Nasza wyprawa do smoczej twierdzy nie potoczyła się tak, jak przewidywaliśmy. Razem z moimi dwoma przyjaciółmi, Xinem Zhao, byłym najważniejszym doradcą demacjańskiego króla oraz Tryndamerem, który zanim dotarł do obozu uciekł krwawej rzezi popełnionej na jego plemieniu, a także z nowym znajomym - Lee Sinem dostaliśmy zadanie przeszukania pomieszczeń gospodarczych zamku. Nie wydawało mi się, byśmy mogli coś znaleźć. Na wpół zburzone stajnie na pewno nie mogły kryć tajemnicy zaginięcia Leony, śmieszyła mnie w duchu także wizja walki w zapuszczonej kuchni zamkowej. Mimo tego zaczęliśmy dokładnie przeszukiwać wszystkie miejsca. Słońce chyliło się ku zachodowi, gdy Tryndamere palcem wskazał przez okno, na podniszczony mur obronny. Wysiliłem wzrok i dopiero po chwili dotarło do mnie, co to za stworzenie przemieszcza się szybko w kierunku bramy wejściowej.
- To Cassiopeia. - wyszeptał przyjaciel. Kayle mówiła, że Sona i Garen uciekli jej tamtej nocy, podczas balu.
- Czy ona...
- To kwestia klątwy. - wtrącił się Xin. - Nie może teraz wejść do podziemi... Dziwne. W takim razie czemu tu przyszła?
- Pewnie ma coś wspólnego z problemem naszych poszukiwań - odepchnąłem się ręką od pogryzionej lekko przez korniki szafki kuchennej i udałem się w kierunku klatki schodowej. Wtedy Xin Zhao zatrzymał mnie, kładąc mi rękę na ramieniu.
- Ona może mieć wsparcie.
- A my możemy walczyć - rzekłem niewzruszony, zapalając się niczym pochodnia. Na szczęście schody i ściany były tutaj kamienne.
Na dziedzińcu rozejrzałem się, nie dostrzegając niczego podejrzanego. Na kilka minut postanowiliśmy się rozdzielić. Poszedłem pod mur, by dokładniej przyjrzeć się śladom pozostawionym przez Cassiopeię. Na trawie leżało jedynie kilka świeżo obsypanych cegieł. Wtedy za sobą usłyszałem potężne uderzenie. Szybko odwróciłem się i posłałem dużą kulę ognia w stronę intruza.
- Nie, stój, nie zrobię krzywdy! - krzyknął donośnym głosem grafitowobłękitny potwór o nieco kanciastym ciele. Jego kończyny, głowa i skrzydła były zakończone żółtymi plamami. Sprawiał niesamowite wrażenie.
Zawróciłem ognika, który zdążył już dwa razy uderzyć gargulca.
- Co tu robisz i czemu narażasz się na mój atak?
Potwór opatulił się kamiennymi skrzydłami, jakby czegoś się obawiając.
- Wiem, czego szukacie. Widziałem tutaj niemal wszystko przez ostatnie dwa lata. Dużo się wydarzyło.
- Leona - powiedziałem cicho - wiesz, dokąd poszła?
- Wiem co robiła tutaj samotna biała anielica i jej czarna siostra. Widziałem atak na młodą z Solarich, jak również węża i córkę generała Noxus, które dziś zastawiły na was pułapkę. Układanka powoli zlewa mi się w całość...
Kroki przyjaciół przerwały moje szokujące rozmyślania. Tryndamere wyciągnął broń w kierunku gargulca, Xin przygotował się do ewentualnego ataku i tylko Lee Sin podszedł do mnie spokojnie.
- Opuśćcie to żelastwo - rzucił z obrzydzeniem.
Posłuchali go od razu.
- Czy ty nie jesteś Galio, potwór Duranda, któryś widział zamach na jego życie?
Gargulec pochylił głowę i cofnął się o dwa kroki.
- Rozumiem twój ból. Skoro jednak służysz Demacji, dlaczego nie powstrzymałeś ataku na naszą Solari?
- Byłem zdezorientowany. Najpierw wszystko co wiem o was, sojusznikach, było prawdą a teraz mroźna łuczniczka zabija pannę z Solarich? Bałem się.
- On nie wie co mówi! - Xin przyłożył mu włócznię do gardła - Ashe nie żyje! - warknął przez zęby.
Lee stracił cierpliwość i sprawnym ruchem płaskiej dłoni złamał na pół drewniany kij broni wymierzonej w Galio. Brązowe oczy wojownika na ułamek sekundy zrobiły się okrągłe, ale po chwili wróciły do normalnego stanu, pokazującego wyższość i dominację.
- Prosiłem - Lee najzwyczajniej podsumował swój wyczyn i wrócił do rozmowy z gargulcem. - Wiesz, dokąd się udały?
- Mogę zaprowadzić do podziemi. Będzie już za późno. Najpierw mróz, potem mrok Księżyca przykrył Słońce. Przyjaciele przyszli mu z odsieczą, ale zostali zamknięci w paszczach dwóch sił wrogów połączonych w połowie drogi...
- Zamknij się - krzyknął Xin. - Wiesz, gdzie jest Leona?
Galio pokiwał głową.
- Prowadź.
***
Wpadliśmy do okrągłej sali przez jeden z dwóch korytarzy podłączony do tych samych wrót. Wewnątrz widziałem ogrom walki. Gargulec miał rację, tutaj toczyła się prawdziwa bitwa. Ja i moi towarzysze wskoczyliśmy w środek tej kotłowaniny. Podpaliłem jakiegoś rosłego mężczyznę, który wijąc się w bólu przetoczył się po podłodze. Chciałem walczyć dalej, ale pokonany złapał mnie za kostkę i powalił na ziemię. Uderzając głową o kamień, ledwo się podniosłem i chwyciłem szablę przeciwnika, zapalając ją. Spodobał mi się styl walki Kayle, chociaż nie władałem bronią białą tak dobrze jak ona, czy Fiora. Obroniłem Sonę przed atakiem ze strony dużego wilkołaka.
- Zarządzamy odwrót, rozumiesz? - próbowałem przekrzyczeć ryki bojowe zgromadzonych - Przedrzyj się do drzwi, Lee Sin wyprowadzi cię na powierzchnię!
Kobieta pokiwała głową i w ostatnim momencie odepchnęła Katarinę, chcącą wbić jej nóż w pierś. Więc ona też tu była... Moje zdezorientowanie omal mnie nie zabiło. Kątem oka widziałem fioletowy pocisk lecący wprost we mnie, ale jakaś inna siła zatrzymała go w miejscu i zrzuciła na posadzkę. Byłem za to wdzięczny Ryze'owi. Broniąc się zdążyłem powiedzieć o ucieczce jeszcze kilku osobom. Zgniatała mnie myśl, że za chwilę wszyscy zginiemy. Przeciwnik miał taką przewagę liczebną, że nie zauważył ewakuacji części moich przyjaciół. A gdzie podział się Galio? Był tak olbrzymi, że mógłby zniszczyć tu większość wrogów, a przynajmniej ich przwstraszyć. Wtedy zacząłem zauważać pułapkę, którą na nas zastawiono. A później ktoś mocno uderzył mnie w tył głowy.
***
Obudziłem się przez wilgoć panującą na miejscu. Nad sobą dostrzegłem ładną, choć zmęczoną, okrągłą twarz.
- Jednak żyjesz. - ten głos mnie uspokoił, chociaż wiedziałem, że jest ze mną bardzo źle. Spróbowałem się podnieść, ale drobniutka dłoń powstrzymała to działanie.
- Powinieneś odpocząć.
Z trudem przypomniałem sobie zadanie wydostania przyjaciół z potrzasku. Nie wszystko się udało.
- Wydostali się? Nikt nie zginął? - nagle dotarło do mnie, że zostaliśmy oszukani.
- Wielu zginęło - zasmuciła się, głaszcząc mnie po włosach dla uspokojenia - chociaż nas uratowaliście. Mnie na pewno.
- Noxus miał nas zgnieść w tej komnacie - rzekłem, wciąż roztrzęsiony. Odwróciłem głowę w prawo i ujrzałem powyginane i trochę zwęglone ciało mężczyzny, któremu wczoraj zadałem ostateczny cios. - Powiedz, że się wydostali!
- Część uciekła. Nie wiem, czy ocaleli na powierzchni. - ciemnobrązowy kosmyk włosów opadł na twarz Leony. - Czasami się zastanawiam, czemu tutaj śmierć jest na porządku dziennym..
- Żyjemy w czasach wojny...
-... Wiecznej wojny, Brand! Pamiętasz może czas pokoju między nami?
Pokręciłem głową i poczułem rozdzierający ból w czaszce.
- Nie powinieneś się ruszać. Nie jest ci zimno?
W odpowiedzi zapaliłem ogień na dłoni, chociaż wymagało to ode mnie dużej energii. Mnie nigdy nie było zimno, ale czułem jak dziewczyna drżała. Powietrze mogło mieć tutaj koło czterech stopni.
- Czyli nas tutaj zamknęli. Tak jak przypuszczałem.
- Dzięki waszej interwencji zamknęli tylko nas dwoje.
- A inni?
Poczułem, jak się waha.
- Wszystko w porządku? - chwyciłem jej chłodną dłoń i rozgrzewałem ją w palcach.
- Janna i Ryze nie żyją.
Nie musiałem weryfikować tych informacji, nie byłem nawet wściekły na Noxian. Teraz napłynął i dotarł do mnie ból, tak potężny, że miałem wrażenie iż rozerwie mnie od środka. Ryze poprzedniego wieczoru uratował mi życie. Przytuliłem towarzyszkę niedoli, podnosząc się do siadu. Wtedy poczułem, że jestem ranny. Na boku miałem duże rozcięcie, którego nie zauważyłem podczas walki. Starałem się opanować nerwy ze względu na siebie i wzrok, aby nie patrzeć na ciała zmarłych. Nawet nie myślałem o tym, żeby spróbować otworzyć drzwi. Morgana pewnie zadbała o zabezpieczenie ich odpowiednią magią.
Kiedy oparłem się plecami o kolumnę podtrzymującą strop, coś zachrzęściło między cegłami. Jeden z kamieni wsunął się do środka prawie niezauważalnie.
Z każdego piekła znajdzie się wyjście.
... Jednak to, co raz stracone - już nigdy nie wraca.
sobota, 22 września 2012
Brand: Piekło
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz