wtorek, 17 lipca 2012

Nowe światło na sprawę

- Łap. - Janna rzuciła do mnie jakieś zawiniątko i ciągle nerwowo grzebała w kufrze na ubrania. Jej ruchy były niecierpliwe, a blada twarz nie wyrażała żadnych emocji. Martwiłam się o nią.
- Jesteś pewna, że wszystko w porządku?
Pokiwała głową, niechlujnie wyciągając ze skrzyni białobłękitną szatę.
- Boisz się o nich, prawda? - byłam już zmęczona, po dniu pełnym wrażeń czekała mnie jeszcze takaż noc. Bez minuty snu.
- W pewnym sensie jestem za nich odpowiedzialna. Mam tutaj za zadanie opiekować się obozem i całą grupą. Sona także, więc liczę na jej rozsądność.
Sona. Właściwie to nawet jej nie znałam. Od początku mojego pobytu tutaj nie wymieniłam z nią ani słowa. Wydawała się być osobą bardzo pogodną, jednak cały czas była dla mnie tajemnicą. Widziałam ją parę razy, gdy przysiadłszy na skraju lasu grała przepiękne melodie na swoim instrumencie. Pierwszy raz widziałam taki instrument, więc nawet nie miałam pojęcia jak to się nazywa.
Szybko zniknęłam w swoim namiocie i przejrzałam ubrania, które dostałam od Janny. Czy to była zbroja? Pośpiesznie wcisnęłam się w lekki napierśnik i wysokie buty, zakładając też po kolei wszystkie materiałowe elementy. O dziwo, komplet pasował idealnie. Nie miałam pojęcia skąd przyjaciółka miała coś takiego... Janna bez trudu zauważyła moją niepewność.
- Proszę, nie pytaj skąd to mam. Miałam to tylko dostarczyć w twoje ręce.
Ona najprawdopodobniej czytała w myślach. I albo miała już takie doświadczenie, że nic ją nie dziwiło, albo była świetną aktorką.
W nowej "drugiej skórze" czułam się naprawdę dobrze. Po jakimś czasie zupełnie zapomniałam, co mam na sobie.
Wyruszyliśmy niedługo później, prowadząc konie leśną ścieżynką w stronę przeciwną niż ta z której wcześniej wróciłam.
- Czy w koszarach nie powinno przypadkiem stacjonować wojsko? - spytałam Razyra, podjeżdżając bliżej powolnym kłusem.
- Owszem. Północne koszary, a właściwie ich podziemia służą jako więzienie. W mieście także jest więzienie, ale jeszcze nie udało się nam odkryć jego lokalizacji. - Przewodnik lekko się skrzywił.
Wróciłam na koniec zastępu, przysypiając już prawie w siodle. Mniej więcej w połowie naszej drogi musieliśmy się nagle zatrzymać. To, co stało się później, zmieniło mój pogląd na ten świat niemal całkowicie...

{

Zdyszany otwarłem oczy i oparłem się o chropowaty pień drzewa. Wyglądało na to, że zgubiłem Łowców kilkanaście minut temu. Oddychałem nierówno, wciąż dysząc z wysiłku po długotrwałym biegu. Otarłem czoło rękawem i pochylając się do przodu przytuliłem czoło do pofałdowanej, wiekowej kory. Chwilami wydawało mi się, że tracę kontrolę nad moim ciałem. Pod zamkniętymi powiekami wirowały mi kolorowe plamy, które po chwili uspokoiły się i zaczęły zlewać w konkretne kształty.
Ona.
Myślami wciąż do niej wracałem. Widziałem długie nogi i proste, rozwiane włosy w niespotykanym karminowym odcieniu. Była jednocześnie tak okrutna i tak pociągająca. Nie potrafiłbym jej niczego odmówić, choćby miała mnie zabić.
Chwile rozmyślań przerwał metaliczny dźwięk ostrza wbijającego się w drzewo tuż ponad moim ramieniem. Gwałtownie wypuściłem powietrze i szybko podniosłem głowę.
- Czujność jest niezbędna, aby przetrwać w tym miejscu.
Za dobrze znałem ten kuszący, uwodzicielski szept. Była tutaj ze mną. A raczej przeciw mnie. Powoli oplotłem palcami rękojeść ciężkiego miecza i czekałem na dogodny moment, by się odwrócić. Wiedziałem, że nie będę potrafił jej zabić. Pozostała mi tylko obrona i nadzieja na jej odejście. I znów przestałem być czujny.
Ostrze noża szybko opuściło swoje poprzednie położenie, a z dziury w drzewie zaczęła leniwie płynąć kleista żywica. Kobieta szybkim ruchem ręki odwróciła mnie plecami do sosny i przyłożyła nóż do gardła.
- Nawet nie wiesz jak się cieszę, że znów się spotykamy... - to mówiąc przeciągnęła ostrym przedmiotem po mojej skórze. Tak zadane rany były dla mnie niczym nagroda. Nie mogłem przestać o tym myśleć. Powoli zacząłem wyciągać miecz, ale ona była zbyt uważna i przytrzymała moją rękę, nie spuszczając wzroku. Hipnotyzowała spojrzeniem.
- Wiem, że masz coś, czego pragnę.
Byłem tutaj w jakimś konkretnym celu. Nawet gdybym miał jej oddać moją zdobycz, wolałem ją jeszcze na chwilę zatrzymać przy sobie.
- Oddaj, póki grzecznie proszę. - szepnęła mi do ucha. Nawet nie zauważyłem, kiedy się przybliżyła.
- Nie. - Korzystając z chwili jej nieuwagi wyswobodziłem się i cofając uniosłem broń.
Kobieta wygięła się do tyłu i odskoczyła, unikając ciosu. Mój miecz ze świstem przeciął powietrze. Kolejne ataki także nie dawały żadnych efektów. Przeciwniczka dzięki niezwykłej giętkości i sprytowi przepowiadała moje ruchy i za każdym razem stała obok, podczas gdy ja zabijałem niewidzialnego wroga. Chciała mnie zmęczyć? I tak już byłem zmęczony. Zatem się mną bawiła. Widok przeciwnika, który powoli sam się wykańcza musiał jej dawać sporą satysfakcję.
Po chwili jednak pewna wygranej kobieta zagapiła się i tym razem to ona została przyciśnięta do sosny.
- Czujność jest niezbędna by przetrwać w tym miejscu.
Przez ułamek sekundy widziałem lęk w jej oczach. Szybko jednak ustąpił miejsca chłodnemu opanowaniu, które zniknęło kiedy moje usta znalazły się na jej wargach. Pocałunek był dziki, nie rozumiałem do końca jej ruchów ale chociaż przez chwilę byłem pewien, że znalazłem się we właściwym miejscu o właściwym czasie. I z odpowiednią osobą. Upuściłem broń, jedną ręką oplatając jej talię, drugą kładąc na plecach.
To był mój kolejny błąd.
Odsunęła się, a ja wpadłem w pułapkę. Jeden nóż na karku. Drugi pod brodą.
- Oddaj.
Znów ciężko oddychałem. Zwlekałem z oddaniem jej przedmiotu o który prosiła, byłem za to pewien że coś się stało. Po pocałunku była wystraszona, jakby czegoś się obawiała. Uśmiechnąłem się.
- Szybko.
Włożyłem rękę do kieszeni i palcami odnalazłem mój cel. Nie chciała czekać. Wtedy wydarzyło się coś, czego nie mogłem się spodziewać.

}

- To nasz uwolniony więzień! Gdzieś tu muszą być Brand i Sona! - mogłoby się wydawać, że nadzieja Razyra przywoła za chwilę tych dwoje.
Wyjrzałam zza krzaka leszczyny i przetarłam oczy.
- Chyba ma problem. - Ryze strząsnął z ramienia uschnięty liść - Mamy interweniować? Myślisz, że Garen poradzi sobie z Katariną?
- Gdyby chciała, zabiłaby nas wszystkich. - Razyr kręcił głową. - Poczekajmy.
Wtedy wszystko zrozumiałam. Nie mogłam w to uwierzyć.
- To nie jest żaden Garen tylko mój brat!
Wybiegłam szybko na polanę, moi przyjaciele nie zdążyli się zorientować co ja robię.
- Hej! Hej, ty tam!
Przerażona, zdezorientowana kobieta chwyciła coś z ręki brata i chcąc szybko uciec, upuściła przedmiot. Zatrzymała się, ale widząc że już nie zdąży, zwinnym ruchem uciekła w nocny cień lasu.
- Co ty tutaj robisz?
Podniósł z ziemi to, co upuściła kobieta i szybko schował w kieszeni. Jego zbroja w ciemności wydawała się być męskim odpowiednikiem mojej.
- Ciebie mogłabym zapytać o to samo! - byłam wkurzona. - Co to jest? - wskazałam na kieszeń.
- Nieważne...
Zatkałam mu usta ręką widząc, że chce wymówić moje imię.
- Lux jestem.
- Tutaj mówią na mnie Garen.
- Zdążyłam zauważyć.
Nawet nie wiedziałam kiedy tuż za moimi plecami stanęli przyjaciele.
- Gdzie Sona i Brand? - Razyr pytał pewnym głosem, byłam do niego przyzwyczajona. - Mieli ci pomóc wyjść z koszar.
Garen spuścił głową.
- Pomogli.
Wszyscy patrzyliśmy na niego pytającym wzrokiem.
- To była wymiana, ich dwóch za mnie. Jesteśmy na minusie. - odetchnął. - Nie udało mi się ich uratować.
Rozejrzałam się po znajomych twarzach. Byli smutni, bladzi w delikatnym świetle księżyca.
- Jedziemy po nich. Pójdziesz z nami?
Zgodził się. My z Janną byłyśmy najlżejsze, więc wsiadłyśmy razem na moją klacz, brat dostał siwego wałacha mojej przyjaciółki. Kiedy wyruszyliśmy, spojrzałam na rozgwieżdżone niebo. Wtedy zauważyłam coś niezwykłego. Na gałęzi drzewa siedziała smukła sylwetka kobiety, wpatrująca się w odjeżdżający zastęp smutnymi oczami.

1 komentarz: