czwartek, 26 lipca 2012

Morgana: Krąg

Księżyc świecił jasnym blaskiem swojej okrągłej tarczy. To znaczyło, że Morgana mogła liczyć tej nocy na wszystkich sojuszników, także na Warwicka który podczas pełni był potężniejszy jako wilkołak. Kayle stała w kręgu po drugiej stronie fontanny. Mierzyły się wzrokiem, przygotowując do ewentualnej walki. Morgana dobrze wiedziała, że jej siostra może uciec w każdej chwili dzięki sprawnym skrzydłom. Tego najbardziej żałowała. Po Upadku nie mogła już latać, a jej olbrzymie, fioletowe ale jakże potargane skrzydła były już tylko kulą u nogi.
- Zamierzasz mnie zabić? - spytała Kayle, unosząc w górę swój miecz.
Morgana znów zachichotała. Jeżeli nie było dla niej problemem zabić tyle osób, czy mogłaby się zawahać przed uśmierceniem kolejnej? Anielica weszła do kręgu a wszyscy jej sprzymierzeńcy cofnęli się przed mury. Dobrze wiedziała, że siostra nie chce jej skrzywdzić a tylko wydostać się z zasadzki. Była niemal pewna, że jej plan o przyłączeniu Kayle w noxiańskie szeregi się powiedzie. Musiała tylko być ostrożna.
Morgana uniosła w górę otwartą dłoń, nad którą zaczęła się unosić kula fioletowej energii. Uwielbiała delikatny dreszczyk, który pojawiał się gdy przywoływała do siebie magię. Oczy Kayle zrobiły się jakieś większe, ciemniejsze. Tak, jakby wiedziała co ją czeka. Wtedy zapłonął ogień, a krąg został zamknięty.
- Znasz zasady. - szepnęła - Próba ucieczki jest już niemożliwa. Walczymy na śmierć i życie, ale możesz się poddać. Wtedy przechodzisz na naszą stronę - uśmiechnęła się.
- Żebyś tylko ty się nie musiała poddawać, Morgano - Do Kayle wróciło życie. - Zasady działają też na odwrót, czyli ty także im podlegasz.
- Prędzej zginę.
- Więc giń! - zamachnęła się, ale jej siostra zablokowała cios z lekkością panując nad swoją mocą.
Była wiecznie zadowolona, szczęśliwa z jakiegoś niezrozumiałego powodu. Nie próbowała kryć uśmiechu blokując z zamkniętymi oczami pięć kolejnych ciosów. Nie sądziła, że Kayle, tak potężna Kayle stanie się niemal śmieciem u jej stóp. Wtedy Morgana przeszła do ataku. Wpadła w furię, rzucała fioletowymi pociskami na oślep tak, że druga anielica ledwo odpierała ataki.
- To jest prawdziwa walka, widzisz? - rzekła, formując w dłoniach olbrzymią kulę i starannie celując.
Kayle oparła miecz o ziemię, odbijając z metalicznym brzękiem magię siostry. Była wycieńczona, siedziała teraz na kamiennych kostkach brukowych, a jej twarz została zakryta burzą złotych włosów. Morgana tymczasem nadal stała w miejscu, ale jej furia opadała więc znów wyglądała normalnie. W ciszy słychać było jedynie stukot jej obcasów, gdy podeszła do prawie pokonanej przeciwniczki.
- Poddajesz się?
Cisza. Kayle nadal siedziała na boku, nie mając siły nawet na lekkie poruszenie się. Morgana już przygotowywała ostateczny cios.
- Nie.
Echo tego cichego szeptu rozległo się po placu. Ogień Kręgu zaczął płonąć intensywniej, płomienie buchały już na kilka metrów w górę i zakłócały ciszę. Słychać było wycie wilków i krzyki sojuszników Morgany. Noxiańska wojowniczka uniosła dłonie w górę i niezwykle szybko uderzyła nimi w... Ognistą tarczę rozłożoną przez kogoś nad Kayle! Siła uderzenia była tak olbrzymia, że upadłą odrzuciło w przeciwną stronę, a ona uderzyła w ścianę i wylądowała na ziemi.
Czarni sojusznicy cofnęli się o trzy kroki, widząc smukłą sylwetkę smoka zionącego ogniem. Morgana widziała obłęd w jego oczach, gdy patrzył na nią. Jako jedyna się nie bała podczas, gdy wśród sojuszników zapanowała panika. Gad wrzucił Kayle na grzbiet i odleciał. Gdy odbijał się od ziemi, wszystko wokół zadrżało.

Potem były już tylko dogasające płomienie i ból. Ból fizyczny i psychiczny po porażce. Nic nowego.

poniedziałek, 23 lipca 2012

Razyr: Pod dowództwem

Były trzy dni przerwy. Trzy dni na odpoczynek. W tym czasie nic się nie działo, siedzieliśmy tylko smutni nic nie mówiąc. Dwa razy łapaliśmy Garena chcącego samemu dostać się do koszar. Czuł się winny. Trzeciego dnia o świcie oporządziliśmy konie i wyruszyliśmy w tę niedługą, ale jakże stresującą podróż. Miałem wyrzuty sumienia. To była moja wina, że nie wiedzieliśmy co się z nimi dzieje. Być może dostali zbyt trudne zadanie.
Droga dłużyła się, a gdy zauważyłem ten upiorny budynek, coś zwróciło moją uwagę. Szybko galopujący rumak biegł wprost na nas.
- Kryć się! - wydałem polecenie, a moja drużyna wykonała je perfekcyjnie. Wszyscy poza jedną osobą. - Janno!
Z przymkniętymi oczyma i włosami żyjącymi swoim rytmem kobieta odwróciła głowę w stronę naszego celu. Słyszałem tętent kopyt, zwiadowca wroga był tuż obok. Podbiegłem do niej, chcąc ją pociągnąć w swoją stronę i schować przed nieprzyjacielem. A ona nawet mnie nie dotykając...
No cóż, przefrunąłem kilka metrów.
Zwiadowca lekkim pociągnięciem za wodze zatrzymał konia z galopu.
- Wiedziałam, że przyjdziesz.
Byliśmy wszyscy bardzo zdziwieni oglądając łagodną twarz Sony, po której spływały łzy.
- My też za wami tęskniliśmy! - krzyknęła Luxanna rzucając się przyjaciółce na szyję. - Ale... Gdzie Brand?
- Ona nie płacze ze szczęścia. Przynajmniej nie tylko dlatego. - Janna pobladła i patrzyła, długo patrzyła w oczy Sony nie mogąc z nich nic wyczytać. - On... On już do nas nie wróci.
Wciąż byłem zdezorientowany. Oni coś mówili, snuli domysły na temat Sony, pocieszali ją że przecież nic się nie stało. Miałem takie chwile, kiedy nic do mnie nie docierało. Nawet nie myślałem. To był tylko wdech, wydech i spojrzenie na smutną przyjaciółkę raz po raz spoglądającą za siebie i jakby wyczekującą czegoś. Miałem złe przeczucia. Bolał mnie też atak, właściwie obrona, Janny. Chociaż nie tyle fizycznie, co psychicznie. Wracaliśmy z mieszanymi nastrojami. Weseli z odnalezienia Sony, smutni z powodu utraty Branda. Czy ona widziała jego śmierć?
To, co zobaczyłem po powrocie do obozu przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Dym unosił się wszędzie. Zgliszcza namiotów i okolicznych drzew jeszcze się dopalały, widziałem zaskoczone twarze moich przyjaciół jak i szare kłęby pogrążone w jasnych poświatach języków ognia. Jedyną myślą, którą wtedy zdołałem wyłapać było "jak dobrze, że wcześniej opuściliśmy to miejsce". Co by się działo, gdyby nas napadli a my byśmy jeszcze spali? Wolałem o tym nie myśleć. Wtedy spojrzałem na krąg ogniska i dostrzegłem kogoś. Kiedy wszyscy biegali w poszukiwaniu resztek swoich rzeczy, Brand podszedł do mnie.
- Zostawili tylko to - podał mi w dwóch palcach świstek pergaminu zapisany noxiańskim alfabetem. Już trochę się go nauczyłem, ale nie mogłem się skupić na piśmie, ani na nożu, którym przypięta była kartka. Skupiłem się na nim, o którym wszyscy myśleliśmy, że nie żyje.
Poklepaliśmy się po plecach. Nie wiem co bym zrobił bez przyjaciół i właśnie wtedy zdałem sobie z tego sprawę. Rzuciłem okiem na równe litery i uświadomiłem sobie, jak wielki popełniłem błąd.
- "Wiemy o was wszystko. Będziemy was zabijać, jeden po drugim."

***

- Daj, ja podniosę. - Garen schylił się, by zebrać z ziemi strzałę z piórkami. - To Jamesa?
Lux skinęła głową, odbierając broń z rąk brata.
- Posłuchaj, ja...
- Chcesz mi się do czegoś przyznać?
- Czemu nie walczyłeś z Katariną? - spytała z wyrzutem w głosie.
Garen przestał się uśmiechać i zamarł, czekając na przypływ pomysłów. Nie, jego siostra nie mogła się dowiedzieć. Nikt nie mógł wiedzieć, konsekwencje tego byłyby ogromne.
- Chciała czegoś od ciebie. Dałeś jej to, ale ją wystraszyłam. Co to było?
Nerwowy chichot mężczyzny przerwał ciszę jaka nastała między nimi.
- To elementy różdżki. Jak już pewnie wiesz nie każdy jest w stanie używać różdżki. - cieszył się w duchu, że Luxanna nie wykryła drugiego dna jego znajomości z Katariną.
- Pokaż mi to!
- Jeszcze nie jest kompletna. To tylko zdobione końcówki i jeden z kryształów. Brakuje dwóch części, widzisz?
Lux założyła ręce na piersi.
- Skoro to różdżka, po co ona tej córce generała? Nie potrafi używać magii.
- To długa hi... - gdyby wzrok zabijał, Garen byłby już martwy. - No dobrze. Ona ma ostatnią część. Ten przedmiot jest bardzo potężny i w niewłaściwych rękach mógłby spowodować mnóstwo szkód...
- ... Właśnie dlatego pozwalasz go skompletować wrogowi. Gdzie ostatnia część... Ten kij. Uchwyt, wiesz, do trzymania.
- Jest ukryty gdzieś w obozie.

***

Zarządziłem natychmiastową ewakuację, zebraliśmy wszystko co zostało i pędem opuściliśmy obóz. Smutno tak było zostawiać to, do czego zdążyliśmy się już przyzwyczaić. Wyjechaliśmy tą samą ścieżką w stronę koszar. Były nikłe szanse na przedostanie się do Demacii, ale nic innego nam nie pozostawało. Ze szczęśliwych w naszej drużynie widziałem już tylko Sonę, ale ona zawsze była szczęśliwa. Przynajmniej udawała. Nie byłem nigdy dobry w odczytywaniu ludzkiej psychiki. Traktowałem wszystko na poważnie, oceniałem po czynach, nie po myślach czy pustych słowach.
Cały czas wydawało mi się, że ktoś za nami podąża. Lustrowałem wzrokiem korony drzew, nasłuchiwałem odgłosów z zewnątrz. Czułem czyjś oddech na karku, chociaż była to być może tylko panika. W takim razie byłem tchórzem. Nie chciałem nim być.
Minęliśmy polankę na której rano spotkaliśmy przyjaciółkę. Obserwowałem ją i wydawało mi się, że z każdym krokiem coś coraz bardziej ją cieszy. Ona się radowała, ja pogłębiałem mój smutek. Wtedy zobaczyliśmy koszary. Musieliśmy je ominąć.
Później wszystko działo się bardzo szybko. Ktoś krzyknął, konie się rozpierzchły kilkoma krokami na boki. Słyszałem jakby wystrzały i metaliczny brzęk, a na koniec wszystko co dotąd widziałem zalało jasne, oślepiające światło...

Budynek koszar legł w gruzach.

Kayle: Zniewolenie

W ciemności widziałam tylko niewyraźne zarysy przedmiotów. Ściany były tutaj wilgotne, brodziłam bosymi stopami w wodzie sięgającej do kostek. Próbując przywołać ogień choć na chwilę spojrzałam na delikatne rzeźbienia sprzed conajmniej kilkuset lat. Dawno nikogo tu nie było. Napisy mówiły coś o starożytnej przepowiedni, o przysięgach i klątwie, ale nie potrafiłam jej odczytać do końca, autor posługiwał się przestarzałymi formami językowymi, co utrudniało mi zadanie. Ogień znowu zgasł przez dużą wilgoć w powietrzu. Uniosłam miecz i ruszyłam w przeciwnym kierunku. Po chwili natrafiłam na płaskorzeźby przedstawiające polowania na smoki. Coś tu było nie w porządku.
Nareszcie zauważyłam jakąś odnogę korytarza i skierowałam się w stronę mdłego światła rzucanego prawdopodobnie przez tarczę księżyca. Granitowe schody były wybrakowane, wychodząc na pierwszy stopień zapadłam się jedną nogą w dziurę po wykruszonym materiale skalnym. Niewiele myśląc rozwinęłam skrzydła i ich delikatnymi ruchami pomogłam sobie w wydostaniu się z podziemi.
To niesamowite szczęście, gdy po takich mękach oddycha się prawdziwym, nocnym powietrzem. Plac, na którym się teraz znalazłam sprawiał wrażenie dawno opuszczonego, porzuconego przez lud noxiański jako zdobyty i przynależny do terytorium kraju. Interesowali się tylko nowymi zdobyczami, nie utrzymywali starych co świadczyło jedynie o ich miłości do wojny. Dla mnie jednak pokój i sprawiedliwość były najważniejsze.
Rzuciłam okiem na nieczynną fontannę z rzeźbą smoka na postumencie. W czasach jej świetności kreatura musiała pluć wodą. Teraz kamienne mury były porośnięte glonami i mchem, a spomiędzy kostki brukowej wystawały duże kępy trawy.
- Liczysz na to, że cię stąd wypuszczę?
Podskoczyłam na dźwięk znajomego głosu. Tyle lat bez niej, zdążyłam się już przyzwyczaić.
- Myślę, że będę mogła się stąd wydostać kiedy będę chciała.
Roześmiała się. Jej szyderczy głos rozbrzmiewał echem wśród pustych ścian opuszczonego pałacu.
- Demacia powoli upada.
- Mylisz się! Ty upadłaś! - to była prawda. Moja siostra została tak ukarana po zdradzie naszego państwa. Kiedyś naszego, teraz już tylko mojego. - Jak mogłaś, Morgano? Współpracowałyśmy.
- Czas przeszły twojego ostatniego słowa jest tutaj na właściwym miejscu. Zobaczysz, Demacia upada i skończy na ziemi, w gruzach. Ty albo zginiesz, albo zostaniesz wzięta do niewoli. Chcesz tego, Kayle?
Pytanie zawisło w powietrzu, a mnie przeszły dreszcze. Zobaczyłam wychudzoną, kościstą rękę Morgany wyciągniętą w moją stronę.
- Chodź do nas. Dołącz do nas. Znów będziemy jednomyślne.
Chwyciłam za rękojeść miecza i poczułam jego ogniste ciepło. Zdradzić mój kraj, moją ojczyznę aby odzyskać siostrę? To przeczyło wszystkim moim przekonaniom, którym byłam wierna od dziecka.
- Po... Moim...
- Trupie? - Morgana znowu się roześmiała. - żaden problem.
Na skinięcie jej dłoni z mroków dziedzińca arkadowego wyłoniło się kilkanaście postaci. Znałam dokładnie wszystkich, potrafiłam przewidzieć ich ruchy. Tak długo z nimi walczyłam. Moja siostra delikatnym gestem zatrzymała ciemne zgrupowanie i spojrzała na mnie jeszcze raz, szyderczo i z wyższością wypisaną w oczach.
- Śmiało, atakuj. - Uniosłam miecz w górę - nasz ród mnie pomści, skończysz tak samo jak ci wszyscy, których sama zabiłaś.

piątek, 20 lipca 2012

Katarina: Koszmar

O poranku, kiedy jasne światła zaczynały pojawiać się na widnokręgu, ciemna sylwetka Katariny nadal opierała się o jedną z górnych gałęzi rozrośniętej sosny. Drzewo przywoływało chwiejne wspomnienia wczorajszej nocy. Chłodne powietrze poranka otrzeźwiało, jeszcze kilka godzin temu kobieta nie czuła się na siłach, by podążyć za końmi swoich wrogów. Teraz musiała ich wytropić i ostrzec żołnierzy w koszarach, zanim zaatakują. I tak była już spóźniona. Zbyt długo zwlekała.
Katarina podniosła się i zwinnie zeszła z kilkunastometrowego drzewa. Biegiem ruszyła w kierunku murów Sheridanu. Dzięki nożom i wbijaniu ich w szczeliny między cegłami, mogła sprawnie wyjść na górę i przeskoczyć, lądując po drugiej stronie. Skórzane, wysokie buty rozchlapały wodę na boki kiedy kobieta znalazła się w mieście po przejściu przez mur. Kochała zapach cierpienia będący tutaj cząstką wszystkich, od żołnierzy wykonujących egzekucje po matki z dziećmi żebrzące pod kościołami. Dla nich nawet deszcz był niemiłym przeżyciem a śniegi zimą zbierały co roku setki ofiar. Tak już musiało być, zwłaszcza tutaj gdzie margines społeczny i najniższe warstwy ludności nie mogły się równać z elitą do której należała Katarina.
Szybki spacer znajomymi uliczkami i znalazła się pod wieżą dowódcy. Tylne wejście jak zwykle było otwarte, kobieta cicho zamknęła wrota i wieszając się na poręczy schodów trzema skokami wyszła na piętro. Wtedy okazało się, że nie tylko w koszarach dokonano ataków.
- Co tu się działo? - spytała zdezorientowana, oglądając zniszczone ściany i ślady ognia na podłodze. - Jesteś tu?
Z pokoju sypialnianego powoli wyszedł dowódca, opierając się o rzeźbioną framugę drzwi.
- Byli tu. Widziałem dwie osoby, ale nie wiem po co przyszli. Albo nie pamiętam.
- Walczyliście? - kobieta nie mogła uwierzyć. Dowódca był najspokojniejszą osobą wśród wojska, ona uważała go za tchórza, gdyż zawsze z daleka kierował oddziałami i nawet nie próbował mieszać się do walki.
- Złapałem chłopaczka. Nie mógł się ruszyć - odsapnął - Ale wtedy przyszła ona.
Był spocony, jeszcze nie do końca się pozbierał po ostatnich wydarzeniach. Ona także mogła narzekać na zmiany w swoim zachowaniu. Za to z całego serca nienawidziła Garena.
- Usiądź proszę. - pomogła mężczyźnie i sama usiadła, kładąc nogi na stole.
- Ubru...
Uciszyła go kładąc palec na swoich ustach. Siła perswazji była bardzo przydatna, ona opanowała tę umiejętność do perfekcji.
- Jaka ona? Która kobieta miała na tyle siły aby przeciwstawić się tobie? Tobie, potężnemu dowódcy z Noxus - eleganckim kichnięciem stłumiła śmiech.
- Nie znam jej imienia, widziałem ją pierwszy raz.
- Jak wyglądała? Pamiętasz? Czy potrafiłbyś ją rozpoznać?
Pokiwał głową.
- Blondynka, miała kręcone włosy do połowy pleców i jasną skórę, niestety nie zwróciłem uwagi na oczy.
- Hm, niewiele mi to mówi, bo znam mnóstwo takich ludzi. Jak cię zaatakowała?
- Walczyłem z tym chłopcem, kiedy dostałem od niej cios... Światłem? Wiem, że to niedorzeczne.
- Pieprzona Luxanna! - Katarina uderzyła pięścią w stół, aż w kredensie po drugiej stronie pokoju zatrzęsła się porcelana.
- Wiesz, która to?
- Jest... Ekhem - wstała i unosząc ręce do góry spięła długie włosy w kok - Jest siostrą Garena. Tego więźnia, który z pomocą dwóch sojuszników wydostał się z koszar wczorajszej nocy.
- Ktoś się wydostał?! - dowódca prawie zaniemówił - To był zorganizowany atak? Wiesz coś może o jakichś innych rozbojach?
- Na razie nic mi o tym nie wiadomo. - Katarina przygryzła wargę. - Jeśli się czegoś dowiem, na pewno dam znać. Muszę się zobaczyć z siostrą, ona zawsze wszystko wie o atakach w okolicy. I dobrze ci radzę, wyślij gońca z informacją do koszar, żeby przygotowali się do obrony. Już niedługo zostaną odbici dwaj kolejni więźniowie.

***

Dwa dni później Katarina odwiedziła główny plac, chcąc znaleźć swoją siostrę. Cassiopeia, będąca szpiegiem znała tutaj prawie każdego, więc mogła być wszędzie. Zmęczona poszukiwaniami przysiadła na granitowej ławeczce, przyglądając się przygotowaniom do egzekucji. Ludzie zbierali się naokoło szubienicy w niewielkiej ilości, bo nie było to dla nich specjalne widowisko, skoro odbywało się codziennie. Zdążyli już przywyknąć do śmierci i bólu, który na tych ulicach był wszechobecny. Dwóch żołnierzy wprowadziło na podest przestępcę i założyło mu pętlę na szyję. Szybkim ruchem odsunięto drewniany stołek... I wtedy Katarina ujrzała, jak lina się pali. A z nią wszystkie łatwopalne elementy. Sam więzień także płonął. Odepchnąwszy strażników rzucił się do ucieczki. Kobieta nawet nie próbowała go gonić. Z miasta i tak nie uda mu się uciec, a odnalezienie Cassiopei było teraz priorytetem w imię ojczyzny. Mogła dostarczyć cennych informacji odnośnie ataków na ważniejsze jednostki wojskowe.
Kiedy wstał kolejny poranek, deszczowy i nieprzyjemny, Katarina odnalazła siostrę w swojej komnacie, w Głównej Wieży. To było głupie z jej strony, że wcześniej nie wróciła do domu.
- Muszę z tobą porozmawiać - zaczęła Cassiopeia drżącym głosem. - Powiedzmy, że wpadłam w pułapkę.
Katarina przysiadła na brzegu małej komódki i spokojnie obserwowała siostrę czeszącą długie, jasne włosy.
- Ja też mam do ciebie sprawę. Chodzi o ataki zorganizowanej grupy na północne koszary i wieżę dowódcy. Słyszałaś o tym, prawda? - zauważyła jak Cassiopeia kiwa głową, obserwując jej ruchy w lustrze. - Wydaje mi się, że były ze sobą powiązane. Nie wiesz może czy nie doszło do jakichś innych napadów?
Oczy blondynki zrobiły się okrągłe.
- Nic nie wiem.
- Nie potrafisz kłamać, prawda?
- No dobrze - spuściła głowę - wiem wszystko, od tego gdzie to się wydarzyło, w jakim celu aż po imiona i dokładny opis wyglądu, charakteru, zainteresowań i pragnień sprawców. Nie mogę ci powiedzieć, Katarino. Nie pytaj o co chodziło.
Gniew siostry wybuchnął niespodziewanie, zrzuciła z blatu jakieś flakony z perfumami przez co w pokoju zaczął się unosić mdły zapach róży i lawendy.
- Dobrze ci radzę, powiedz w imię Noxus. Zaprowadzę cię do ojca i zakuję w dyby!
Cassiopeia nie dała się zastraszyć, ale pokusa powiedzenia komuś takich ważnych wieści rosła na sile.
- No to może od razu mnie powieś albo spal na stosie! Będziesz miała o jeden kłopot mniej.
- Bawisz się mną.
- Jak zwykle.
Katarina odetchnęła. Wiedziała, że w ten sposób nic nie zdziała. Chwyciła w dłoń niewielki niebieski klejnot leżący na stole i zaczęła obracać go w palcach, spoglądając z ukosa na jasnowłosą.
- Były jeszcze jakieś napady? Czy były podobne do tych, które są mi już znane?
- Obóz naszych żołnierzy nieopodal jednej z wiosek został spalony przez dwie zakapturzone postaci, jedną z nich najprawdopodobniej była kobieta. Obrabowano zbrojownię w głównej fortecy. Napad na kilka patroli miejskich na ulicach. Ostatni się nie powiódł, żołnierze byli czujni a sprawcy musieli uciekać. Z głównej wieży zniknęła kopia mapy, na której zaznaczono układ wojsk potrzebny do oblężenia zamku w mieście Winchester, należącym do Demacii.
- Czy wiadomo ci kto tego dokonał?
- Wszystkie grupy były dwuosobowe, zatem działali razem. Szpiegowie podejrzewają, że dokonała tego grupka partyzantów kryjąca się w jednym z naszych lasów.
Gdy Cassiopeia wypowiedziała te słowa, coś zaczęło się dziać. Kobieta zakryła usta smukłymi dłońmi.
- Przysięgłam, że nie powiem - krzyknęła na całe gardło - Nie powiedziałam tych ważnych informacji! Zostawcie mnie!
Katarina cofnęła się, widząc jasne, oślepiające światło spływające znikąd na siostrę. Zamiast pięknej kobiety, stał teraz przed nią olbrzymi wąż wielkości człowieka, od pasa w górę będący jej siostrą. Wojowniczka cofnęła się, w szoku próbując chwycić rękojeść noża.
- Co ja zrobiłam? - wyła Cassiopeia, spoglądając w lustrze na swoje świecące, niebieskie oczy bez białek ani źrenic i dotykając lepkich łusek wężowego ogona.
Po chwili wąż ruszył na schody prawie taranując Katarinę w przejściu i spełzł na parter, po czym znalazł się na ulicy. Przerażona kobieta pobiegła za siostrą i dosiadła gniadego konia przywiązanego przy wejściu.
- Cassiopeio! Nie ruszaj się stąd, sprowadzę pomoc!
Chociaż wiedziała, że siostra nie posłucha. Pół wąż, pół dziewczyna wyruszył wąskimi alejkami by straszyć ludność miasta.

środa, 18 lipca 2012

Sona: Przemiany

Pierwszy raz znalazłam się w takim miejscu. Nie zrzucałam na nikogo winy, bo wiedziałam co tak naprawdę się stało. Oskarżanie kogokolwiek nie było potrzebne, a i tak nic by nie zmieniło. Mawiają, że sprytny jest ten, kto osiągnie cel i zdąży się wycofać. Nam się udało tylko to pierwsze. Przynajmniej Garen był wolny. Miałam nadzieję, że przybędzie z pomocą.
Brand kolejną już godzinę usiłował wygiąć pręty swojej celi po drugiej stronie korytarza. Po naszej nieudanej akcji zostaliśmy rozdzieleni a ja poczułam się jeszcze bardziej samotna. Nawet nie mogłam do niego zawołać i spytać, czy wszystko w porządku. Wciąż nie potrafił pogodzić się  z przegraną.
Wyciągnęłam moją demacjańską harfę i zaczęłam delikatnie głaskać struny samymi opuszkami palców. Moja muzyka tego dnia była przepełniona goryczą i zrezygnowaniem. Kiedy grałam, wszyscy więźniowie podchodzili bliżej w swoich klatkach i siadając na kamiennej podłodze, słuchali z zaciekawieniem. Nie było wtedy szeptu wśród zgromadzonych, który mógłby zakłócić brzmienie strun. Podobała mi się cisza i miarowe echo na korytarzu, który zwykle rozbrzmiewał krzykami brudnych, obrzydliwych przestępców jak i naszych sojuszników cierpiących te same męki. Mogłam sobie pozwolić na wytchnienie, grając.
- Cierpisz, Sono. - Brand oparty był głową o stalowe pręty i zatapiał się chyba w sennych marzeniach.
Nie przestawałam, wyglądało na to, że wszyscy powoli zasypiają. Cieszyłam się zatem, że i ja będę mogła sobie odpocząć.

***

Rano obudziłam się w nienajgorszym humorze, chociaż było bardzo wcześnie a pierwsze promienie słoneczne ledwo przenikały przez brudne okienko tuż pod stropem. Zastanawiałam się, ile czasu tutaj spędzę. Ile dni mojego życia będzie poświęconych na przesiadywanie w tym okropnym miejscu. Mimo wszystko byłam dobrej myśli. Wierzyłam w przyjaciół, bo oni na pewno nie mogli mnie tak zostawić. Ani mnie, ani Branda. Z nudów znów zaczęłam grać. Muzyka zlewała się z czerwonym światłem poranka, igrała z nim i tańczyła, co jakiś czas zawisając w rześkim powietrzu. Czułam się wolna mimo krat. Wtedy na schodach dało się słyszeć czyjeś przyspieszone kroki i brzęk kluczy, które jak się okazało były przywiązane do pasa naszego strażnika. Przyszedł tutaj najwyraźniej w jakimś celu, bo żwawo przeszedł obok mojej celi kierując się w stronę mojego przyjaciela. Wtedy się zatrzymał.
- A kto tutaj tak pięknie gra?
Wyczuwałam, że ten wysoki mężczyzna zwykle nie jest taki łagodny. Miał dzisiaj zły dzień z powodów, których nie potrafiłam odgadnąć. Wydawało się, że żołnierze noksyjscy są pozbawieni uczuć. Jego serce drgnęło na dźwięk strun, to był niezbity dowód na to, że nie warto ufać stereotypom.
- Nie jesteś taki jak inni, prawda? - szorstki głos strażnika współgrał teraz z moją melodią. - Ty nawet nie jesteś mężczyzną. Skąd się tu wzięłaś?
Rzuciłam mu łagodne spojrzenie niebieskich oczu. Wtedy dostrzegłam coś, czego bym się nie spodziewała. Mężczyzna miał oczy przewiązane płócienną chustą. Nie mógł nic widzieć.
- Ona ci nie odpowie. - usłyszałam Branda z drugiego końca korytarza.
Cała radość ze mnie wyparowała. Mogłam prawidłowo funkcjonować nie mówiąc, ale gdy słyszałam czyjś śpiew, łzy same napływały mi do oczu.
Strażnik podszedł do tamtej celi, widziałam jak pewnie się porusza mimo swojej ułomności.
- Ciekawe dlaczego? - rzucił w jego stronę, głosem dużo bardziej niebezpiecznym.
Zadrżałam.
- Nie potrafi. Jest niemową.
Po raz kolejny poczułam nietypowe emocje przepływające przez strażnika. Zmienianie ludzi było takie szlachetne, ale długotrwałe i trudne. Mężczyzna jeszcze raz odwrócił się w moją stronę. Tym razem już nic nie mówił. Powoli budzący się więźniowie znów wznieśli głośne okrzyki, które budziły kolejnych i przez to rosły na sile. Bolała mnie głowa. W celi obok dwóch starszych, silnych mężczyzn zaczęło bić się na pięści. Ręce niektórych wystawały między prętami, chcąc dosięgnąć strażnika.
- Otwórz przejście! Zaprowadzimy pokój w Noxus! - syczenie ich głosów przyprawiało mnie o dreszcze.
Zdenerwowany człowiek uderzył ich długim kijem po przedramionach, a oni cofnęli się, krzycząc jeszcze bardziej.
Nie potrafiłam już wytrzymać, dlatego znowu chwyciłam harfę i zagrałam kilka nut, wnet uciszając zbyt hałaśliwe towarzystwo. Tym razem miałam już dość więzienia. Widziałam tu zbyt dużo bólu i cierpienia.
- Nie przestawaj grać, proszę.
Wykonałam polecenie strażnika. On najspokojniej otworzył jedne z drzwi i zakuł w kajdany niskiego, przysadzistego mężczyznę z prostymi włosami opadającymi na oczy. Wyprowadził go i zatrzasnął wrota prowadzące na korytarz.
- Dokąd go zabrał? - Brand próbował udawać spokojnego, ale kiepsko mu to wychodziło. Jego głos drżał, podobnie jak broda i ręce.
- Codziennie w południe dokonuje się egzekucji jednego więźnia na głównym placu w Sheridan. Cele muszą się zwalniać dla nowych przestępców.
Ludzi jednak wcale nie da się zmienić. - Pomyślałam smutno.
Następnego dnia rano spałam na kamiennej półce, słoma z tego prowizorycznego posłania wplątała mi się w błękitne włosy i drapała delikatną skórę. Słyszałam kroki i jednym okiem spostrzegłam jak strażnik zatrzymał się przy mojej celi. Stał dosłownie kilka sekund, po czym ruszył dalej i otworzył drzwi Branda.
- Ruszaj się!
Mój przyjaciel wstał i bez słowa ruszył, będąc uderzanym przez tego mężczyznę. Na chwilę zatrzymał się obok mnie.
- Sono! Pozdrów ich ode mnie.
Pokiwałam głową, trzymając go za rękę. Nie mógł nie zauważyć strumieni łez, które powoli zaczęły spływać mi po policzkach.

***

Siedziałam skulona w kącie mojej klatki, nie ruszając się od pojmania Branda. Byłam głodna, ale nawet nie dotknęłam posiłku przyniesionego w południe przez jakiegoś pracownika. Pragnęłam, by to się skonczyło. Miewałam straszne myśli. Teraz nawet więźniowie rozmawiali przyciszonymi głosami. Na korytarzu dostrzegłam dzisiaj innego strażnika. Głośno tupał, a gdy wyciągnął klucze, zatrzymał się przy mojej klatce. Bez słowa dałam się zakuć w kajdany, ale Noksyjczyk musiał się bardzo namęczyć, żeby wyrwać mi harfę. Nie przestawałam płakać, ale nawet nie pociągałam nosem. Po prostu duże, słone krople płynęły mi po twarzy. Zostawiłam za sobą zaskoczonych przestępców, zostawiłam całe dotychczasowe życie. Niech się dzieje co chce.
O dziwo zamiast na zewnątrz, strażnik poprowadził mnie na klatkę schodową, a potem do jakiegoś przestronnego gabinetu wykończonego w stylu gotyckim.  Zauważyłam jakiegoś dostojnego mężczyznę z brodą i w czarnym płaszczu przeszytym złotą nitką. Siedział on za olbrzymim inkrustrowanym stołem i rytmicznie uderzał paznokciami w polerowane drewno. Przypięto mnie do jakichś łańcuchów przy ścianie i wtedy mogłam obejrzeć dostojnika w całej okazałości. Po drugiej stronie twarzy miał on głęboką bliznę od lewej strony czoła, poprzez prawy oczodół, aż do podbródka. Sprawiał wrażenie okrutnego i żądnego krwi.
- Kogo my tu mamy? - mówił grubym, chropowatym głosem który przywodził na myśl jakiegoś rosyjskiego drwala. Zaśmiał się, a ja się wzdrygnęłam. Położenie łańcuchów uniemożliwiało mi normalne ruchy a kajdanki wpijały się w nadgatstki. - Teraz nasza mała dziewczynka powie nam, dlaczego razem ze swoim mężczyzną postanowiła wypuścić jednego z groźniejszych wrogów Noxus. - Oparł się spokojnie o swój mały zdobiony tron i wpatrywał się we mnie jednym okiem, marszcząc brwi.
Oddychałam głęboko czując, jak zbiera się we mnie gniew. Nie było to częste zjawisko w moim przypadku. Czekałam zatem na kolejny ruch generała. Nie mogłam się doczekać, kiedy wreszcie się zdenerwuje. Zadał jeszcze kilka pytań, ale ja się tylko uśmiechałam, prowokując go jeszcze bardziej.
- Generale, znalazłem to przy tej kobiecie - strażnik wręczył starcowi mój instrument.
Mężczyzna wykrzywił usta w uśmiechu.
- Już to kiedyś widziałem. Wspaniały pomysł, odbijać więźnia przy pomocy demacjańskiej harfy, prawda? - to mówiąc podał przedmiot strażnikowi. - Dopilnuj, by została zniszczona. Zmiażdżymy serce naszej Demacjance, jeżeli się nie przyzna do wszystkiego. Więc jak będzie?
Zaczęłam się miotać, ale bezskutecznie. Śruby w kajdanach były zbyt mocne.
- Przygotujcie dla niej jakieś tortury.
Wtedy wyjrzałam przez drzwi i zobaczyłam naszego strażnika, który chyba mnie wyczuł, bo wszedł do pomieszczenia i ukłonił się.
- Generale, od tej kobiety niczego się nie da dowiedzieć. Nie może mówić.
Starzec z blizną popatrzył na mnie i pokiwał głową.
- Ale tortury nie zaszkodzą.
- Proponuję egzekucję w jutrzejsze popołudnie. Ona się już nie przyda. - Mówił głosem urzędowym, całkowicie poważnie. Nie mogłam w to uwierzyć.
W tym samym momencie do gabinetu jak strzała wpadła kobieta, którą poznałam bez trudu. Katarina.
- Ojcze! - panikowała, nie do końca panując nad swoimi ruchami - Musisz ze mną iść! Szybko! - gdyby Katarina nie byłaby Katariną już dawno zalałaby podłogę morzem łez będąc w takim stanie.
- Weź ją do celi a ty zniszcz harfę! Wykonać rozkaz!
I pędem opuścił pokój, zostawiając nas w dziwnym zakłopotaniu. Strażnik poprowadził mnie w dół, po schodach.
- Tak mi przykro.

wtorek, 17 lipca 2012

Nowe światło na sprawę

- Łap. - Janna rzuciła do mnie jakieś zawiniątko i ciągle nerwowo grzebała w kufrze na ubrania. Jej ruchy były niecierpliwe, a blada twarz nie wyrażała żadnych emocji. Martwiłam się o nią.
- Jesteś pewna, że wszystko w porządku?
Pokiwała głową, niechlujnie wyciągając ze skrzyni białobłękitną szatę.
- Boisz się o nich, prawda? - byłam już zmęczona, po dniu pełnym wrażeń czekała mnie jeszcze takaż noc. Bez minuty snu.
- W pewnym sensie jestem za nich odpowiedzialna. Mam tutaj za zadanie opiekować się obozem i całą grupą. Sona także, więc liczę na jej rozsądność.
Sona. Właściwie to nawet jej nie znałam. Od początku mojego pobytu tutaj nie wymieniłam z nią ani słowa. Wydawała się być osobą bardzo pogodną, jednak cały czas była dla mnie tajemnicą. Widziałam ją parę razy, gdy przysiadłszy na skraju lasu grała przepiękne melodie na swoim instrumencie. Pierwszy raz widziałam taki instrument, więc nawet nie miałam pojęcia jak to się nazywa.
Szybko zniknęłam w swoim namiocie i przejrzałam ubrania, które dostałam od Janny. Czy to była zbroja? Pośpiesznie wcisnęłam się w lekki napierśnik i wysokie buty, zakładając też po kolei wszystkie materiałowe elementy. O dziwo, komplet pasował idealnie. Nie miałam pojęcia skąd przyjaciółka miała coś takiego... Janna bez trudu zauważyła moją niepewność.
- Proszę, nie pytaj skąd to mam. Miałam to tylko dostarczyć w twoje ręce.
Ona najprawdopodobniej czytała w myślach. I albo miała już takie doświadczenie, że nic ją nie dziwiło, albo była świetną aktorką.
W nowej "drugiej skórze" czułam się naprawdę dobrze. Po jakimś czasie zupełnie zapomniałam, co mam na sobie.
Wyruszyliśmy niedługo później, prowadząc konie leśną ścieżynką w stronę przeciwną niż ta z której wcześniej wróciłam.
- Czy w koszarach nie powinno przypadkiem stacjonować wojsko? - spytałam Razyra, podjeżdżając bliżej powolnym kłusem.
- Owszem. Północne koszary, a właściwie ich podziemia służą jako więzienie. W mieście także jest więzienie, ale jeszcze nie udało się nam odkryć jego lokalizacji. - Przewodnik lekko się skrzywił.
Wróciłam na koniec zastępu, przysypiając już prawie w siodle. Mniej więcej w połowie naszej drogi musieliśmy się nagle zatrzymać. To, co stało się później, zmieniło mój pogląd na ten świat niemal całkowicie...

{

Zdyszany otwarłem oczy i oparłem się o chropowaty pień drzewa. Wyglądało na to, że zgubiłem Łowców kilkanaście minut temu. Oddychałem nierówno, wciąż dysząc z wysiłku po długotrwałym biegu. Otarłem czoło rękawem i pochylając się do przodu przytuliłem czoło do pofałdowanej, wiekowej kory. Chwilami wydawało mi się, że tracę kontrolę nad moim ciałem. Pod zamkniętymi powiekami wirowały mi kolorowe plamy, które po chwili uspokoiły się i zaczęły zlewać w konkretne kształty.
Ona.
Myślami wciąż do niej wracałem. Widziałem długie nogi i proste, rozwiane włosy w niespotykanym karminowym odcieniu. Była jednocześnie tak okrutna i tak pociągająca. Nie potrafiłbym jej niczego odmówić, choćby miała mnie zabić.
Chwile rozmyślań przerwał metaliczny dźwięk ostrza wbijającego się w drzewo tuż ponad moim ramieniem. Gwałtownie wypuściłem powietrze i szybko podniosłem głowę.
- Czujność jest niezbędna, aby przetrwać w tym miejscu.
Za dobrze znałem ten kuszący, uwodzicielski szept. Była tutaj ze mną. A raczej przeciw mnie. Powoli oplotłem palcami rękojeść ciężkiego miecza i czekałem na dogodny moment, by się odwrócić. Wiedziałem, że nie będę potrafił jej zabić. Pozostała mi tylko obrona i nadzieja na jej odejście. I znów przestałem być czujny.
Ostrze noża szybko opuściło swoje poprzednie położenie, a z dziury w drzewie zaczęła leniwie płynąć kleista żywica. Kobieta szybkim ruchem ręki odwróciła mnie plecami do sosny i przyłożyła nóż do gardła.
- Nawet nie wiesz jak się cieszę, że znów się spotykamy... - to mówiąc przeciągnęła ostrym przedmiotem po mojej skórze. Tak zadane rany były dla mnie niczym nagroda. Nie mogłem przestać o tym myśleć. Powoli zacząłem wyciągać miecz, ale ona była zbyt uważna i przytrzymała moją rękę, nie spuszczając wzroku. Hipnotyzowała spojrzeniem.
- Wiem, że masz coś, czego pragnę.
Byłem tutaj w jakimś konkretnym celu. Nawet gdybym miał jej oddać moją zdobycz, wolałem ją jeszcze na chwilę zatrzymać przy sobie.
- Oddaj, póki grzecznie proszę. - szepnęła mi do ucha. Nawet nie zauważyłem, kiedy się przybliżyła.
- Nie. - Korzystając z chwili jej nieuwagi wyswobodziłem się i cofając uniosłem broń.
Kobieta wygięła się do tyłu i odskoczyła, unikając ciosu. Mój miecz ze świstem przeciął powietrze. Kolejne ataki także nie dawały żadnych efektów. Przeciwniczka dzięki niezwykłej giętkości i sprytowi przepowiadała moje ruchy i za każdym razem stała obok, podczas gdy ja zabijałem niewidzialnego wroga. Chciała mnie zmęczyć? I tak już byłem zmęczony. Zatem się mną bawiła. Widok przeciwnika, który powoli sam się wykańcza musiał jej dawać sporą satysfakcję.
Po chwili jednak pewna wygranej kobieta zagapiła się i tym razem to ona została przyciśnięta do sosny.
- Czujność jest niezbędna by przetrwać w tym miejscu.
Przez ułamek sekundy widziałem lęk w jej oczach. Szybko jednak ustąpił miejsca chłodnemu opanowaniu, które zniknęło kiedy moje usta znalazły się na jej wargach. Pocałunek był dziki, nie rozumiałem do końca jej ruchów ale chociaż przez chwilę byłem pewien, że znalazłem się we właściwym miejscu o właściwym czasie. I z odpowiednią osobą. Upuściłem broń, jedną ręką oplatając jej talię, drugą kładąc na plecach.
To był mój kolejny błąd.
Odsunęła się, a ja wpadłem w pułapkę. Jeden nóż na karku. Drugi pod brodą.
- Oddaj.
Znów ciężko oddychałem. Zwlekałem z oddaniem jej przedmiotu o który prosiła, byłem za to pewien że coś się stało. Po pocałunku była wystraszona, jakby czegoś się obawiała. Uśmiechnąłem się.
- Szybko.
Włożyłem rękę do kieszeni i palcami odnalazłem mój cel. Nie chciała czekać. Wtedy wydarzyło się coś, czego nie mogłem się spodziewać.

}

- To nasz uwolniony więzień! Gdzieś tu muszą być Brand i Sona! - mogłoby się wydawać, że nadzieja Razyra przywoła za chwilę tych dwoje.
Wyjrzałam zza krzaka leszczyny i przetarłam oczy.
- Chyba ma problem. - Ryze strząsnął z ramienia uschnięty liść - Mamy interweniować? Myślisz, że Garen poradzi sobie z Katariną?
- Gdyby chciała, zabiłaby nas wszystkich. - Razyr kręcił głową. - Poczekajmy.
Wtedy wszystko zrozumiałam. Nie mogłam w to uwierzyć.
- To nie jest żaden Garen tylko mój brat!
Wybiegłam szybko na polanę, moi przyjaciele nie zdążyli się zorientować co ja robię.
- Hej! Hej, ty tam!
Przerażona, zdezorientowana kobieta chwyciła coś z ręki brata i chcąc szybko uciec, upuściła przedmiot. Zatrzymała się, ale widząc że już nie zdąży, zwinnym ruchem uciekła w nocny cień lasu.
- Co ty tutaj robisz?
Podniósł z ziemi to, co upuściła kobieta i szybko schował w kieszeni. Jego zbroja w ciemności wydawała się być męskim odpowiednikiem mojej.
- Ciebie mogłabym zapytać o to samo! - byłam wkurzona. - Co to jest? - wskazałam na kieszeń.
- Nieważne...
Zatkałam mu usta ręką widząc, że chce wymówić moje imię.
- Lux jestem.
- Tutaj mówią na mnie Garen.
- Zdążyłam zauważyć.
Nawet nie wiedziałam kiedy tuż za moimi plecami stanęli przyjaciele.
- Gdzie Sona i Brand? - Razyr pytał pewnym głosem, byłam do niego przyzwyczajona. - Mieli ci pomóc wyjść z koszar.
Garen spuścił głową.
- Pomogli.
Wszyscy patrzyliśmy na niego pytającym wzrokiem.
- To była wymiana, ich dwóch za mnie. Jesteśmy na minusie. - odetchnął. - Nie udało mi się ich uratować.
Rozejrzałam się po znajomych twarzach. Byli smutni, bladzi w delikatnym świetle księżyca.
- Jedziemy po nich. Pójdziesz z nami?
Zgodził się. My z Janną byłyśmy najlżejsze, więc wsiadłyśmy razem na moją klacz, brat dostał siwego wałacha mojej przyjaciółki. Kiedy wyruszyliśmy, spojrzałam na rozgwieżdżone niebo. Wtedy zauważyłam coś niezwykłego. Na gałęzi drzewa siedziała smukła sylwetka kobiety, wpatrująca się w odjeżdżający zastęp smutnymi oczami.

poniedziałek, 16 lipca 2012

Szczęście da się złapać

Wieża dowódcy wyglądała dokładnie tak, jak ją sobie wyobrażałam. Podczas gdy ludność chodziła w poszarpanych łachmanach a na ulicach śmierdziało zgnilizną, wnętrze tego budynku utrzymane było w nienagannej czystości i bogato zdobione. Weszliśmy jednym z tylnych wejść, upewniwszy się najpierw, że większość wojsk wyruszyła na ten nieszczęsny patrol. Jeśli ktoś w tej chwili tu był, to dowódca i ewentualnie jacyś strażnicy. Delikatnie zamknęłam drewniane niewielkie drzwiczki i na palcach podbiegłam do Jamesa wyglądającego na jeden z kamiennych korytarzy. W tamtym momencie przypomniałam sobie o jednej z wielu moich wad. Zawsze, kiedy się skradałam na palcach i starałam się być cicho, strzelały mi kostki w stopach. To było tak głupie i niedorzeczne... Czasami w nocy, gdy chciałam się po cichu napić wody, budziłam tym starszego brata.
- Nie ruszaj się - szepnął mój przyjaciel a ja bez słowa wykonałam polecenie. - tam. - James wskazał palcem na długi korytarz po swojej prawej stronie. - Tamtędy chodzi strażnik. Zdziwiłem się, że nikogo nie było przy drzwiach.
To mówiąc delikatnie naprężył łuk i już po chwili duży, masywny mężczyzna runął na ziemię z raną na szyi. Szybko wrzuciliśmy go w jakiś ślepy korytarz i podążyliśmy wzdłuż ściany do klatki schodowej.
Miałam serce w gardle.
Kiedy zatrzymaliśmy się u stóp schodów, poczułam jak cała się trzęsę. Świece rzucały lekkie poświaty na mury pogrążone w głębokim cieniu. Styl pomieszczeń był tutaj chłodny, niemal średniowieczny. Żadnych obrazów, malowideł na ścianach, tylko surowe mury które przyprawiały mnie o dreszcze.
- Wszystko w porządku?
Nie. Nic nie było w porządku.
- Boję się.
- Wiem. - to mówiąc pogłaskał mnie po głowie - Jeszcze tylko godzina i powinniśmy być za murami. - Uśmiechnął się.
Ja też się uśmiechnęłam i byłam zadowolona, że rego nie dostrzegł.
- Teraz mnie posłuchaj. Wejdziemy do głównej komnaty. Wiem gdzie to jest, bo już raz z Razyrem robiliśmy tutaj małe zwiady. Ty będziesz stała przy drzwiach i powiesz mi kiedy ktoś będzie nadchodził. - spojrzał na mnie a ja znów odwróciłam wzrok. Nie potrafiłam patrzeć mu w oczy. - To nie jest trudne zadanie. Poradzisz sobie? Ja spróbuję przejrzeć te mapy.
Pokiwałam głową. Miałam tylko nadzieję, że nikogo tam nie będzie. Że już wkrótce się stąd wyniesiemy.
Wchodząc przez główny portal spostrzegłam mnóstwo starych, antycznych przedmiotów które nadawały wnętrzu niesamowity charakter. Ściany obite były czerwonym aksamitem i wykończone pozłacanymi listwami. W rogu stał kominek, który w lecie nie był potrzebny. Był tu także ozdobny stół z kompletem krzeseł, dwa regały na księgi i mały stoliczek... Czyli cel naszej wyprawy. Na drewnianym blacie rozłożone były podniszczone pergaminy i przyrządy do odmierzania odległości.
Schowałam się we wnęce szafy przy wejściu, uważnie obserwując korytarz. Mieliśmy szczęście, że akurat nikogo nie było w pokoju. James zakradł się do map i chwilę je przeglądał. Do czasu konsekwencji mojego błędu. Cały czas obserwowałam drzwi wejściowe, ale nie zauważyłam drugich prowadzących najwyraźniej do apartamentów dowódcy. Odwracając głowę w stronę przyjaciela widziałam już tylko stalowe ostrze przyłożone mu do gardła.
Chciałam krzyknąć, ale w ostatnim momencie zatkałam sobie usta dłonią. Wtedy złapałam kontakt wzrokowy z Jamesem. Jego oczy mówiły wyraźnie "zostań w ukryciu". Miał pecha, bo nienawidziłam tego, gdy się mną manipulowało. Wyciągnęłam rękę, koncentrując się na energii przepływającej przez moje ciało. Cały czas słuchałam też monologu dowódcy, upiornie szepczącego coś do mojego towarzysza.
To już było przegięcie.
Zanim postanowiłam zaatakować, widziałam jeszcze jego zrezygnowany wyraz twarzy. Zdecydowanie mi odradzał użycia moich umiejętności.
Za późno.
Wyszłam z ukrycia i potężnym zamachem rzuciłam kulę światła w kierunku wroga. Strach nagle zmienił się we wściekłość. Dowódca był osłupiały na mój widok, a po przyjęciu ataku odrzuciło go w tył i uderzając o ścianę zerwał z niej trochę czerwonego materiału. Czułam, że to dopiero początek moich kłopotów tutaj, ale złość nie pozwalała mi przestać.
Nie zwróciłam uwagi na towarzysza podnoszącego się z posadzki obok. Przeszłam koło niego i wyciągnęłam dłoń w kierunku mizernie wyglądającego generała. Mężczyzna chwycił się obydwoma rękami za szyję i zmieniając kolor twarzy na fioletowy chwilę później znalazł się pod sufitem. Nie wiedzieć czemu, zaśmiałam się.
- Puść go - szepnął mój towarzysz. - Wynośmy się stąd.
Na początku nie zareagowałam na polecenie, ale po chwili opuściłam dłoń, a dowódca upadł na podłogę wznosząc trochę kurzu z drewnianej podłogi przykrytej dywanem. Widziałam, że ze złością w oczach masował szyję, szepcząc coś pod nosem.
Biegliśmy korytarzem, słysząc za sobą przyspieszone kroki i wrzaski. Musiał wezwać strażników. James złapał mnie za rękę i kierował szaleńczym pościgiem, na końcu wciągając do jakiegoś pomieszczenia i zatrzaskując drzwi. Po raz kolejny dzisiaj zmyliliśmy pościg.
Byłam zszokowana tym, co się stało, że rzuciłam się Jamesowi na szyję.
- Hej, spokojnie - mówił do mnie, przytulając delikatnie - przecież jest wszystko w porządku. Chodź, musimy iść. Jeszcze nie jesteśmy bezpieczni.
- Znowu? Tam na korytarz?
Roześmiał się. Na chwilę wyjrzał za drzwi i wyciągnął z uchwytu rozżarzoną pochodnię, potem najzwyczajniej w świecie ruszył w przeciwną stronę, oświetlając pokój stłumionym blaskiem.
- Myślę, że to nie będzie potrzebne.
James spojrzał na mnie pytającym wzrokiem, a ja znowu wybuchnęłam śmiechem i w nagłym przypływie pewności siebie przywołałam w dłoń niewielkiego świetlika. Teraz go czułam. W dotyku przypominał mokry ręcznik, ale był dużo lżejszy i uspokajał mnie lepiej, niż głaskanie kota. Mój przyjaciel otworzył drewnianą klapę w podłodze i w ten sposób, podziemnymi korytarzami, niezauważeni wydostaliśmy się z miasta.

***

- Chcesz wrócić się po konie? - James wydawał się być zrelaksowany.
Skinęłam głową i skierowaliśmy się w przeciwną stronę wzdłuż murów.
- Skąd wiedziałeś jak się stamtąd wydostać? Wyglądałeś jakbyś znał tam każdą cegłę.
- Mówiłem ci, nie słuchałaś? - szturchnął mnie w bok - Razyr zabrał mnie kiedyś na zwiad okolicy. Wiesz skąd się wzięły te korytarze?
Nie wiedziałam.
- Te tereny należały kiedyś do naszej Demacii. Tej, dla której tu jesteśmy. Miasto Sheridan powstało na gruzach innego miasta, z tego starszego zachowała się tylko sieć podziemnych korytarzy. Wrogowie próbowali pozaklejać wejścia. Zostały tylko te tajne, w najstarszych budynkach. Noksyjczycy nie mają o nich pojęcia. - Uśmiechnął się - były potrzebne do nagłych ewakuacji ludności.
Przerwaliśmy rozmowę, bo za zakrętem ujrzeliśmy nasze wypoczęte zwierzęta. Moja klacz odwiązała się i spokojnie skubała leśną trawę dwadzieścia metrów dalej. Kilka minut później, już przygotowani wyruszyliśmy w stronę obozu. Cieszyłam się, że nie jestem sama.
- Mogę o coś spytać?
- Mhm. - Byłam zamyślona. Myśli i wspomnienia z dzisiejszego dnia kotłowały mi się w głowie. Spojrzałam ponad siebie i podziwiałam gwiazdy na nocnym niebie. Chmury i mgła gdzieś się rozpierzchły, zostaliśmy my sami z dusznym wieczornym powietrzem.
- Skąd u ciebie taka nagła pewność siebie? - James patrzył do przodu, prowadząc konia między drzewami.
- Po prostu się wystraszyłam.
- Nie, to nie był tylko strach. Wyglądałaś jakbyś chciała jego krwi, chciała go niemal rozsmarować na tej ścianie... - mówił to żartobliwie, ale ja traktowałam to na poważnie.
- Nie wiem co mi się stało. W pewnym momencie chyba naprawdę chciałam go zabić. Ja... - po raz kolejny tego dnia miałam ochotę się rozpłakać. Za dużo tego naraz. - To byłaby zemsta. Miałeś nóż na szyi.
- Cieszę się, że opanowałaś swoje umiejętności.
- Potrzebuję jeszcze czasu. Za każdym razem, gdy je przywołuję, czuję się bardzo zmęczona.
- Poćwiczymy.
Reszta drogi minęła nam bardzo spokojnie, ale przez ostatnie dziesięć minut kleiły mi się oczy. Kiedy dotarliśmy do obozu była już pewnie trzecia nad ranem. W ułamek sekundy wyłapałam radość na twarzach przyjaciół. Radość z naszego powrotu.
- Co z mapami?
- Mam kopię - James pomachał w powietrzu świstkiem papieru. - Jeszcze się jej nie przyjrzałem, było ciemno.
Ogólny nastrój był jednak negatywny.
- Coś się stało?
Przez chwilę nikt nic nie mówił.
- Brakuje nam dwóch osób. Pojechali do północnych koszar, wyswobodzić jednego z więźniów. - Rzekł Razyr. - Mogłem nie dawać im tego zadania - szepnął już sam do siebie.
- Sona i Brand mieli najtrudniejszy cel. Wygląda na to, że będziemy musieli wyruszyć na odsiecz.

niedziela, 15 lipca 2012

Zwiady

Gnałam najszybciej jak mogłam, daleko wyciągając nogi przed siebie. On biegł tuż obok i nie był tak przerażony jak ja. Serce łomotało mi w piersi z dwóch powodów. Ze strachu i z miłości. Słyszałam tętent kopyt koni militarnych. Wojownicy byli tuż za nami. Ich ciepłe oddechy w chłodnym, wieczornym powietrzu czułam niemal na plecach.

Nagle, za zakrętem, James wepchnął mnie w jakąś wnękę między murami dwóch budynków. Przyparł mnie do ściany i mocno otulił płaszczem. Czułam, jak w plecy wbijają mi się kamienne zdobienia roślinne, które występowały tutaj wszędzie - nawet w takich miejscach jak to. Mogłoby nawet służyć za miejski śmietnik. Przez chwilę byłam jakby w transie, nie wiedziałam co się dzieje. Wtedy usłyszałam jak cały potężny patrol konny przewala się po mojej prawej stronie. Po jakimś czasie kurz opadł i wszystko ucichło. Słyszałam tylko jego nierówny oddech i odgłosy spadających kropel. Ciepły, majowy deszcz właśnie zaczął padać. Ja natomiast stałam nieruchomo, oparta o ścianę i przytulona do Jamesa nie z własnej woli. Z JEGO woli. To było niesamowite, ale mimo wszystko zaczęła wzrastać we mnie złość.
- Czemu to zrobiłeś?! - krzyczałam na niego szeptem - Mogłeś nie atakować, nie byłoby tego! Nie uciekalibyśmy, nie...
Wtedy James dosłownie przerwał moją skargę głębokim pocałunkiem. Na początku byłam nieco zaskoczona, ale po chwili wszystko zaczęło do mnie docierać. Odwzajemniłam pocałunek, i zsuwając mu kaptur z głowy wplątałam dłoń we włosy, drugą delikatnie przytrzymując kark. Zaczął całować mnie po szyi, później wzdłóż obojczyka i linii szczęki. Nigdy wcześniej nie czułam nic takiego. Tego nie dało się opisać słowami. Przez chwilę wydawało mi się, że unoszę się w powietrzu. James znów odnalazł moje usta i przez chwilę trwaliśmy tak w gęstym deszczu który spływał po włosach, policzkach, który kapał z rzęs. On na chwilę zatrzymał tę magię i spojrzał mi prosto w oczy, obejmując mnie w pasie.
Zatrzymał czas?
Ciężko oddychając nareszcie zaczęłam myśleć. Nie wolno nam przecież! Szybkim ruchem wyślizgnęłam się z objęć Jamesa i skuliłam w cieniu przy przeciwnej ścianie.
- Lux, ja...
- Nic już nie mów.
Nie mogłam uwierzyć w to, co się stało. Zbyt wiele emocji na raz nie mogło dobrze na mnie działać.
- Dostaliśmy ważne zadanie - powiedziałam po chwili - oni na nas liczą!
- Płaczesz?
- To tylko deszcz. - skłamałam. On chyba to wyczuł.
- Przepraszam, ja czasami naprawdę nie rozumiem kobiet.
Gestem kazałam mu się nie zbliżać.
- Musimy już iść. Jeżeli nie mogę liczyć na twoją pomoc, sama zdobędę te mapy.
Chwila namysłu. Na brudnym chodniku wyłożonym kocimi łbami zaczęły się tworzyć niewielkie kałuże, a odgłosy deszczu niosły się echem po mieście.
- Nie ma mowy, nie zostawię cię. Chodź. - James wyciągnął do mnie rękę.
Wstałam i razem ruszyliśmy w zamglone odmęty starego miasta, by w moim przypadku po raz pierwszy stawić czoła prawdziwemu niebezpieczeństwu.

czwartek, 12 lipca 2012

W paszczy strachu

Pocieszałam siebie, że nic się nie stało. Trwałam tak przez następne dni dużo przebywając w samotności i ucząc się obcowania ze Światłem. Nigdy wcześniej nawet sobie nie wyobrażałam, jak piękne może być, przestrzelając promieniem taflę wody, lub przenikając przez liście drzew. Stawałam się coraz bardziej pewna siebie.
- Posłuchajcie - zaczął Razyr, kiedy pewnego ranka zebrał nas wszystkich wokół ogniska. - Wiem, że mamy wśród nas nowicjuszy - tutaj wymownie spojrzał na mnie - ale jestem pewien, że sobie poradzimy. Mamy do wykonania bardzo ważne zadanie.
Cała grupa nawet nie odważyła się pisnąć. Wszyscy w ciszy obserwowali przywódcę.
- Prowadzę pewnego rodzaju kontrolę oddziałów noksyjskich. Wydaje mi się, że przygotowują się do wyjazdu. Może nawet ataku. - Podrapał się po brodzie. - Naszym zadaniem będzie sprawdzić czy to prawda, a jeśli tak to dokąd zmierzają i w jakim celu.
Rozejrzałam się dokoła. Kilkoro przyjaciół kiwało głowami.
- Podzielimy się na grupki dwuosobowe... Jeżeli dwie osoby można nazwać grupą. - kontynuował Razyr - Przygotujcie siebie i konie do drogi, za chwilę widzimy się w moim namiocie, dowiecie się wszystkiego o celach naszych wypraw.
***
Oklapłam zrezygnowana na siodło z czarnej skóry. Czemu musiało się to przytrafić akurat mnie? Zostaliśmy z Jamesem wyznaczeni do przejrzenia map wypraw wojennych. Mieliśmy się włamać do komnaty dowódcy... W takich chwilach chciałam głośno wykrzyczeć, że Razyr jest idiotą. Miękki chód karej klaczy kołysał jak do snu, ale ja tylko marzyłam o tym aby ją zawrócić, szybko zsiąść i otulić się kocem w namiocie... Albo przynajmniej pogalopować daleko od łucznika, w przeciwną stronę.
Dzisiejszy dzień był chłodny. Okryliśmy się czarnymi płaszczami, spoglądając raz po raz na ołowiane od chmur, ciężkie niebo. James starał się prowadzić konia na przełaj, aby na głównych traktach nie rzucać się w oczy. Godzina drogi wystarczyła aby ujrzeć przed sobą potężne mury Sheridanu. Tak blisko, tak niebezpiecznie. Powiał chłodny wiatr a mnie przeszły gwałtowne dreszcze.
- Zostawimy tu konie.
To mówiąc, mężczyzna pomógł mi zejść i przywiązać klacz do grubego konaru drzewa. Chwilę później z pomocą liny z harpunem przedostaliśmy się na drugą stronę. Widok przypominał mi jedynie "Władcę pierścieni", tyle że wcale nie był mroczny. Po prostu grube mury obronne tak bardzo nie pasowały do mojej rzeczywistości.
- Posłuchaj mnie. - James zatrzymał mnie i spojrzał mi w oczy - to nie jest proste zadanie. Chcę mieć pewność, że nie popełnisz żadnego głupiego błędu, bo oboje możemy przypłacić to życiem. Rób co mówię, dobrze?
Wbrew sobie pokiwałam głową. Jego bliskość była silniejsza ode mnie.
Bez trudu wmieszaliśmy się w tłum. Prawie wszyscy Noksyjczycy byli ubrani jak my. Odróżniał ich jedynie prawie biały odcień skóry. Większość z nich miała także czarne lub ciemnobrązowe włosy. Typowo zimowa karnacja, dzięki temu James mógł łatwo się zakamuflować. Moje kręcone, jasne włosy czasami wyłaziły spod kaptura przez co musiałam cały czas je chować.
- Właściwie na czym polegają twoje umiejętności? - korzystając z okazji próbowałam dowiedzieć się czegoś o towarzyszu.
- Jestem lodowym łucznikiem. - rzekł, skręcając w wąską uliczkę - Szczerze mówiąc rozczarowałem połowę naszego społeczeństwa. Jako lodowego łucznika spodziewano się kobiety.
Uśmiechnęłam się pod nosem. Wyobraziłam sobie Jamesa wciśniętego w wąską kieckę, z peruką na głowie i w pełnym makijażu. Po chwili z trudem powstrzymywałam wybuch śmiechu.
- Inaczej wyobrażałam sobie ludność "tego złego kraju". Wydawało mi się, że to będzie stado identycznych klonów, ubranych na czarno, albo orków czy może goblinów o zielonej cerze i potarganych włosach. - minęliśmy stoiska przy których kupcy oferowali ubrania i żywność, nieco już podgniłą. Na ulicach śmierdziało stęchlizną niczym w starych podziemiach i piwnicach.
- To tylko bajki i filmy. Noksyjczycy są ludźmi jak ty, czy ja. Jest jednak mała różnica, która nie pozwala o sobie zapomnieć.
W tamtym momencie przypominałam jeden wielki znak zapytania.
- Dla nich każde miasto to więzienie. Mają tu cały dobytek, dlatego nie mogą uciekać jak my, przez mury. Cztery bramy, skierowane w cztery strony świata służą jedynie do przemieszczania się wojska. - Wskazał na coś palcem.
Mój wzrok skierował się na jeden z wielu olbrzymich budynków na miarę wieżowca. Całe miasto składało się z wąskich ulic i takich budynków, trochę wyższych, czasem niższych, na czubku dachu przypominających ciernie. Tu każde zabudowanie było wieżą.
- Czy to tam mamy znaleźć te mapy?
James prawie niezauważalnie skinął głową. Obawiałam się, że to nie jest dobry pomysł, aby tam wchodzić.
Wtedy przed nami, na drodze szerokiej na dwa niewielkie wozy ujrzałam patrol wojskowy złożony z kilkunastu jeźdźców.
- Przygotuj się - szepnął towarzysz.
Błękitna strzała przeszyła powietrze i trafiła jednego z żołnierzy na wysokości żeber. Zachwiał się w siodle, by po chwili runąć na wilgotny bruk.
- W nogi!
Widać było, że mieszkańcy są zaskoczeni takim obrotem spraw. Patrzyłam tylko do przodu, by nie zgubić przyjaciela. Słyszałam za sobą odgłos kopyt. Wszystkie obrazy dookoła były rozmazane, miałam wrażenie, że całe życie przeleciało mi przed oczami. Nadszedł ten dzień. Czułam go w kościach. To była moja pora, by odejść.