Cały następny dzień snułam się niczym cień. Cień. Samo to wyrażenie napawało mnie odrazą. Zaczęłam nawiązywać przyjaźnie z końmi i naszym psem, aby bez uszczerbku na psychice unikać kontaktów z ludźmi. Przestałam jeść. Na szczęście nie było tutaj żadnego lustra, dlatego nie musiałam spoglądać na swoją twarz. Twarz tchórza.
Nasz wojownik zginął poprzedniej nocy w wyniku wycieńczenia. To wyglądało tak, jakby Kościotrup nagle wyssał z niego całą energię. Byłam zdołowana tym, że nie mogłam mu pomóc. Nie panowałam jeszcze nad swoją mocą. Janna zacięcie mnie broniła, podając to jako główny argument. Po jakimś czasie już tylko James patrzył na mnie krzywo. To czyniło mnie bezsilną i właśnie przez to stałam się jedynie cieniem dawnej siebie.
Ryze zawołał mnie i w ciszy podążyłam za nim na polanę treningową. Dzisiaj miał się odbyć mój pierwszy pojedynek, a może po prostu zwykłe ćwiczenia? Nie wiedziałam i szczerze mówiąc niewiele mnie to obchodziło. Chciałam to skończyć możliwie jak najszybciej i iść się gdzieś zaszyć, na przykład nad strumykiem.
To co zobaczyłam, te nadzwyczajne zdolności moich nowych znajomych były tak niezwykłe, że aż nie potrafiłam się do nich przyzwyczaić. Widziałam Ryze rzucającego kulami energii, Branda, który nagle zaczynał po prostu płonąć, Razyra przeistaczającego się olbrzymiego ( obrzydliwego ) skorpiona, Jannę niewzruszenie unoszącą się nad ziemią... Wszystkich innych, którzy mieli na tyle siły, by przeciwstawić się trudnościom z opanowaniem ich mocy. A ja nie potrafiłam ochronić wojownika, potrafiącego nawet z daleka trafić nożem dokładnie tam, gdzie chciał.
- Lux! Hej, Lux, obudź się! - Ryze machał mi przed nosem ręką połyskującą lekko fioletowym światłem.
Wyrwałam się z zamyślenia.
- Co mam robić?
- Weź ten kij. - To mówiąc Ryze samym ruchem dłoni przywołał wystrugany patyk do siebie i takim samym ruchem podał mi go. Złapałam kij bardzo niezdarnie, na co mag nieco zmarszczył czoło. - Jeśli masz się na coś przydać, musisz poćwiczyć orientację, celność i refleks. Ale to niestety nie ze mną. Mam za zadanie jedynie nauczyć cię kontroli nad twoją zdolnością.
Pokiwałam smutno głową. Powinnam być jak zwykle pozytywnie nastawiona do życia, ale smutek wypełniał moje serce z powodu tej niefortunnej straty.
- Czujesz coś?
Zaprzeczyłam.
- Bez wiary w siebie nigdy ci się nie uda...
Mocno zacisnęłam powieki i próbowałam się skupić. Dalej nic. Tym razem byłam już wściekła, nawet nie na patyk że nie chce współpracować, tylko na siebie - za wszystkie moje dotychczasowe winy. Zacisnęłam mocno dłonie, że aż zbielały i po chwili wypuściłam przedmiot na ziemię odskakując i machając rękami w powietrzu. Bolały mnie tak samo, jak przy niecelowym ataku na Fionę.
- Coś się stało? - Towarzysz szybko znalazł się tuż przy mnie i próbował mi pomóc, rozcierając kciukami obolałą skórę wokół palców. - Myślę, że powinnaś odpocząć. Spróbuję znaleźć dla ciebie jakiś inny sposób, którym będziesz sobie mogła wyćwiczyć i posiąść władzę nad swoją mocą.
- To ja już może pójdę - wycierając ręce w białą koronkową sukienkę przyspieszyłam kroku i ruszyłam w stronę obozowiska.
Wtedy usłyszałam głuchy odgłos i zostałam unieruchomiona. Nie mogłam ruszać jedynie nogami.
- C-co ty zrobiłeś? - w moim głosie można było usłyszeć nutę paniki.
Odwróciłam się do Ryze'a, a on stał z wyciągniętą do mnie dłonią, kontrolując fioletowe warkocze energii wokół. Miałam się bać? To jakaś pułapka? Gdy po kilkunastu sekundach nadal nic się nie działo, zaczęłam się naprawdę niecierpliwić.
- Wypuść mnie! Wypuść mnie stąd! - zaczęłam krzyczeć, przestając panować nad sobą.
Ryze po prostu stał i się uśmiechał.
- Zrób coś, jeśli nie chcesz zginąć - szepnął pod nosem.
Spróbowałam się skupić na świetle, ale miałam wrażenie, że jestem w danym momencie zbyt smutna i niezadowolona, żeby coś zdziałać. Wtedy się naprawdę zdenerwowałam. Delikatne, kojące ciepło wypełniło mnie od wewnątrz. Było w opuszkach palców, czułam je w sercu i widziałam, jak bawi się moimi włosami. Spróbowałam całe to ciepło zgromadzić w dłoniach, udało się. Powoli, ale ostrożnie moim materialnym światłem wyginałam pręty klatki Ryze'a, który stał jak osłupiały szepcząc coś pod nosem. Drugą ręką zatoczyłam mały łuk, łapiąc te promyki w dłoń i rzuciłam w napastnika... Miałam wtedy wrażenie, że trochę przypominam Jannę. Ona atakując nie miała w ogóle źrenic ani tęczówek. Jakby weszła w inny wymiar, z którego czerpała inspiracje. Moja świetlna kula była niesamowicie szybka, ale zanim doleciała do zaskoczonego przeciwnika, z czymś się zderzyła i natychmiast rozprysnęła na miliony malutkich iskierek, wydając dźwięk jak rozsypane na metalowej powierzchni kryształy soli. Podobnie jak wtedy, iskierki swobodnie latały w powietrzu, aż w końcu zbladły i całkiem zniknęły. Przez chwilę wokół widoczna była tęcza. Łańcuchy fioletowej energii zniknęły bezpowrotnie.
- Nie miałaś nikogo zabijać, tylko ćwiczyć - burknął James wychodząc z cienia lasu.
Ja już nic nie miałam do powiedzenia. Byłam święcie przekonana, że mój nauczyciel chce mi zrobić krzywdę, tymczasem przeżył uratowany jedynie lodową strzałą raniącego mnie członka naszej "załogi"? To chyba jakaś paranoja!
Uciekłam stamtąd, obserwując zanikającą poświatę rozszczepionego światła okalającą moje palce.
Dlaczego James był zawsze tam gdzie ja i dlaczego za każdym razem trafiał bliżej mojego serca...?