastowały z czystym, nocnym niebem. Wizja rozmywała się, ale generał dostrzegł, że postać nachyliła się nad jednym z ciał.
- Czeka nas zagłada. Musisz podejmować taktyczne decyzje.
- Wyślę wszystkich najlepszych. - w jego głosie zabrzmiała nadzieja - Zbyt wielu już straciliśmy.
Wyciągnął rękę w górę, by pociągnąć za dzwonek przywołujący gońca, ale stary zatrzymał go w bezruchu gestem dłoni.
- Musisz iść po nich sam. Pamiętaj, Legendarni to prawdziwe, czujące istoty, nie robotyczne zabawki... Może poza jednym - uśmiechnął się.
Gdy mężczyzna wychodził, w powietrzu ukazywała się jeszcze jedna wizja. Tym razem prawdziwa. Ryk smoka odpierającego ognistą tarczą magię wroga odbił się w zaszklonych oczach wiekowego człowieka.

piątek, 10 sierpnia 2012

Sona: Wewnętrzna odwaga

Wciąż jeszcze roztrzęsiona po poprzednim zadaniu otrzymanym od Razyra nie byłam pewna, czy poradzę sobie z następnym. Strażnik więzienny, imieniem Lee Sin pomógł mi się wydostać z zamieszania panującego po wejściu Katariny. Byłam pewna, że generał Noxus opuścił północne koszary przed ich zawaleniem, ale czy opuścił je Lee? Tyle ludzi pogrzebanych żywcem... Chodziły plotki, że nikt nie przeżył katastrofy. Po spotkaniu Kayle na szlaku, dowiedzieliśmy się że osiągnęła cel. Wraz z Leoną miały nas odnaleźć i sprowadzić do Demacii, tymczasem to my odnaleźliśmy nieprzytomną anielicę. Nie mieliśmy jednak pojęcia, gdzie podziewa się druga sojuszniczka. Kayle wciąż powtarzała, że smocza twierdza to pułapka i że musi wrócić po przyjaciółkę. Tak nakazywała jej wewnętrzna sprawiedliwość, której kurczowo się trzymała.
Minęłam dwóch kelnerów obsługujących stolik elity i wmieszałam się w tłum dostojnych par, gawędzących między sobą i śmiejących się niekiedy na cały głos. Nie mogłam odzywać się do innych, zatem pozostało mi podsłuchiwać i liczyć na rozmowność nieco nietrzeźwych już uczestników balu. Cała sala aż huczała od plotek dotyczących ostatnich wydarzeń, głównie ataku na koszary. Obserwowałam Garena, który wyszedł z sali na korytarz.
- Czy mogę prosić panią do tańca? - jakiś miły, elegancko odziany młodzieniec wyciągnął do mnie dłoń. Lekko pokiwałam głową, zgadzając się. Po chwili wirowaliśmy wśród dziesiątek innych tancerzy. - Czy zdradzi mi panna swoje imię? - szepnął mi do ucha. Zaczęłam się denerwować. W tym samym momencie ktoś chwycił mnie w talii i przyciągnął do siebie.
- Odbijam.
Delikatnym krokiem mężczyzna wydostał nas z kolorowego koła bawiących się Noxian i zatrzymał przy ścianie, z dala od oczu i uszu wścibskich podsłuchiwaczy.
Moje serce zadrżało.
- Co ty tu robisz? - zdenerwował się Lee Sin - Mało ci kłopotów?! Omal nie zginęłaś poprzednim razem i znów znajdujesz się w samym centrum sieci pająka! - krzyczał na mnie szeptem. Byłam taka szczęśliwa... - Raz ci się udało, ale przyjdzie taki czas kiedy nie będę w stanie ci pomóc!
Wyciągnęłam dłoń w jego kierunku. Naprawdę tu był? Chyba poczuł moją obecność, bo natychmiast zamilkł i ciszę między nami wypełniło chłodne oczekiwanie. Pogłaskałam go po policzku. Nic więcej nie mogłam zrobić.
- Sono, ja...
Wtedy jednym ruchem palca wskazującego go uciszyłam i przytuliłam się mocno. Ludzie się zmieniali, każdy nawet potwór miał w sobie ludzką część duszy którą dało się wyciągnąć na zewnątrz. To należało do naszej natury.
Nasze spokojne do teraz spotkanie zostało zaburzone przez coś dziwnego. Ludzie wokół na początku nie wykazywali objawów paniki, ale po chwili rozpierzchli się niczym stado spłoszonych koni i stanęli w zbitych grupach pod ścianami. Jedna kobieta mocno ściągnięta gorsetem w talii chyba zemdlała, bo trzech mężczyzn próbowało ją dobudzić, jednocześnie obserwując. Stanęłam na palcach, by widzieć środek sali tanecznej ponad głowami zebranych.
Na jej środku widniał pozłacany posąg pół węża, pół pięknej kobiety. Jego błękitne oczy bez źrenic świeciły jadowitym blaskiem po zebranych.
- Gdzie jest moja siostra? - zasyczał potwór... To jednak nie był posąg. - Gdzie jest Katarina?
Mocno zapletłam palce na dłoni Lee Sina. Czy to dlatego wojowniczka parę dni temu przerażona wyciągnęła swojego ojca, generała z koszar? W tamtym momencie ktoś zaczął krzyczeć i po chwili krzyczeli już prawie wszyscy. Młody mężczyzna który wcześniej poprosił mnie do tańca stał nieruchomo pół metra od węża.
- Powiesz mi, gdzie znajdę Katarinę? - usłyszałam wśród paniki.
Wskazał drzwi na korytarz, którymi dwie minuty temu wyszedł Garen. Potwór zaczął pełzać w tamtym kierunku, odbijając się od ścian i przewracając złotawym ogonem kilka stolików. Jak na węża, bardzo szybko się poruszał. Bez zastanowienia rzuciłam się w pogoń. Jeżeli Katarina była tam, gdzie wskazywał młodzieniec, mój przyjaciel mógł mieć kłopoty nawet bez tego węża. Mój wyczulony słuch zrozumiał, że Lee podąża za mną.
- Sono, dlaczego? - krzyczał za mną, ale ja nie słuchałam. Zbiegałam powoli po stopniach schodów obserwując już tylko końcówkę ogona potwora. Nie mogłam jej zgubić. Po chwili razem z towarzyszem wypadliśmy z bramy wejściowej jednej z wież w szary mrok deszczowego wieczoru. Mimo tak krótkiego czasu spędzonego w zamku zdążyło się już zrobić ciemno.
Lee Sin podtrzymał mnie, gdy stąpając nogą w dużą kałużę po zejściu ze schodów, zachwiałam się. Zgubiłam ją. Więc wszystko na nic. Mimo porażki postanowiłam się nie poddawać i skierowałam swoje kroki w stronę wyższych budynków. Trzeba było znaleźć Garena, bo z dwoma tak upartymi i przerażającymi kobietami mógł mieć problem. Pewnie już został schwytany przez Katarinę a wąż ich znalazł... I co dalej? Czy ten potwór jest po naszej stronie?
Mijałam na ulicy smutnych, starych żebraków i Noxian odzianych w szare łachmany, chodzących bez celu po ulicach. Czułam się okrutnie, paradując w bogato zdobionej kreacji po biednych dzielnicach wśród ludzi mających problemy ze znalezieniem czegoś do jedzenia. Wtedy pod ścianą zauważyłam małego, zziębniętego od deszczu chłopca wtulonego z pieskiem w wypłowiały koc w ciemnozieloną kratę. Momentalnie zrobiło mi się go żal. Chciałam mu jakoś pomóc. Zaczęłam grzebać po kieszeniach, czując wzrok ludzi wbijający mi się w plecy, kark... Jak dostojnicy to znosili? Nagle przypomniałam sobie o kolii, którą miałam na szyi. Nie była mi specjalnie potrzebna, a jemu mogła bardzo pomóc, dlatego podeszłam do chłopca i przykucając obok niego wyciągnęłam rękę z przedmiotem.
- To dla mnie? - spytał w swoim języku, wyraźnie ożywiony. Pokiwałam głową, wplatając mu w palce złotą ozdobę. Nie mógł wymówić słowa przez tą chwilę, ja przez całe życie więc połączył nas moment zrozumienia.
- Widziałeś Cassiopeię? - spytał Lee zza moich pleców.
Chłopiec przytaknął.
- Ścigała dwójkę ludzi. Pobiegli w stronę najbogatszej dzielnicy.
- Dziękuję.
Uśmiechnęłam się do niego, machając na pożegnanie i dwoma rękami podtrzymując suknię pobiegłam dalej, tym razem już obok mojego przyjaciela. Gdy znaleźliśmy się we wskazanym miejscu, powiało chłodem. Wszystko było całkiem puste, ludzie bawili się na balu. A więc to była Cassiopeia? Ta niesamowita siostra Katariny, najpiękniejszy i najskuteczniejszy szpieg? Nigdy jej nie widziałam, ale posłyszane historie robiły swoje. Zatem co się z nią stało? Znaleźliśmy się w ciemnym, ślepym zaułku. Spojrzałam na zegarek. Mało czasu. Zauważyłam postać Cassiopei podążającą powoli ulicą. Ona także musiała ich zgubić. Zaczaiłam się za murem patrząc, jak wyłamuje drzwi i znika w ciemnościach jednej z wież. Ruszyłam za nią po schodach w górę.
- Demacia upadnie! Katarino, teraz to widzę! Upadnie i pociągnie cię za sobą! - usłyszałam syk węża. Po chwili zawtórowało mu bicie zegara wahadłowego.
Bałam się o Garena. Mimo iż moją harfę zostawiłam u przyjaciół ( Lee Sinowi udało się ją odzyskać ) mogłam operować mocą i to właśnie zrobiłam. Słabsza teraz siła mojej muzyki uderzyła w Cassiopeię, rzucając nią o ścianę. Do tej pory zasłaniała wejście. Teraz widziałam Katarinę w objęciach Garena. Nie mogłam w to uwierzyć.
- Uciekaj! - wrzasnął Lee i popchnął mnie na podłogę, bym uniknęła ciosu węża.
Katarina dostała szału. Chwyciła sztylet i mój drugi przyjaciel w ostatnim momencie odsunął się przed ciosem. Koniec noża wbił się między cegły w ścianie.
- Szybko. - podążyliśmy za Garenem, uciekając pościgowi. W trakcie biegu skracałam sobie sukienkę, o którą się potykałam. Byłam wycieńczona, gdy znaleźliśmy się przy murze. Co się stało? Nie miałam pojęcia. Zmęczenie nie dawało mi trzeźwo myśleć. Odzyskałam panowanie nad sobą dopiero, gdy czułam delikatne kołysanie galopu i pierś Lee Sina, o którą się opierałam.
Nic nie było w porządku.
Cały nasz świat co chwilę się obracał.
Mimo wszystko dzięki komuś byłam szczęśliwa.
Jak można żyć, nie pojmując swojego świata?

czwartek, 9 sierpnia 2012

Leona: When the Sun goes down

Wysokie, strzeliste wieże prześwitywały przez korony drzew kiedy wojowniczka podążała starą, znajomą ścieżką. Miała spotkać się z Kayle i omówić plany odnalezienia grupy demacjańskiej kryjącej się w dziczy lasów Sheridanu. Zanim jednak przeskoczyła zarośnięty mchem mur, jeszcze raz spojrzała na błękitną dachówkę jednej z wież. Z dala pałac wyglądał na zamieszkały, ale został już dawno podbity przez Noxus i całkowicie opuszczony. Kiedy przesunęła palcami po wilgotnym, jasnym kamieniu, dosięgnął ją głęboki smutek. Ach, gdyby pamiętała te niesamowite czasy pokoju i dostatku... Do połowy zawalona brama wpuściła Leonę na dziedziniec. Na samym jego środku fontanna z rzeźbą smoka sprawiała przygnębiające wrażenie. Wszystkie smoki, nawet te kamienne przyciągały inne smoki. Twierdza była niegdyś ostoją dla tych zwierząt, jak i dla półsmoków cierpiących z powodu ich niedoskonałej natury. Obecnie nie pozostał na świecie już żaden przedstawiciel tego gatunku, przez co Demacja utraciła jedną ósmą swoich wojowników. Smoki były niezrównane w walce i często przechylały szalę zwycięstwa na ich stronę.
Na blankach muru coś się poruszyło. Leona przyjrzała się kamiennym gargulcom, nie zauważając nic podejrzanego. Nic podejrzanego poza pustką w tym miejscu. Musiała poczekać na Kayle. W tym samym momencie kobieta poczuła mocne uderzenie w plecy, zakręciło jej się w głowie i upadła. Kiedy sięgnęła ręką za siebie i wyciągnęła grot, wszystko przestało być jasne. Tracąc świadomość jeszcze raz spojrzała na srebrną, chłodną w dotyku strzałę pokrytą cienką warstwą szronu który od razu stopniał.
Ashe. Przeciw mnie.
Nie mogąc dłużej utrzymać się przy życiu całkiem osunęła się na ziemię.
***
Leona mrugała oczami, próbując dostrzec jakieś szczegóły otoczenia, w którym się znajdowała. Jako Wojowniczka Słońca nienawidziła zamkniętych, zwłaszcza ciemnych pomieszczeń i nawet w deszczu nocowała na zewnątrz. Teraz, w tych ciemnych, wilgotnych podziemiach chciała umrzeć. Znalezienie się pod powierzchnią Ziemi, z dala od blasku Słońca było dla niej najgorszą karą... Nie. Była jeszcze jedna, ale już prawie całkiem zapomniana która niegdyś zniszczyła czterech najważniejszych dowódców. Kobieta wolała nawet o niej nie myśleć.
- Jesteś już? - głos Ashe był dziwnie chłodny, obojętny. Nigdy, mimo swojej mroźnej natury, nie była osobą złośliwą ani okrutną. Leona pamiętała swoją przyjaciółkę Ashe jako ciepłą, pełną zrozumienia kobietę która zawsze pocieszała i pomagała w miarę możliwości. Ta Ashe była zdecydowanie inna, nie znały się od tej strony. - Nie sądziłam, że tak szybko dojdziesz do siebie. - Wstała i powoli okrążyła kolumnę podtrzymującą sklepienie, do której przykuta była towarzyszka.
Demacia uznała Ashe za martwą, gdy pewnego dnia nie wróciła z misji zwiadowczej. Leona pamiętała ten dzień, gdy przemoknięty od deszczu goniec z brązowymi włosami przylepionymi do czoła i szyi przyniósł przykre wieści o śmierci sojuszniczki. Wszyscy bardzo to przeżyli. Kobieta pamiętała, że na jej stanowisko został powołany nowy wojownik, który zaginął niedługo później. Mieli jeszcze nadzieję na odnalezienie go w Noxus.
- Wiem, dlaczego tutaj jesteś. Twoja przyjaciółka wpadła w naszą pułapkę. Teraz tylko powiedz dokąd zmierzacie...
Leona zauważyła zmiany w zachowaniu Ashe, ale nie przypuszczała jak wielkie mogły być.
- Ashe, dlaczego Noxus? - przejrzysta łza spłynęła po jej policzku, ale ze spętanymi rękoma nie mogła jej wytrzeć. - Jest tyle możliwości wyboru... - Wtedy łuczniczka wyjęła strzałę i dotknęła łzy grotem. Kropla momentalnie zamarzła i rozbiła się o posadzkę.
Wtedy Leona coś sobie przypomniała. Widziała kiedyś nieprzyjaciela zwanego Mordekaiserem, który po zabiciu wroga wskrzeszał go jako swojego podopiecznego. Czy może klonował? W końcu ciało martwego pozostawało nienaruszone a klon biegał sobie radośnie i zabijał razem ze swoim panem. Takie istoty różniły się jednak od prawdziwych swoich stworzeń. Nie posiadały ich duszy, a co za tym idzie także ich marzeń, wspomnień i wiedzy.
- Pamiętasz jak walczyłyśmy razem broniąc zamku w Horsham? - spytała Leona, chcąc sprawdzić swoje podejrzenia. - Pamiętasz, co ci wtedy powiedziałam?
Ashe zaczęła się denerwować. Krążyła teraz blisko ścian a pochodnie rzucały mdłe światło na jej wykrzywioną twarz.
- Mówiłam, że mimo wszystko nie zmienię strony. Że wygramy, ale tylko trzymając się razem. - łuczniczka mocno uderzyła kobietę w twarz.
- Co jeszcze mówiłaś?
- Ty mi powiedz - Leona znowu otrzymała cios.
- Myślę, że to nie będzie konieczne. - rzekła Ashe, zastanawiając się - Nie chciałabyś kogoś poznać? Myślę, że dużo o niej słyszałaś, ale nigdy nie spotkałaś jej na żywo... To by mogło być ciekawe, nieprawdaż? - klon roześmiał się szyderczo i zaczął coś nucić pod nosem.
Nie pytaj Słońca, czemu ukryło się za horyzontem. Dlaczego spowiło mgłą swoje światło...
- Nie. To nie może się stać! Nie, Ashe nie wolno ci!
Dlaczego odwróciło swój pochlebny wzrok gdy Noc obróciła karmazynowe złoto w szarą łunę.
- Przywołując ją, zatracisz samą siebie...   
Piękna, uwodzicielska melodia powinna koić nerwy, ale uszy Leony jako przedstawicielki narodu Solarich, były ranione. Kobieta z każdą chwilą traciła siły. Pogarda Księżyca, którą wołała Ashe też pochodziła z tego rodu. Lata temu zaczęła się interesować mocą Księżyca i posiadła ją. Jako heretyczka została skazana na śmierć przez Starszych. Jej ambicje w połączeniu z magią zabiły Radę, a ona wyruszyła w podróż by karać niewinnych za swoje cierpienia i nawracać ich na prastarą, zapomnianą wiarę. Leona znała tą historię jedynie z opowieści, bowiem od tych wydarzeń minęło już kilka stuleci. Legenda głosiła, że tą modlitwą można było przywołać Pogardę.
Jednej prostej prawdy Słońce nie odważyło się wyznać. Jego światło potrafi jedynie oślepiać i palić...
- Nie wiesz, co robisz! - Leona czuła, jak światło jej aury powoli zanika, a mrok się zagęszcza. Cząstki ciemności kumulowały się naprzeciw wojowniczki, zostawiając wolną przestrzeń za jej plecami, między kolumną a jedynymi wrotami wejściowymi do okrągłej sali. Leona słuchała tych kłamstw o samej sobie i o swoich pobratymcach. Byli przedstawieni jako winowajcy, zdrajcy i głupcy, wierzący w swoje Słońce mające ich wybawić. Jakoby światło Księżyca miało być jedyną słuszną prawdą, która się liczy.
Okrutny Księżyc przywiódł Koniec.
Świt nie wstanie nigdy więcej.
W jednym momencie zgasły wszystkie pochodnie, a salę zalała szara mgła i błękitnoniebieskie światło, bijące od wejścia do sali. Leona nie mogła jej zobaczyć będąc przykuta tyłem.
- Kończy mi się czas - Ashe stanęła dokładnie naprzeciw uwięzionej wojowniczki, uśmiechając się. Widziała teraz Leonę skąpaną w księżycowej poświacie - Koniec światła dnia, moja droga. Pogódź się z tą okrutną śmiercią z dala od twojego ukochanego Słońca - ostatnie słowo niemal wypluła.
Wtedy cała postać Ashe rozsypała się w drobny, czarny pył. Leona miała rację, prawdziwa łuczniczka już dawno nie żyła. Teraz mogła już tylko czekać na powolną, straszną śmierć. Diana, potęga księżyca dla wszystkich Solarich była bezlitosna.
Pamiętaj Leono... Obiecałaś. Do śmierci nigdy nie zmienisz strony.

~~~~~~~~~~~

Helloł, rozdział był inspiracją przez nowego championa, a zwłaszcza to:
>>KLIK<<
Ładna muzyczka ( iks de lol ) :D
Tekst modlitwy jest tłumaczonymi fragmentami piosenki, dziękuję za uwagę, do następnego :)

Garen: Za murem

Dwa dni podróży po moim fatalnym błędzie spotkaliśmy na szlaku starą przyjaciółkę Kayle. Dziewczyna była wykończona i nieprzytomna, widać było niemal jak ucieka z niej życie. Cieszyłem się, że Jannie i Sonie udało się ją odratować i teraz powoli wracała do siebie. Wieczorem przy ognisku opowiadała nam, że Demacia utraciła jej siostrę Morganę i jak w ostatnim momencie jakaś nieznajoma kreatura uratowała życie Kayle. Bolała mnie bardzo strata drugiej anielicy. Magia, którą posiadła była niesamowicie potężna a teraz mieliśmy ją ustawioną we wrogich szeregach. Zastanawiał mnie olbrzymi smok zdolny pokonać Morganę i wieści, które przyniosła. Niedługo miał się odbyć bankiet w zamku sheridańskim, zaproszeni byli niemal wszyscy dostojnicy i dowódcy a także najzdolniejsi wojownicy i magowie. Dostałem propozycję, której nie mógłbym odrzucić. Wraz z Soną mieliśmy się tam wybrać i dowiedzieć czegoś o planach wojennych wyraźnie zaznaczonych na mapie skradzionej przez Jamesa i moją siostrę. Pewnie po włamaniu zostały zmienione.
Właśnie, moja siostra. To co zrobiłem było niewybaczalne. Tak cieszyłem się z zachowania mojego sekretu, że dałem jej elementy różdżki... W jej rękach była tak potężna, że nieświadoma jej mocy Luxanna zniszczyła wielki budynek noxiański. Była niebezpieczna, więc do teraz dzięki rozkazowi Razyra siedzi związana pod drzewem z dala od niebezpiecznego przedmiotu. Nie udało się go znów rozbić, bo został związany nową magią. Siostra złożyła różdżkę, która zadziałała mimo braku ostatniej części. Destrukcyjna siła, którą posiadała przeraziła mnie do głębi, a i pewnie nie tylko mnie.

***

Przywiązałem dropiatą klacz do pnia drzewa długim uwiązem, pozwalając jej skubać trawę. Potem pomogłem Sonie i po chwili z lekkim tylko trudem znaleźliśmy się za murem. Słońce chyliło się ku zachodowi, kiedy wemknęliśmy się do zamku z bazaltu po balkonach od zewnętrznej strony. Byłem zachwycony wyglądem mojej przyjaciółki. Niewiele kobiet było w stanie od niechcenia przygotować sobie coś ładnego do ubrania. Bałem się, że przez wygląd Sony zwrócimy na siebie uwagę, ale jak się później okazało partnerki dostojników wręcz prześcigały się w doborze kreacji. Nie mieliśmy najmniejszego problemu by wtopić się w tłum, co rodziło podejrzenia. Może to była zasadzka?
- Spróbuj się czegoś dowiedzieć w miarę swoich możliwości - Sona pokiwała głową, gdy wypowiedziałem te słowa. - Powinniśmy się spotkać przy koniach po północy. Gdybym nie przyszedł w ciągu dwudziestu minut, jedź po pomoc. Oczywiście działa to też w drugą stronę. Masz zegarek?
Wyciągnęła z rękawa mały srebrny przedmiot na łańcuszku, zdobiony motywami roślinnymi.
- Do zobaczenia.
Poczekałem chwilę, aż zniknie mi z oczu i dopiero potem zmusiłem się by ruszyć się z miejsca. Miałem bardzo złe przeczucia co do dzisiejszego wieczoru. Nie minęło piętnaście minut, a ja znalazłem moją ofiarę. Był to główny dowódca Noxus, który sprawiał wrażenie zastraszonego, albo takiego człowieka który chce coś ukryć. Był zgarbiony, włożył rękę do kieszeni a po chwili ją wyjął i po zjedzeniu kilku winogron ze stołu ruszył w kierunku wyjścia z sali. To do niego należała skradziona mapa. Śledziłem go chwilę niezauważony i spostrzegłem, że kieruje się pustym korytarzem do pomieszczeń służbowych. Zwlekałem ponad minutę ale w końcu poszedłem po jego śladach i po pokonaniu zakrętu stanąłem jak wryty, niezdolny się ruszyć. Korytarz był wąski a metr ode mnie, opierając się rękoma o obie ściany jednocześnie, stała Katarina.
Nie mogę określić co czułem. Tym razem nie miała na sobie skórzanych elementów zbroi i broni, a jedynie błyszczącą srebrną suknię z rozcięciem do uda, której dekolt odkrywał zdecydowanie za wiele. Westchnąłem.
- Spodziewałam się ciebie - rzekła niby od niechcenia, oceniając stan swoich paznokci u prawej ręki.
Podeszła do mnie dwoma krokami, zmniejszając odległość między nami do dziesięciu centymetrów. Gdy przekrzywiła głowę, czułem jej oddech na szyi. Wciąż widoczna była rana zyskana przy poprzednim spotkaniu.
- Nic nie powiesz, Garenie? - spytała, przeciągając po niej paznokciem. Cały zadrżałem pod jej dotykiem. - A może się boisz?
Zaczynałem szybciej oddychać. Powoli traciłem przez nią zmysły. Mój umysł kazał mi uciekać, ale dusza i ciało domagały się kontaktu z Katariną. Nie mogłem im tego odmówić...
Mimo wszystko cofnąłem się o trzy kroki, niechcący uderzając plecami o ścianę korytarza. Zaskoczona zachwiała się niemal niezauważalnie. Nie było w Noxus osoby lepiej panującej nad swoim ciałem. Pięknym ciałem.
Za tą uwagę chciałem sobie obciąć głowę.
- Masz prawo mnie zabić. Jestem nie tam, gdzie powinienem być. - Zawahałem się. W tym momencie ona znów znalazła się tuż przede mną - Gdzie masz broń?
Roześmiała się. Nie był to śmiech drwiący, tylko szczery. Przynajmniej tak mi się wydawało. Po chwili rozejrzała się nerwowo a gdy chwyciła mnie za rękę i zaczęła biec, z sali słychać było głośne piski i krzyk. Coś się miało wydarzyć.
Skręciliśmy na schody i przeskakiwaliśmy w dół po trzy, cztery stopnie. Nie miałem pojęcia co się działo, ale powoli traciłem świadomość przez jej uwodzicielski dotyk, nawet jeśli tylko trzymała mnie za rękę.
Po chwili byliśmy już na zewnątrz. Skakałem przez kałuże i biegłem w deszczu, by nadążyć za jej zwinnymi krokami. Długa suknia musiała jej bardzo przeszkadzać. W końcu znaleźliśmy się w bogatej dzielnicy. Kobieta szybkim ruchem wskoczyła na schody i zatrzasnęła drzwi wcześniej wciągając mnie do środka. Wyglądaliśmy na zewnątrz przez niewielką szczelinę w polerowanym drewnie. Po śliskiej, mokrej kostce brukowej przetoczył się olbrzymi wąż. Wąż! Widziałem już wiele potworów, ale pierwszy raz moje oczy oglądały takie szkaradztwo. Po chwili wszystko ucichło i Katarina znowu pociągnęła mnie za sobą.
- Skoro już tutaj jesteśmy...
Drzwi skrzypnęły lekko i po chwili znaleźliśmy się w półmroku apartamentów. Kilka korytarzy i... Otwarły się przed nami wrota do jej pokoju. Nie zwracałem już uwagi na przepych tego pomieszczenia. Ja tutaj byłem. I to ona mnie zaprowadziła. Zastanawiałem się, czy widać emocje które mną targają.
- A więc teraz mnie zabijesz. Zabij. - Ledwo nad sobą panowałem, zamykając ją w klatce z moich rąk i ściany za jej plecami. Patrzyłem na nią z góry, być może trudno było uwierzyć że ta drobniutka kobieta jest seryjnym zabójcą.
- Nie wydaje mi się. - Położyła palec na moich ustach, drugą ręką oplatając kark. Deszcz zniekształcił trochę kok, w który były spięte jej włosy. Chcąc im pomóc, uwolniłem je od srebrnego grzebyka dzięki któremu trzymały się w górze.
Po chwili nasze usta się spotkały i już się nie zastanawiałem nad niczym. Chciałem tylko być blisko, jak najbliżej. Zacząłem całować jej podbródek i szyję, przyciągając ją do siebie. Powoli znajdowałem się coraz niżej, kończąc na dekolcie, gdy Katarina objęła mnie jedną nogą, a ja przytrzymałem jej udo.
- Co się stało? Dlaczego musieliśmy uciekać przed tym potworem? - chciałem się dowiedzieć ale ona wtedy delikatnie wyrwała się z moich objęć, opierając się łokciem o zimną, kamienną ścianę.
- Nie teraz, Garenie... - odwróciła się, wyglądała na zmęczoną i trochę przybitą. - Musiałeś?
- Usiądź. - przeszedłem przez pokój i oparłem się o mały mebel drewniany, który od razu zwrócił moją uwagę. Leżał tam niebieski kryształ, ostatni element różdżki. Roztrzęsiony nie wiedziałem na czym mam się skupić.
Katarina siedziała na brzegu łóżka z nogami przyciągniętymi do piersi. Gdy to zobaczyłem, zrobiło mi się przykro. To był objaw zachodzących zmian. Nigdy dotąd nie czułem przez nią nic takiego. Szybko chowając znalezisko podszedłem bliżej i przytuliłem Katarinę. Chyba poczuła się bezpieczna, bo wtuliła się jeszcze mocniej i przez chwilę nic nie mówiła oddychając głęboko.
- Miałam siostrę - zaczęła - bardzo piękną siostrę. Już jej nie mam - dodała po chwili.
Nawet nie zdążyłem się zastanowić, bo w drzwiach ukazała się czyjaś postać.
- Demacia upadnie! - zasyczał wąż - Katarino, teraz to widzę. Upadnie i pociągnie cię za sobą!
Wtedy duży zegar wahadłowy wybił godzinę dwunastą.