wtorek, 26 czerwca 2012

Bez duszy w ciele

Cały następny dzień snułam się niczym cień. Cień. Samo to wyrażenie napawało mnie odrazą. Zaczęłam nawiązywać przyjaźnie z końmi i naszym psem, aby bez uszczerbku na psychice unikać kontaktów z ludźmi. Przestałam jeść. Na szczęście nie było tutaj żadnego lustra, dlatego nie musiałam spoglądać na swoją twarz. Twarz tchórza.
Nasz wojownik zginął poprzedniej nocy w wyniku wycieńczenia. To wyglądało tak, jakby Kościotrup nagle wyssał z niego całą energię. Byłam zdołowana tym, że nie mogłam mu pomóc. Nie panowałam jeszcze nad swoją mocą. Janna zacięcie mnie broniła, podając to jako główny argument. Po jakimś czasie już tylko James patrzył na mnie krzywo. To czyniło mnie bezsilną i właśnie przez to stałam się jedynie cieniem dawnej siebie.
Ryze zawołał mnie i w ciszy podążyłam za nim na polanę treningową. Dzisiaj miał się odbyć  mój pierwszy pojedynek, a może po prostu zwykłe ćwiczenia? Nie wiedziałam i szczerze mówiąc niewiele mnie to obchodziło. Chciałam to skończyć możliwie jak najszybciej i iść się gdzieś zaszyć, na przykład nad strumykiem.
To co zobaczyłam, te nadzwyczajne zdolności moich nowych znajomych były tak niezwykłe, że aż nie potrafiłam się do nich przyzwyczaić. Widziałam Ryze rzucającego kulami energii, Branda, który nagle zaczynał po prostu płonąć, Razyra przeistaczającego się olbrzymiego ( obrzydliwego ) skorpiona, Jannę niewzruszenie unoszącą się nad ziemią... Wszystkich innych, którzy mieli na tyle siły, by przeciwstawić się trudnościom z opanowaniem ich mocy. A ja nie potrafiłam ochronić wojownika, potrafiącego nawet z daleka trafić nożem dokładnie tam, gdzie chciał.
- Lux! Hej, Lux, obudź się! - Ryze machał mi przed nosem ręką połyskującą lekko fioletowym światłem.
Wyrwałam się z zamyślenia.
- Co mam robić?
- Weź ten kij. - To mówiąc Ryze samym ruchem dłoni przywołał wystrugany patyk do siebie i takim samym ruchem podał mi go. Złapałam kij bardzo niezdarnie, na co mag nieco zmarszczył czoło. - Jeśli masz się na coś przydać, musisz poćwiczyć orientację, celność i refleks. Ale to niestety nie ze mną. Mam za zadanie jedynie nauczyć cię kontroli nad twoją zdolnością.
Pokiwałam smutno głową. Powinnam być jak zwykle pozytywnie nastawiona do życia, ale smutek wypełniał moje serce z powodu tej niefortunnej straty.
- Czujesz coś?
Zaprzeczyłam.
- Bez wiary w siebie nigdy ci się nie uda...
Mocno zacisnęłam powieki i próbowałam się skupić. Dalej nic. Tym razem byłam już wściekła, nawet nie na patyk że nie chce współpracować, tylko na siebie - za wszystkie moje dotychczasowe winy. Zacisnęłam mocno dłonie, że aż zbielały i po chwili wypuściłam przedmiot na ziemię odskakując i machając rękami w powietrzu. Bolały mnie tak samo, jak przy niecelowym ataku na Fionę.
- Coś się stało? - Towarzysz szybko znalazł się tuż przy mnie i próbował mi pomóc, rozcierając kciukami obolałą skórę wokół palców. - Myślę, że powinnaś odpocząć. Spróbuję znaleźć dla ciebie jakiś inny sposób, którym będziesz sobie mogła wyćwiczyć i posiąść władzę nad swoją mocą.
- To ja już może pójdę - wycierając ręce w białą koronkową sukienkę przyspieszyłam kroku i ruszyłam w stronę obozowiska.
Wtedy usłyszałam głuchy odgłos i zostałam unieruchomiona. Nie mogłam ruszać jedynie nogami.
- C-co ty zrobiłeś? - w moim głosie można było usłyszeć nutę paniki.
Odwróciłam się do Ryze'a, a on stał z wyciągniętą do mnie dłonią, kontrolując fioletowe warkocze energii wokół. Miałam się bać? To jakaś pułapka? Gdy po kilkunastu sekundach nadal nic się nie działo, zaczęłam się naprawdę niecierpliwić.
- Wypuść mnie! Wypuść mnie stąd! - zaczęłam krzyczeć, przestając panować nad sobą.
Ryze po prostu stał i się uśmiechał.
- Zrób coś, jeśli nie chcesz zginąć - szepnął pod nosem.
Spróbowałam się skupić na świetle, ale miałam wrażenie, że jestem w danym momencie zbyt smutna i niezadowolona, żeby coś zdziałać. Wtedy się naprawdę zdenerwowałam. Delikatne, kojące ciepło wypełniło mnie od wewnątrz. Było w opuszkach palców, czułam je w sercu i widziałam, jak bawi się moimi włosami. Spróbowałam całe to ciepło zgromadzić w dłoniach, udało się. Powoli, ale ostrożnie moim materialnym światłem wyginałam pręty klatki Ryze'a, który stał jak osłupiały szepcząc coś pod nosem. Drugą ręką zatoczyłam mały łuk, łapiąc te promyki w dłoń i rzuciłam w napastnika... Miałam wtedy wrażenie, że trochę przypominam Jannę. Ona atakując nie miała w ogóle źrenic ani tęczówek. Jakby weszła w inny wymiar, z którego czerpała inspiracje. Moja świetlna kula była niesamowicie szybka, ale zanim doleciała do zaskoczonego przeciwnika, z czymś się zderzyła i natychmiast rozprysnęła na miliony malutkich iskierek, wydając dźwięk jak rozsypane na metalowej powierzchni kryształy soli. Podobnie jak wtedy, iskierki swobodnie latały w powietrzu, aż w końcu zbladły i całkiem zniknęły. Przez chwilę wokół widoczna była tęcza. Łańcuchy fioletowej energii zniknęły bezpowrotnie.
- Nie miałaś nikogo zabijać, tylko ćwiczyć - burknął James wychodząc z cienia lasu.
Ja już nic nie miałam do powiedzenia. Byłam święcie przekonana, że mój nauczyciel chce mi zrobić krzywdę, tymczasem przeżył uratowany jedynie lodową strzałą raniącego mnie członka naszej "załogi"? To chyba jakaś paranoja!
Uciekłam stamtąd, obserwując zanikającą poświatę rozszczepionego światła okalającą moje palce.

Dlaczego James był zawsze tam gdzie ja i dlaczego za każdym razem trafiał bliżej mojego serca...?

piątek, 22 czerwca 2012

Zorza

Siedziałam z Janną pod drzewem, połykając w całości słodkie poziomki. Byłam zdenerwowana, że nagle wszyscy zaczęli zwracać na mnie uwagę. Traktować jak pisklę jakiegoś ptaszyska, które trzeba trenować i uczyć, jak się lata. Wszystkie przemyślenia mieszały mi się w głowie, po jakimś czasie nie widziałam już obrazów, tylko wymieszaną nicość jaśniejącą wieloma kolorami tęczy. Chyba zaczynało rzucać mi się na mózg.
Wieczorem wszyscy gdzieś wyszli, zostałam w obozie sama z jakimś wojownikiem, którego imienia nie potrafiłam zapamiętać. Ognisko przygasało leciutko, więc co jakiś czas dorzucałam malutkie drewienka i patrzyłam jak buchają jaśniejącym płomieniem. Nie wiedziałam, czemu wszyscy nagle opuścili obozowisko, ale to musiało mieć jakieś znaczenie dla naszego pobytu tutaj. Korzystając z okazji, spróbowałam przepytać towarzysza.
- Hej, kolego! - zawołałam go, ale on nawet nie drgnął. Siedział na pieńku pozostałym po ściętym drzewie z jedną nogą spuszczoną w dół, drugą ułożoną jak do siadu "po turecku" i nasłuchiwał.
Spojrzałam w rozgwieżdżone niebo, na którym nie widać było śladu ani jednej malutkiej chmurki. Wtedy firmament spowiły strzępy jakby zorzy polarnej. Patrzyłam na to niby w transie, bo nie mogłam uwierzyć. Wtedy dało się usłyszeć głosy. Były niesamowite, niczym z chórów i raz po raz szeptały, to znowu śpiewały, ale nie potrafiłam rozpoznać, o czym mówią. W pewnym momencie ujrzałam, jak mój towarzysz złapał za rękojeść swojej broni. Coś się miało wydarzyć.
- Schowaj się. - szepnął do mnie młodzieniec.
- Ciekawe czemu? Zachowujecie się jak dorośli, którzy...
Wtedy coś ostrego z metalicznym brzękiem wbiło się ostrzem tuż obok mojej szyi.
- Schowaj się, mówię.
Wyciągając ręcznie zdobiony sztylet z drewnianego stelaża namiotu, podrzuciłam go pod nogi mężczyzny i tyłem wpełzłam do namiotu. Nie obyło się bez podglądania. Moja ciekawość nigdy jeszcze nie została dostatecznie zaspokojona, dlatego przyglądałam się przedziwnemu zjawisku przez szparę w materiale.
Towarzysz spojrzał w moją stronę z niezadowoleniem, ale nic już nie mówił, mimo że wiedział o moim teraźniejszym zajęciu. Chwilę później  dziwna, snująca się mgła rozpełzła się między namiotami. Widoczność była słaba, jedynie zorze na niebie rzucały jaskrawe poświaty na drzewa i trawę. Wszystko wyglądało na senne i spokojne, ale wiedziałam że tak naprawdę nadchodzi niebezpieczeństwo. W takiej sytuacji nie byłam w stanie siedzieć na miejscu, wyszłam z namiotu i na klęczkach popełzałam w stronę wojownika.
Wtedy ujrzałam coś, czego nie powinnam była widzieć nigdy w życiu...
Siedzący na pieńku znajomy  lustrował wzrokiem "moją" stronę obozowiska. Nie zauważył mnie, a ja wtedy dostrzegłam mglistą postać stojącą za nim. Postać miała na głowie kaptur nałożony tak, że mrok zakrywał jej twarz. Długi, czarny płaszcz rozlewał się wkoło niej, falując i wprawiając ziemię w lekkie drgania. Wtedy trupie dłonie zsunęły kaptur i widziałam... Twarz bez mięśni ani skóry. Czaszkę. Kościotrup uniósł ręce w górę, a wojownik nie dotknięty nawet osunął się na kolana i przewrócił. W tym samym momencie wstałam i nie przykrywała mnie już warstwa gęstej mgły.
Następne wydarzenia potoczyły się bardzo szybko. Usłyszałam ostatni szept, "Lux, nie", który wydobył się z ust wojownika. Puste oczodoły raczej na mnie nie popatrzyły, ale w tamtym momencie poczułam ciarki na ciele, a siły zaczęły mnie opuszczać. Wtedy, gdy kościotrup stał metr ode mnie, coś z dużą prędkością przecięło powietrze tuż przede mną. Wszystko na chwilę jakby zamarzło, a dziwny przybysz rozpłynął się w powietrzu. Zdążyłam tylko zobaczyć, jak śmiejąca się złowieszczo postać znów nakłada kaptur.
James zatrzymał konia z galopu kilka kroków za mną i błyskawicznie podbiegł do leżącego. Mgła zaczęła się rozrzedzać, widziałam już drzewa na skraju polany.
- Odezwij sie chociaż!
Echo niosło się po lesie. Byłam wciąż przerażona.
- Jak mogłaś? - James już nie miał sił, by na mnie krzyczeć. - Wszystko widziałaś, mogłaś walczyć!
Usłyszałam tętent i po chwili z siwego konia zeskoczyła moja przyjaciółka, od razu zbierając grupę przy nieruchomym towarzyszu. Tylko ja stałam poza jej obrębem, przyciśnięta do drzewa ostrym spojrzeniem Jamesa, znajdującego się metr ode mnie. Otumanienie minęło, a wtedy zachłysnęłam się własnymi łzami i rykiem próbowałam wyrzucić z siebie całe to zło zalegające w sercu... Bolało mnie serce, miałam wrażenie, że chociaż próbuję oddychać moje żebra i mostek zapadają się do wewnątrz. Bałam się wziąć zbyt wiele powietrza na raz, bowiem wrażenie, że płuca mogłyby mi pęknąć było nader realistyczne. W gardle rosła mi wielka gula poczucia winy i strachu. James go nie zabił. On wróci. A ja najprawdopodobniej przed chwilą zabiłam niewinnego człowieka.

czwartek, 21 czerwca 2012

Światełko w tunelu

Stałam tak przez chwilę, nie wiedząc co robić. Nigdy nie miałam żadnej broni w ręce, a teraz miałam jej użyć przeciwko któremuś ze zgromadzonych tutaj wytrawnych wojowników? To jakiś absurd!
Odepchnęłam wyciągniętą rękę towarzysza i sztywnym, szybkim krokiem podążyłam ścieżką w kierunku obozu. Razyr ruszył biegiem za mną, ale Fiona zatrzymała go jedną ręką.
- Nie jest gotowa. Zachowuje się jak dziecko.
Myślałam, że nie ma w niej nic gorszego od tego, że pozbawiła mnie złudzeń odnośnie Jamesa w pierwszy dzień, ale teraz wiedziałam, że jest stanowczą i bezwzględną... To znaczy chodziło mi o to, że kolejna osoba tutaj traktuje siebie jako lepszą od innych.
Minęłam krąg ogniska i skierowałam się w przeciwną stronę - to stamtąd przyszłam, kiedy znalazłam się po raz pierwszy między tymi ludźmi. Niewzruszony nakazem Fiony szedł za mną Razyr. Co chwila przyspieszałam tempo marszu, aby go zgubić. Moje próby były bezsensowne, bo nawet się nie zmęczył.
- Posłuchaj mnie, Luxanno. - zaczął powoli, starając się zwrócić moją uwagę. W tym samym momencie położył mi ręce na ramionach, zatrzymując mnie. Unikałam kontaktu wzrokowego i z trudem powstrzymywałam się od płaczu. - Nie chcemy cię zranić. - Odgarnął mi z czoła niewielki kosmyk zakręconych w loki włosów. - Myślisz, że cię opuścimy?
"Nie" pokręciłam głową i wtedy zaczęłam płakać.
- Chodzi o to, że... - wytarłam policzek wierzchem dłoni, próbując się uspokoić. - Ja chciałabym już wrócić.
Większego kłamstwa nie dało się powiedzieć w tamtym momencie. W rzeczywistości pobyt tu był dla mnie jak wakacje. Na moje złe samopoczucie składała się tylko jedna rzecz. Fiona.
- Mogę ci jakoś pomóc? - zapytał, a ja przez chwilę byłam przerażona, czy aby wszystkich tych myśli nie wypowiedziałam na głos. Wtedy dotarło do mnie, że Razyr przez cały czas do mnie mówił, a ja wyłapałam tylko ostatni fragment.
- Wybraliśmy ci nauczyciela, wiesz?
Podniosłam głowę, z nadzieją w błękitnych oczach. - Fiona powiedziała, że zrobi z ciebie...
- Pierwszorzędnego zabójcę.
Odwróciliśmy się i ujrzeliśmy sylwetkę czerwonowłosej opartą o pień lipy i oglądającą paznokcie pokryte krwistym odcieniem lakieru. W tamtej chwili złość się we mnie gotowała. Poczułam ciepło, ale nie tak nieprzyjemne jak to, które zalewa nas gdy jesteśmy czerwoni z wściekłości. To było wiosenne, delikatne ciepło, którym mogłam się bawić. Nawet to zjawisko nie ostudziło mojego gniewu.
- Ty...
Zaczęłam iść w jej stronę z palcem wskazującym skierowanym do przodu, kiedy w pewnym momencie... Motyl podobny do tego, który mnie tu przyprowadził, przefrunął dziesięć metrów dzielące mnie i Fionę i zderzył się z lipą. W tym samym momencie wiekowe drzewo zapłonęło białym płomieniem, który po kilku sekundach zrobił się zwyczajny, pomarańczowy. Stałam na jednej nodze, osłaniając się całą resztą kończyn i nie do końca rozumiejąc, co się dzieje. Kiedy się uspokoiłam, ujrzałam Fionę leżącą trzy metry od drzewa, którą coś wyraźnie odrzuciło w tył. Razyr stał kilka kroków za mną i miał wyraz twarzy przypominający mój podczas oglądania pojedynków. Z tą małą różnicą, że w krótkim czasie zrobił się zupełnie blady.
- A więc tak. Będziemy musieli zmienić ci nauczyciela - wyszeptał zaskoczony.
Fiona posniosła się, otrzepała z igieł i chwyciła się pod boki. Ja wtedy wszystko zrozumiałam. Coś, co uderzyło w lipę nie było motylem. To było światło, płynne światło, którym rzuciłam w czerwonowłosą. Malutkie drobinki światła pozostałe po wybuchu rozpierzchły się po lesie i powoli zanikały. Moja prawa dłoń była zaczerwieniona i bolała, a ja wciąż nie byłam pewna, czy to wszystko się dzieje naprawdę.
- Wszystko widziałem i słyszałem - Ryze przyszedł na miejsce wyrywając nas ze spokojnej nieświadomości. - Brand mówił, że Lux może mieć coś wspólnego ze światłem. Myślę, że przyda mi się taki uczeń. - Mężczyzna położył mi rękę na ramieniu i poprowadził w stronę obozu. Dołączyła do nas jak zawsze zrównoważona Janna, która bezskutecznie starała się mnie uspokoić. Bezskutecznie dlatego, że wcale nie byłam już zdenerwowana. Odwróciłam się i jedyną rzeczą, na którą zwróciłam uwagę była Fiona stojąca z założonymi rękami i opierająca się o spalone drzewo. Kręciła przecząco głową z przesłaniem "ty się nigdy nie nauczysz".

Nowe doświadczenia

Serce tłukło się jak oszalałe, a mój oddech był nierówny. Znowu to samo - po raz kolejny we śnie odgrywałam zgrabniejszą wersję wydarzeń, z własnym, tragicznym zakończeniem... Mój mózg powoli przestawał działać prawidłowo. Miałam dwa wyjścia. Albo dać sobie spokój z Jamesem, albo nie i wtedy nadal niszczyć sobie psychikę. Wolałam się nad tym na razie nie zastanawiać.
Chociaż nadal było ciemno, wypełzłam z namiotu i do świtu siedziałam z nogami przytulonymi do piersi na moim miejscu przy wygasłym ognisku. Byłam zdenerwowana, kiedy jako pierwszy rano obudził się on... Na szczęście mnie nie zauważył, tylko ruszył gdzieś w las biorąc łuk w dłoń. Kilkanaście, może kilkadziesiąt minut później kobiety z obozu zaczęły krzątać się przygotowując śniadanie. Bez wahania zaoferowałam moją pomoc.
- Dlaczego wszyscy stąd wychodzą a ja muszę siedzieć na miejscu? - zapytałam Janny nagle zdając sobie sprawę z tego, że zabrzmiałam jak dziecko.
- Zadania są niebezpieczne, a ty nie potrafisz się bronić. Jeździsz konno?
- Trochę tak - odrzekłam bez namysłu.
- Widzisz, sama ucieczka nie wystarczy. Powinnaś posiadać umiejętności pozwalające przynajmniej na zatrzymanie wroga, niekoniecznie od razu zabicie go.
- Ty potrafisz?
- Walczę tylko z przymusu. Już ci tłumaczyłam, że nie ja tu jestem od przemocy. - Wytarła ręce i zaczęła rozdawać półmiski z jedzeniem.
- A kto? Kto jest od tego?
- Porozmawiam dzisiaj z Razyrem, może uda nam się zacząć cię szkolić! - zawołała, oddalając się.
Nie było to nic nowego. Ja, jak zwykle odrzucona i potraktowana jak małe dziecko.
***
Po południu towarzysze nie chcieli mi zdradzić, dokąd mnie prowadzą. Szliśmy wąską ścieżką między skałami i drzewami, bardzo wiekowymi jak na moje oko. Niedługo później wszyscy znaleźliśmy się na dużej otwartej przestrzeni, polanie, dwa razy większej od tej na której rozłożono obozowisko. Poproszono mnie, bym usiadła pod drzewem i wszystko się zaczęło.
- Zobaczysz dzisiaj pojedynki, a może nawet sama spróbujesz. - zaczął Brand, przysiadając koło mnie. Od rozpoczęcia mojego pobytu tutaj wydawał mi się dziwny. Może były to tylko domysły, ale nie wyglądał na kogoś, kto najzwyczajniej żyje swoim życiem jak normalny człowiek.
- Mam nadzieję. Wszyscy stąd wychodzicie, najdalsze miejsce, w jakim tu byłam to chyba to w którym znalazł mnie Razyr.
Brand uśmiechnął się.
- Przydzielą ci nauczyciela. Tylko rozumiesz, nie takiego starszego pana z bródką, tylko kogoś z nas, będziesz musiała wybrać specjalizację według swoich umiejętności. Potrafisz coś w ogóle?
Pokręciłam przecząco głową.
- Chodzi ci o coś... Nadzwyczajnego?
- Owszem.
- No cóż. - Nie miałam specjalnych umiejętności. Byłam zwykłą nastolatką, która miała wprawdzie swój świat, ale nie nadzwyczajny... Chyba że... - Brand?
- Słucham? - Odwrócił się do mnie, kątem oka spoglądając na Fionę i Ryze przygotowujących się do pojedynku.
- Czy do nadzwyczajnych umiejętności zalicza się wysadzanie żarówek i różnych sprzętów elektronicznych?
Zmarszczył się. Było to dziwne, bo powinien się roześmiać, poklepać mnie po plecach i stwierdzić, że chyba sobie żartuję.
- Ostatnio wysadziłam gitarę elektryczną, tuż przed tym, jak motyl mnie tu przyniósł...
- Co? Co powiedziałaś? - Brand był tym wyraźnie zainteresowany. Postanowiłam mu opowiedzieć o wydarzeniach, które działy się zanim się tu znalazłam. Powiedziałam wszystko, z najmniejszymi szczegółami. - To bardzo ciekawe, jeszcze nie spotkałem się z czymś takim...
Wtedy rozpoczęła się gorączkowa walka pierwszej pary. To, co zobaczyłam, przerosło moje najśmielsze oczekiwania. Fiona po rycerskim powitaniu zaczęła szybko i sprawnie atakować niskiego przeciwnika. Ryze nie miał nic przeciwko, bo idealnie odpierał każdy atak... Rzucając w kobietę kulami energii, które pojawiały się znikąd! Zwyczajnie otwierał dłoń, nad którą nagle zaczęła unosić się fioletowoniebieska bezkształtna masa, jarząca się jasnym płomieniem i oświetlająca trawę, na której toczyli walkę. Siedziałam tak z coraz szerzej otwartymi ustami, nie mogąc pojąć, co się dzieje. Brand siedział obok mnie i świetnie się bawił, spoglądając to na walczących, to na mnie.
- Nie powinno cię to dziwić. - Stwierdził po tym, jak przeciwnicy podeszli do nas. Fiona po wygranym pojedynku, Ryze po przegranym. - Już niedługo ciebie czeka to samo a mogę się założyć, że będziesz jeszcze bardziej niezwykła w toczonej walce.
Nie myślałam nad tym. Wciąż spoglądałam na kobietę pijącą teraz wodę, która przed chwilą za pomocą szpady powaliła na kolana... Maga? Czy czymkolwiek on był. Rozmawiając dalej z Brandem przyglądałam się kolejnym pojedynkom toczonym przez wszystkich uczestników obozu. Każdy następny coraz bardziej mnie przerażał... Czy to się działo naprawdę? Moje otumanienie zostało przerwane, kiedy Razyr przywołał mnie do siebie.
- Nie wiemy co potrafisz, ale z pewnością niedługo będziesz mogła pokonać niejednego z nas.
Pokiwałam głową, a on wręczył mi niewielkich rozmiarów floret.
- Teraz twoja kolej.

środa, 20 czerwca 2012

Pragnienia

Po dwóch dniach zaczęłam przyzwyczajać się do tego dziwactwa, które tu się wyprawiało. Polubiłam Jannę, która mimo swoich złośliwości była całkiem porządną przyjaciółką. Lubiłam jej potrawy, przygotowywane zawsze z uwagą i dokładnością. Nie wiedziałam, w jaki sposób jej się to udawało, ale nie pytałam - bo po co? Wciąż nie miałam stałego miejsca, stanowiska, w obozie ale zaoferowałam się, że będę się zajmowała zwierzętami i obowiązek ten sumiennie wypełniałam.
Moim ulubionym miejscem został basenik na strumyku ( z wiadomych powodów ). Często tutaj przychodziłam, moczyłam nogi w wodzie albo przeciągałam patykiem po gładkiej tafli, która czym bliżej tamy, tym stawała się bardziej pomarszczona i porywista. Dwa dni po moim przybyciu tutaj miało miejsce niezwykłe zdarzenie.
Poszłam w górę rzeki, wzdłuż omszałych i gdzieniegdzie pokrytych glonami traw. Tutaj woda płynęła szybciej, była chłodniejsza i czystsza niż w dalszym nurcie. Tutaj wszystko wyglądało na niesamowite i niemal chłonęło magię jak gąbka. Po kilkunastu minutach brodzenia w płytkiej wodzie dotarłam do szerszego korytarza, gdzie dało się wyjść na ląd. Trawa nurzała się tu w wodzie, kołysana powolnym prądem. Wszystko wydawało się być rozświetlone i jaśniejące łagodnym blaskiem.
Oszołomiona moim odkryciem, gdy wracałam, z rozpędu wpadłam na czyjąś sylwetkę. James podtrzymał mnie i zobaczyłam szeroki uśmiech na jego twarzy. Nie potrafiłam tego nie odwzajemnić.
- Witaj, Lux.
Pomachałam mu koniuszkami palców, a wtedy mimo niewielkiej odległości, zaczął iść w moim kierunku... Byłam trochę zaskoczona, cofnęłam się i wskoczyłam do strumyka, który sięgał mi po pas. Nic na to nie poradzę, że byłam ubrana, po prostu było ciepło, a on zaczynał podchodzić zdecydowanie za blisko. Zdziwiło mnie to, że James także wszedł do wody. Był tuż obok mnie, właściwie przede mną, a ja nie potrafiłam się oprzeć pragnieniu, żeby na niego patrzeć. Najchętniej zamknęłabym go w klatce, ale resztę już pewnie znacie.
- Dlaczego to się dzieje? - zaczęłam trochę nieskładnie, ale już dalej nie musiałam nic mówić.
Chłopak podniósł mnie i posadził na brzegu tak, że nogi do kolan trzymałam w wodzie. Stał tak tuż przy mnie, rękami opierając się o ziemię po obu moich stronach.
- Uciekniesz mi?
Kiedy pokręciłam przecząco głową, nachylił się nade mną i zaczął całować, z początku delikatnie, po szyi, potem coraz wyżej aż w końcu odnalazł usta i mogłam odwzajemnić pocałunek. Trwaliśmy tak przez chwilę, która niby zamrożona wydawała mi się wiecznością. Jakże cudowną wiecznością... Przysunęłam się bliżej, żeby poczuć ciepło, jakie biło od innej istoty. Od zupełnie innego człowieka. Nawet przez myśl mi nie przeszło, że kiedyś uda mi się osiągnąć coś takiego.
I usłyszałam kroki. Wołanie. Działo się to samo co parę dni temu. Głos Fiony rozdarł delikatną atmosferę, jaką napawałam się przez dwie poprzednie minuty, które teraz już nie wydawały mi się takie długie. To była kropla w oceanie.
Mimo tej sytuacji James nie przestawał mnie całować. Z jednej strony rozdzierał mnie strach, z drugiej niesamowita lekkość i cudowność tego uczucia, jakiego nigdy wcześniej nie zaznałam. I wtedy przyszła ona.

A ja się obudziłam.

Dzięki za wsparcie, miałam małą przerwę, ale to przez brak czasu, mam nadzieję że to nadrobię ;) Hm... Myślałam, że się dobrze ukryłam, ale mnie znaleźli... Teraz czekam, aż rozpęta się piekło. Do następnego posta :)

czwartek, 14 czerwca 2012

Przejaśnienia

Przez kilka następnych godzin snułam się po obozie. Poznałam już chyba wszystkich, ale niektórych imion wciąż nie mogłam zapamiętać. Jedno pytanie wciąż nie dawało mi spokoju: co ja tu robię i gdzie jestem? Wszyscy znajomi pewnie bardzo się o mnie martwili a ja nie miałam praktycznie szans na znalezienie drogi do domu. Nawet nie próbowałam już zrozumieć dziwnego zachowania obozowiczów. Mężczyźni co chwilę dokądś wychodzili: "na zwiady", "na polowanie", po czym przynosili dziwne trofea w postaci wiszącego pasztetu ( zająca ), tudzież hełmu albo żelaznej broni. Przerażało mnie to trochę, bo wciąż nie dostrzegłam w ich zachowaniu ani odrobiny ironii. Wszystko było takie naturalne, tak perfekcyjne.
Kobiet naliczyłam tutaj całe cztery, łącznie ze mną. Zauważyłam, że poza Fioną, tą czerwonowłosą dyktatorką, żadna z nich nie wychodzi z obozu. Poza nami dwoma i Janną była jeszcze Sona, która prawie w ogóle się nie odzywała. A może w ogóle?
Korzystając z okazji podeszłam do Janny gotującej obiadokolację. Duży kocioł mosiężny należało powiesić nad ogniskiem i można było gotować zupy. Bałam się spytać, co tym razem przygotowuje moja nowa znajoma.
- Znaleźć ci jakieś zajęcie? - spytała, jeszcze zanim mnie ujrzała czy usłyszała. Normalni ludzie tak nie robią! Chyba, że Janna skrywa jakieś magiczne sztuczki. To bym była w stanie zrozumieć. - Widzę, że się nudzisz.
- To nie do końca prawda. - zaczęłam. - Chciałam porozmawiać.
Kobieta popatrzyła na mnie spod długich rzęs, a ja zrozumiałam, że odpowie na większość pytań. Pewnie tych ogólnych, bo prawie się nie znamy a o życie prywatne ciężko spytać nowych znajomych.
- Czy nie dałoby się jakoś dojść stąd do miasta...?
Janna zrobiła wielkie oczy, po czym wybuchnęła śmiechem. Był tak piękny, niemal perlisty a mnie najzwyczajniej irytował. To niewłaściwy moment na śmiech.
- Nikomu z nas nie udało się stąd wynieść. - zaczęła mieszać gorącą zupę. - Widocznie jest powód, dlaczego znaleźliśmy się w Sheridan.
- Sheridan? Co to takiego?
Cały czas powstrzymywała się, żeby nie parsknąć śmiechem. Bardzo śmieszne. Zgubiłam się a ona mi bajki opowiada!
- Jesteśmy teraz obok jednego z mniejszych Noksyjskich miast o nazwie Sheridan. Jest silnie ufortyfikowane i taka mała grupka partyzantów jak my musi bardzo uważać. Myślałaś, że się bawimy w średniowiecze? - znowu ryknęła śmiechem. Wyraźnie się ze mnie nabijała. W tamtym momencie miałam ochotę ją wrzucić do tego garnka!
- Nie przejmuj się nią. - zza moich pleców usłyszałam głos Razyra. Już potrafiłam go rozpoznać spośród innych. - Janna nie jest do końca zdrowa psychicznie.
Zachichotał, a ja mu zawtórowałam. Towarzyszka udała obrażoną i wzięła od niego poziomki, które przyniósł. Od zawsze lubiłam poziomki.
- Jesteśmy na terenie nieprzyjacielskiego państwa. - zaczął wyjaśniać. - Nie wiem, jakie mamy zadanie, ale skoro tu jesteśmy to coś musi znaczyć. Wiesz, dlaczego trafiłaś do nas, Lux?
Zaprzeczyłam. Mój pobyt tutaj był dla mnie ogromną zagadką, ale o dziwo nie było mi trudno w to wszystko uwierzyć. Miałam tylko nadzieję, że nie wkręcają mnie w jakiś bardzo inteligentny dowcip...
- Najprawdopodobniej masz jakieś niezwykłe zdolności, jesteś w czymś odmienna od innych.
Zastanowiłam się. Nic mi o tym nie było wiadomo.
- Jestem w stanie to pojąć. Czy wiecie, jak się tu dostaliście? Bo mam rozumieć, że podobnie jak ja jesteście normalnymi ludźmi, z normalnej Planety Ziemi i XXI wieku, a nie jakimiś psycholami z Noxus, którzy chcą zniszczyć świat tudzież przejąć nad nim władzę? - trochę się rozkręciłam. Teraz już zwyczajnie z nich drwiłam.
- Tak. Wszyscy jesteśmy z Polski, mamy zwykłe imiona i rodziny. - odparł niewzruszony.
- Nie wolno nam używać zwykłych imion. Wkrótce się o tym przekonasz - wtrąciła Janna.
Teraz to zrozumiałam. Byli tu z konieczności, z konieczności polowali na zające i ubierali się w dziwną odzież. Zaczęłam im współczuć, nawet nie myśląc o sobie. To musiało być przykre...
Wtedy wyłapałam spojrzenie Janny utkwione w Razyrze. Była trochę zarumieniona i zakłopotana. Przestałam zajmować się moim beznadziejnym położeniem. Wygląda na to, że trzeba będzie pobawić się w swatkę!

Dylematy

Rano obudziłam się w stosunkowo dobrym nastroju, ale szybko przypomniałam sobie wydarzenia minionego dnia. Przeciągnęłam się, ze smutkiem stwierdzając, że boli mnie każdy najmniejszy mięsień mojego ciała. Byłam chyba jeszcze bardziej zmęczona, niż wczoraj wieczorem, a włosy i skóra kleiły mi się od potu i świeżej rosy. Z trudem wstałam i wyjrzałam z namiotu. Słońce wisiało wysoko nad widnokręgiem. Musiałam długo spać... Niezauważona wypełzłam z malutkiego "pomieszczenia" i położyłam się na plecach przed wejściem, zamykając oczy. Wtedy jakiś cień przysłonił mi odżywcze światło słoneczne. Otworzyłam jedno oko.
- Witaj Lux.
Nade mną stała jakaś nieziemska piękność o prostych blond włosach i jasnych oczach w odcieniu grafitu. Trochę mnie to przeraziło. Zastanawiałam się, co ja w ogóle robię w tym obozie dla idiotów, zbiegłych psychicznie chorych a może po prostu dziwaków i pustelników. Oni jednak nie zachowywali się jakby grali. Byli naturalni, a Razyr nawet przyjaźnie nastawiony...
Skinęłam głową na znak powitania. Blondynka podała mi kufel, nie mylę się, kufel, z jakąś parującą substancją w kolorze ciemnoczerwonym. Powąchałam to paskudztwo, cokolwiek to było. Pachniało nawet ładnie, żurawiną i imbirem.
- Co to jest? - spytałam, lekko zbita z tropu.
- Wypij do dna, napewno dobrze ci zrobi. - uśmiechnęła się. Nie wyglądała na złośliwą.
Rodzice uczyli mnie, żeby nie ufać obcym, zwłaszcza rąbniętym, ale to były przecież tylko bajeczki dla dzieci. A ja czułam się po prostu fatalnie. Wypiłam więc wszystko duszkiem a uśmiechnięte dziewczę stało nade mną i pilnowało, abym nie upuściła nawet kropelki.
- Janna jestem. - podała mi dłoń, a ja lekko odwzajemniłam uścisk. - wydaje mi się, że chciałabyś się umyć. - wskazała palcem na jedną ze skał, które otaczały dolinkę. - Tam jest ścieżka. Idąc nią prosto, o pięć minut drogi znajdziesz rzekę. - To mówiąc wcisnęła mi do rąk jakieś zawiniątko i nie dając dojść do słowa popchnęła w kierunku ścieżki.
"Janna zarządza. Janna boss. " Przemknęło mi przez myśl, ale dla swojego dobra wolałam nie mówić tego na głos.
Rzeka okazała się być wąskim na cztery metry strumieniem, ze specjalną zaporą z kilkunastu kamieni, która zatrzymywała wodę robiąc między drzewami niewielki basenik, w którym spokojnie można się było umyć. Jednak gdy spojrzałam w lustro wody czekał mnie kolejny szok. Moje jasne włosy układały się teraz w swobodne złociste fale, sięgające nieco za łopatki. To było prawie niemożliwe, bowiem były one zwykle sztywne jak druty i za nic nie dały się zakręcić.
Roztrzęsiona i lekko zbulwersowana zanurzyłam dłonie i poczułam na nich kojący chłód wody we wczesne przedpołudnie.
- Jesteś zagubiona, prawda?
Wrzasnęłam i zachwiałam się na krawędzi "baseniku", po czym wpadłam do niego głową w dół. Czyjeś ręce próbowały mnie powstrzymać, ale ta próba się nie powiodła. Po chwili wynurzyłam się spod wody, oddychając ustami i próbując zwolnić bicie rozkołatanego serca. Tuż obok mnie wynurzył się ktoś jeszcze. Brunet o włosach delikatnie zawijających się za uszami i opadających na szyję wpatrzył się we mnie brązowymi oczami w odcieniu kawy i wybuchnął śmiechem. Byłam trochę onieśmielona jego próbą ratunku, dlatego sama zaczęłam nerwowo chichotać. Dopiero po chwili dotarło do mnie, że nie mam ubrań na przebranie. Na szczęście ręcznik położyłam na trawie przed upadkiem.
- Luxanna jestem, ale mów mi Lux.
Chłopak przedstawił mi się jako James i ucałował dłoń na powitanie. Ucałował! Nie sądziłam, że w naszym wieku, w dobie komputerów, zwyczaj całowania rąk jeszcze istnieje!
Było mi gorąco, musiałam się zaczerwienić.
- Przepraszam panienkę Luxannę za całe to nieporozumienie... - zaczął rozmowę. - Naprawdę nie przewidziałem takiego rozwoju sytuacji.
- Lux jestem.
- Lux.
- Tak.
Wpatrywał mi się w oczy przez dłuższą chwilę. Czas jakby zamarzł. Musiałam odwrócić wzrok, chociaż nieświadomie chciałam, by to trwało wiecznie.
- James! - rozległ się jakiś energiczny kobiecy głos. - James, kochanie, czekam na ciebie!
Mężczyzna wydał się jakby spłoszony.
- Przepraszam - rzekł do mnie - naprawdę muszę już iść.
Pokiwałam głową na znak zrozumienia i wodziłam wzrokiem za towarzyszem, który zgrabnym ruchem wyszedł z baseniku i skierował się ścieżką w stronę obozu. Było mi smutno. Cały czar tej sytuacji jakby znikł a ja pogrążyłam się w cieniu. A więc kochanie. Jest w związku. Czułam, że długo będę cierpieć z tego powodu.
Za skałą dostrzegłam niemal czerwonowłosą, kobietę która miała fryzurę sięgającą za uszy. Wykonywała jakieś energiczne gesty, rozmawiając z Jamesem. Wydawał się być bardzo spokojny. Nie był wcale przez nią zdominowany, jak mi się wcześniej wydawało... Jej głos. Była stanowcza i nie odpuszczała. Tyle na razie mogłam o niej powiedzieć.
Rozmarzona wpatrywałam się w odchodzącą parę. Dziewczyna chwyciła Jamesa za rękę i delikatnie pociągnęła go wzdłuż ścieżki. Chyba nie miał ochoty iść. W pewnym momencie przystanął i odwrócił się do mnie.
"Lux" - wyszeptały jego usta.
Pokiwałam głową, udając zadowoloną z siebie i szczęśliwą. W rzeczywistości kryłam naprawdę paskudne uczucia. Oparłam się dłońmi na brzegu strumyka i puściłam wodze fantazji. Nie wiem, czy taką gorycz będzie się dało usunąć z pamięci...

Mamy trzeci rozdział, mam nadzieję, że nie jest tak nudny jak mnie się wydaje. Znalazłam chyba sposób na pisanie bloga. Trzeba po prostu zamiast się rozpisywać w każdym rozdziale wrzucić coś ciekawego... Będę chciała zastosować tą zasadę. Dzięki za pomoc i przychylną krytykę. Do zobaczenia u Linki w sobotę ;*

środa, 13 czerwca 2012

Początek

Wstałam z ziemi i otrzepałam błękitną sukienkę z igieł i zeschłych liści. Co się stało? Nie potrafiłam sobie odpowiedzieć na to pytanie. Bolała mnie głowa, a dłonie pulsowały dość mocno, jakby z braku dopływu krwi. Musiałam na nich leżeć.
Wciąż ledwo stałam na nogach, a przed oczami raz po raz pojawiały się plamy różnych kolorów i odcieni. "Co ja tu robię?", "Czy mi się to śni?" - zadawałam sobie te pytania na przemian wciąż nie potrafiąc złożyć wszystkiego w całość. Kiedy wzrok się trochę uspokoił zaczęły do mnie docierać bardziej trzeźwe myśli. Myślałam nad nieudaną próbą zamachu czy porwania, której zostałam ofiarą oraz nad tym, że nie mam pojęcia, gdzie jestem. Wszystko wyglądało na takie obce...
Liście cicho szumiały nad moją głową. Nie rozpoznawałam tych drzew, ale dotarło do mnie, że jestem chyba w zagajniku nieopodal domu. Kilkadziesiąt metrów w którąkolwiek stronę i znajdę cywilizację. Albo przy odrobinie szczęścia znajdzie mnie jakiś człowiek spacerujący z psem. Czułam delikatny zapach rosy i nadchodzącego wieczoru. Musiałam tu spędzić kilka godzin... A co, jeśli kilka dni? Nie. Miałam czyste włosy, więc nie mogło to być więcej niż kilka godzin. Myłam je przed wyjściem na próbę zespołu.
Wciąż obolała ruszyłam w stronę prześwitujących promieni słonecznych. Na moim osiedlu nie miałam pojęcia, z której strony jest północ, więc tutaj takie bajery na niewiele by się zdały.
Po pół godzinie krążenia po lesie nadal nic nie wyglądało znajomo. Co gorsza - gaj zagęścił się i teraz oprócz drzew i krzewinek jagodowych były także krzewy i cierniste zarośla, w które nie miałam ochoty wchodzić zważając na odsłonięte nogi. Zaczynało się robić chłodno. Zmęczona wydarzeniami dość nienaturalnymi jak na zwyczajną sobotę usiadłam na wilgotnej ściółce i zaczęłam chlipać pod nosem. Nie wiem na co liczyłam. Pomoc? Od kogo? Było pusto. Zgubiłam się. Po chwili cichy płacz przerodził się w ryk zdesperowanej nastolatki, która nie miała pojęcia, co zrobić.
Wtedy ktoś zasłonił mi dłonią usta i skrępował ręce. Przez chwilę byłam zaskoczona, ale szybko otumanienie minęło i zaczęłam wyszarpywać się z rąk napastnika. Młody mężczyzna wyszedł przede mnie i nadal trzymając mi rękę na ustach pokazał gestem, że mam być cicho. Trochę wybiło mnie to z toku myślenia. O co w tym wszystkim chodzi?
- Cii! - Szepnął do mnie młodzieniec. - Tu jest niebezpiecznie.
Przestałam płakać, pociągałam tylko nosem kiedy założył mi na plecy jakiś płaszcz.
- Co się stało z miastem? Miasta nie znikają... - Jeszcze w szoku plątałam się w wypowiedziach.
- Chodź, postaram się wszystko ci wytłumaczyć.
Pomógł mi wstać i gestem nakazał pójście za nim.
- Wszystko w porządku?
Pokiwałam głową, ciągle zdezorientowana.
- Cieszę się, że cię znalazłem. Nocy tutaj mogłabyś nie przeżyć.
Nie wiedziałam o co mu chodzi, ale szybkim krokiem starałam się nadążać za wyższym ode mnie o głowę towarzyszem. Teraz dopiero mogłam mu się dokładnie przyjrzeć. Miał jasne włosy i niebieskie oczy, ale wyglądał raczej przeciętnie. Ot, chłopaczek z sąsiedztwa. Dużo bardziej przerażało mnie jego ubranie i przedmioty, które miał ze sobą. Na plecy zarzucony miał ciemny płaszcz, taki, jaki teraz był także na mnie. Spod spodu wystawała granatowa, rozpięta koszula a na szyi przewieszony był wisiorek z fioletowym... Czymś. Chłopak szedł szybko, więc nie byłam do końca pewna czy to coś to skorpion, czy raczej pająk. Jak na taką osobę to dość nietypowe, przynajmniej tak mi się wydawało. Najdziwniejsze jednak było to, że mój nowy znajomy u pasa zawiązany miał miecz? Miecz? Nie znałam się na broniach. Mogła to być równie dobrze szpada albo floret. Wyglądał na miecz. Nie wiem.
Po półgodzinnej wędrówce dotarliśmy do małej polany. ciemność powoli zalewała tę małą dolinkę bez drzew i tylko jasny płomień ogniska rzucał dookoła pomarańczową poświatę. Wokół płomieni zgromadzonych było kilka do kilkunastu osób. Obleciał mnie strach.
- Wydaje mi się, że się nie przedstawiłem. - Towarzysz uśmiechnął się. - Wszystkich pewnie poznasz w krótkim czasie. Ja jestem Razyr. A ty?
Przez chwilę nie wiedziałam co się dzieje. Chłopak przywołał mnie do porządku. Bez zastanowienia powiedziałam:
- Luxanna. Mam na imię Lux.

Cześć po raz kolejny. Mam do Was małe pytanie. Warto publikować link do piosenek, których słucham podczas pisania konkretnego rozdziału? Wiem, że ludzie mają naprawdę różne gusta, ale może komuś się spodoba? Nie trzeba słuchać. Mam nadzieję, że blog jest w porządku. Proszę o ostrą krytykę, przecież trzeba się dokształcać ;) Pozdrowienia <3

wtorek, 12 czerwca 2012

Prolog

Tego dnia wracałam z próby zawiedziona. Byliśmy zespołem rockowym, którego zaproszono na "festiwal coverów" do jednego z większych miast w naszym kraju. Właściwie nie byłam z nimi bardzo związana. Tworzyliśmy coś na rodzaj symbiozy, w zamian za mój wokal w ich zespole, koledzy uczyli mnie gry na pianinie - od zawsze fascynowały mnie te rzędy czarnych i białych klawiszy.
W związku z festiwalem nasze spotkania były coraz częstsze a teraz, gdy od występu dzielił nas już tylko tydzień, organizowaliśmy próby codziennie. Dzisiaj jednak rozeszliśmy się trochę wcześniej, niż zwykle.
To wszystko była moja wina.
Nie wiem, jak to się stało, ale kiedy chciałam spróbować zagrać kilka chwytów na gitarze kolegi, wywaliło korki w całym domu. Nie mogliśmy ćwiczyć bez światła i prądu!
To nie był pierwszy raz, kiedy zrobiłam coś takiego. Ostatnio zdarzało mi się wysadzać żarówki, czy drobny sprzęt elektroniczny. Stwierdziłam, że po prostu źle się elektryzuję. Z tym, że był koniec maja. Zazwyczaj takie rzeczy przytrafiają się zimą - kopiące prądem swetry, czy włosy stojące na baczność we wszystkie strony. Mam rację? Znacie to?
Miarowe kroki odbijały się echem między drzewami, bo droga do domu prowadziła przez niewielki zagajnik mimo tego, że mieszkałam w mieście. Wtedy moją uwagę przykuło coś bardzo niezwykłego. Był to motyl, który nie przypominał żadnego znanego mi dotąd gatunku. Miał przezroczyste skrzydła, jakoby wiążące światło i odbijające je we wszystkich kolorach tęczy. Nie była to duża tęcza - miała najwyżej kilka centymetrów, ale robiła piorunujące wrażenie. Ocknęłam się dopiero, gdy obiekt mojego zainteresowania zniknął mi z pola widzenia. Zaintrygowana niesamowitą aurą roztaczaną przez tę istotę bez zastanowienia ruszyłam za nim. Ale czy on istniał naprawdę...?

Pierwszy post za nami, mam nadzieję że zapowiada się jako tako i ogłaszam, że mimo wszystko będę pisać. Nie umiem pisać o miłości, więc należy się nauczyć, prawda? Do następnego ;*