poniedziałek, 23 lipca 2012

Razyr: Pod dowództwem

Były trzy dni przerwy. Trzy dni na odpoczynek. W tym czasie nic się nie działo, siedzieliśmy tylko smutni nic nie mówiąc. Dwa razy łapaliśmy Garena chcącego samemu dostać się do koszar. Czuł się winny. Trzeciego dnia o świcie oporządziliśmy konie i wyruszyliśmy w tę niedługą, ale jakże stresującą podróż. Miałem wyrzuty sumienia. To była moja wina, że nie wiedzieliśmy co się z nimi dzieje. Być może dostali zbyt trudne zadanie.
Droga dłużyła się, a gdy zauważyłem ten upiorny budynek, coś zwróciło moją uwagę. Szybko galopujący rumak biegł wprost na nas.
- Kryć się! - wydałem polecenie, a moja drużyna wykonała je perfekcyjnie. Wszyscy poza jedną osobą. - Janno!
Z przymkniętymi oczyma i włosami żyjącymi swoim rytmem kobieta odwróciła głowę w stronę naszego celu. Słyszałem tętent kopyt, zwiadowca wroga był tuż obok. Podbiegłem do niej, chcąc ją pociągnąć w swoją stronę i schować przed nieprzyjacielem. A ona nawet mnie nie dotykając...
No cóż, przefrunąłem kilka metrów.
Zwiadowca lekkim pociągnięciem za wodze zatrzymał konia z galopu.
- Wiedziałam, że przyjdziesz.
Byliśmy wszyscy bardzo zdziwieni oglądając łagodną twarz Sony, po której spływały łzy.
- My też za wami tęskniliśmy! - krzyknęła Luxanna rzucając się przyjaciółce na szyję. - Ale... Gdzie Brand?
- Ona nie płacze ze szczęścia. Przynajmniej nie tylko dlatego. - Janna pobladła i patrzyła, długo patrzyła w oczy Sony nie mogąc z nich nic wyczytać. - On... On już do nas nie wróci.
Wciąż byłem zdezorientowany. Oni coś mówili, snuli domysły na temat Sony, pocieszali ją że przecież nic się nie stało. Miałem takie chwile, kiedy nic do mnie nie docierało. Nawet nie myślałem. To był tylko wdech, wydech i spojrzenie na smutną przyjaciółkę raz po raz spoglądającą za siebie i jakby wyczekującą czegoś. Miałem złe przeczucia. Bolał mnie też atak, właściwie obrona, Janny. Chociaż nie tyle fizycznie, co psychicznie. Wracaliśmy z mieszanymi nastrojami. Weseli z odnalezienia Sony, smutni z powodu utraty Branda. Czy ona widziała jego śmierć?
To, co zobaczyłem po powrocie do obozu przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Dym unosił się wszędzie. Zgliszcza namiotów i okolicznych drzew jeszcze się dopalały, widziałem zaskoczone twarze moich przyjaciół jak i szare kłęby pogrążone w jasnych poświatach języków ognia. Jedyną myślą, którą wtedy zdołałem wyłapać było "jak dobrze, że wcześniej opuściliśmy to miejsce". Co by się działo, gdyby nas napadli a my byśmy jeszcze spali? Wolałem o tym nie myśleć. Wtedy spojrzałem na krąg ogniska i dostrzegłem kogoś. Kiedy wszyscy biegali w poszukiwaniu resztek swoich rzeczy, Brand podszedł do mnie.
- Zostawili tylko to - podał mi w dwóch palcach świstek pergaminu zapisany noxiańskim alfabetem. Już trochę się go nauczyłem, ale nie mogłem się skupić na piśmie, ani na nożu, którym przypięta była kartka. Skupiłem się na nim, o którym wszyscy myśleliśmy, że nie żyje.
Poklepaliśmy się po plecach. Nie wiem co bym zrobił bez przyjaciół i właśnie wtedy zdałem sobie z tego sprawę. Rzuciłem okiem na równe litery i uświadomiłem sobie, jak wielki popełniłem błąd.
- "Wiemy o was wszystko. Będziemy was zabijać, jeden po drugim."

***

- Daj, ja podniosę. - Garen schylił się, by zebrać z ziemi strzałę z piórkami. - To Jamesa?
Lux skinęła głową, odbierając broń z rąk brata.
- Posłuchaj, ja...
- Chcesz mi się do czegoś przyznać?
- Czemu nie walczyłeś z Katariną? - spytała z wyrzutem w głosie.
Garen przestał się uśmiechać i zamarł, czekając na przypływ pomysłów. Nie, jego siostra nie mogła się dowiedzieć. Nikt nie mógł wiedzieć, konsekwencje tego byłyby ogromne.
- Chciała czegoś od ciebie. Dałeś jej to, ale ją wystraszyłam. Co to było?
Nerwowy chichot mężczyzny przerwał ciszę jaka nastała między nimi.
- To elementy różdżki. Jak już pewnie wiesz nie każdy jest w stanie używać różdżki. - cieszył się w duchu, że Luxanna nie wykryła drugiego dna jego znajomości z Katariną.
- Pokaż mi to!
- Jeszcze nie jest kompletna. To tylko zdobione końcówki i jeden z kryształów. Brakuje dwóch części, widzisz?
Lux założyła ręce na piersi.
- Skoro to różdżka, po co ona tej córce generała? Nie potrafi używać magii.
- To długa hi... - gdyby wzrok zabijał, Garen byłby już martwy. - No dobrze. Ona ma ostatnią część. Ten przedmiot jest bardzo potężny i w niewłaściwych rękach mógłby spowodować mnóstwo szkód...
- ... Właśnie dlatego pozwalasz go skompletować wrogowi. Gdzie ostatnia część... Ten kij. Uchwyt, wiesz, do trzymania.
- Jest ukryty gdzieś w obozie.

***

Zarządziłem natychmiastową ewakuację, zebraliśmy wszystko co zostało i pędem opuściliśmy obóz. Smutno tak było zostawiać to, do czego zdążyliśmy się już przyzwyczaić. Wyjechaliśmy tą samą ścieżką w stronę koszar. Były nikłe szanse na przedostanie się do Demacii, ale nic innego nam nie pozostawało. Ze szczęśliwych w naszej drużynie widziałem już tylko Sonę, ale ona zawsze była szczęśliwa. Przynajmniej udawała. Nie byłem nigdy dobry w odczytywaniu ludzkiej psychiki. Traktowałem wszystko na poważnie, oceniałem po czynach, nie po myślach czy pustych słowach.
Cały czas wydawało mi się, że ktoś za nami podąża. Lustrowałem wzrokiem korony drzew, nasłuchiwałem odgłosów z zewnątrz. Czułem czyjś oddech na karku, chociaż była to być może tylko panika. W takim razie byłem tchórzem. Nie chciałem nim być.
Minęliśmy polankę na której rano spotkaliśmy przyjaciółkę. Obserwowałem ją i wydawało mi się, że z każdym krokiem coś coraz bardziej ją cieszy. Ona się radowała, ja pogłębiałem mój smutek. Wtedy zobaczyliśmy koszary. Musieliśmy je ominąć.
Później wszystko działo się bardzo szybko. Ktoś krzyknął, konie się rozpierzchły kilkoma krokami na boki. Słyszałem jakby wystrzały i metaliczny brzęk, a na koniec wszystko co dotąd widziałem zalało jasne, oślepiające światło...

Budynek koszar legł w gruzach.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz