sobota, 8 września 2012

Światło jest nadzieją, a ta umiera ostatnia

Te kilka dni niewoli bardzo mnie bolało. Nie tylko fizycznie, ale także psychicznie, nie mogłam bowiem wyrażać swojego zdania, chociaż słyszałam zdania innych. Nie mogłam się odzywać. James przesiadywał koło mnie, kiedy akurat nie miał żadnych zadań i dużo mi opowiadał. Słuchanie jego głosu sprawiało mi przyjemność. Kilku innych przyjaciół także mi wierzyło i czasami przychodzili, podzielić się jakimiś wieściami. Oglądałam życie obozu z dystansu, nie czułam się jednak odrzucona. Jedynie Razyr nie chciał mojej wolności. Rozumiałam go, jako przywódca był za nas odpowiedzialny i chciał każdemu zapewnić bezpieczeństwo.
Po spostrzeżeniu Fiory ( okazało się, że jej imię pisze się przez "r", ona sama bardzo go nie lubiła, stąd zmiana ) wyruszyliśmy w stronę smoczej twierdzy. Ci bardziej doświadczeni, jak mój brat, którzy służyli Demacji od niepamiętnych czasów, wiedzieli jak ważne jest dla nas uratowanie Leony. Kayle zacięcie twierdziła, że to wszystko jej wina i była przez to bardzo zestresowana.
Przez cały ten czas czułam przyjemne dreszcze w koniuszkach palców. Energia gromadziła się, jakby czegoś ode mnie chcąc. Przez tą krótką chwilę kiedy trzymałam różdżkę byłam pewna, że mam wszystko. Razyr miał rację, nadal mogłam zagrażać otoczeniu. W myślach już układałam plan, jak odebrać przedmiot naszemu dowódcy.
Po powrocie Sony i Garena ( cały czas śmieszyło mnie to imię ) zostałam uwolniona przez pana imieniem Lee Sin ( to imię także mnie śmieszyło ). Mimo wszystko byłam mu bardzo wdzięczna. Niedługo później brat w sekrecie powierzył mi coś, na co czekałam.
- Jestem pewien, że jesteś właściwą osobą - powiedział, zamykając coś niewielkiego w mojej dłoni. - Skompletuj teraz tą różdżkę i pokaż mu, że masz władzę. Bez jednego elementu miała prawo źle zadziałać.
***
Architektura tego świata naprawdę mnie zadziwiała. Zamek, choć opuszczony, wyglądał niezwykle elegancko. Dach wieży zlewał się z błękitnym niebem, ale chmury powoli zaczynały je zakrywać.
- Będziemy musieli się rozdzielić. - rzekł Razyr, rzucając okiem na ogrom budowli. - Szybko, przeszukajcie wszystkie pokoje. Ja pójdę obejrzeć wieżę, James, Ryze i Kayle, wy podzielcie między siebie piwnice i podziemne korytarze, Lux, Sona, Janna i Fiora przeczeszcie dokładnie komnaty mieszkalne. Pomieszczenia gospodarcze zostawiamy reszcie. Wiecie co macie robić?
Zgodziliśmy się jednomyślnie, od razu przystępując do działania. Rozdzieliłyśmy się po dotarciu do wschodniego skrzydła zamku, wpadałam jak burza po kolei do wszystkich pomieszczeń. W pewnym momencie coś szczególnie zwróciło moją uwagę. Był to obraz, dość duży i dokładny pejzaż oprawiony w złotą ramę z ornamentów roślinnych. Stałam w miejscu niczym zahipnotyzowana. Chaos, cierpienie i smutek przedstawiony na ponurym polu bitwy przesiąknęły mnie, rozdzierając moje serce. Niemal czułam, jakbym tam była. Walące się budynki, dopalające się zgliszcza. Obok mnie rozległ się stłumiony ryk i jakaś olbrzymia bestia runęła na ziemię, wznosząc tumany kurzu. Zakaszlałam, ręką próbując rozpędzić drobiny suchej ziemi. Za mną toczyła się prawdziwa bitwa: szarżujący żołnierze byli zabijani przez szeregi rozproszonych bezładnie strzelców i kuszników stojących na blankach muru zamkowego - i odwrotnie. Widziałam przynajmniej kilkadziesiąt istot w niczym nie przypominających człowieka, walczących dzielnie do ostatniej kropli krwi. Jakaś kobieta skulona przy ścianie próbowała niezauważona przemknąć się do twierdzy - nie mogła widzieć tego, co ja - na arkadowe tarasy wdarły się już szeregi wroga, zabijając każdego na swojej drodze. Byłam przerażona widokiem ciasnych, niegdyś urokliwych i romantycznych uliczek wypełnionych dymem i pyłem, sypiących się cegieł, ognia zajmującego kolejne piętra i palącego dachy. Już tu kiedyś byłam.
Otrząsnęłam się, z zaskoczeniem stwierdzając iż znów stoję naprzeciw obrazu. Czy to wszystko tylko mi się zdawało?
- Piękne, prawda? - odezwał się jakiś głos za moimi plecami. O dziwo, wcale nie byłam zaskoczona jego obecnością. Być może wyczułam ją podświadomie już wcześniej.
- Bardzo... Realistyczne. - odparłam, z bólem odciągając wzrok od malowidła.
- Być może wiesz, że Noxianie chętnie używają zwrotu "Upadek Demacji" - zadrżałam. Wiedziałam to doskonale. - Niewielu z nich jednak wie, skąd wzięła się ta nazwa.
Spojrzałam na mężczyznę w długim czarnym płaszczu wykończonym czerwoną tkaniną. W oczach odbijał mu się blask zachodzącego słońca wpadającego przez dość duże okno. Wyglądał na człowieka inteligentnego, ale bardzo tajemniczego. Nie miałam pojęcia, skąd się tu wziął.
- Jeden z dowódców Demacji kilkaset lat temu okrutnie zdradził swoją ojczyznę. Ten obraz jest jego pędzla.
- Przedstawia... Upadek...
- ... Jednej z większych i potężniejszych cywilizacji tego świata. - uśmiechnął się. Miał w sobie coś, co mnie pociągało. - Tak.
Wtedy z trudem przypomniałam sobie, jaki jest mój cel.
- Ja pana naprawdę bardzo przepraszam, ale bardzo się spieszę. - odsunął się, kiedy próbowałam przecisnąć się przez drzwi obok niego.
- Właśnie dlatego przez czterdzieści pięć minut oglądasz obraz? - zakpił ze mnie. - Szukasz czegoś?
Wtedy zdałam sobie sprawę, że jeśli krzywdę Leony miało zwiastować zaćmienie, to ona jest Słońcem, a wróg Księżycem. Księżyc nie znosi światła słonecznego...
- Nie! - krzyknęłam jeszcze, zbiegając po schodach. - Już wszystko wiem, dziękuję!
***
Potknęłam się o jakiś dziurawy element stopni do podziemi i spadając, wylądowałam w wodzie po kostki. Podniosłam się obolała i szybko przywołałam małego świetlika, rozgarniającego ciemności. Wiało tutaj piwnicznym chłodem i wilgocią, jakieś szmery nie przerażały mnie jednak, gdyż światło pokazywało mi drogę. Ruszyłam korytarzem, przyglądając się płaskorzeźbom na ścianach. Wszystkie postaci miały idealne kształty, zostały przedstawione w ruchu. Niegdyś te miejsca musiały służyć innym celom, założyłam, że woda dostała się tu w późniejszych czasach.
Dostrzegłam drzwi i weszłam do góry po trzech stopniach. Szarpnęłam za klamkę. Zamek był zablokowany. Postanowiłam spróbować jeszcze raz. Zardzewiałe, ciężkie wrota były jednak otwarte, ale rdza na zawiasach nie dawała mi szans na ich przesunięcie. Dopiero energia światła pomogła mi lekko uchylić drzwi i wreszcie z trudem przecisnęłam się na drugą stronę. Korytarz był tu całkiem pusty, ale na jego końcu dostrzegłam jakiś jasny punkcik. Nawet nie patrząc pod nogi ruszyłam biegiem. Tym światłem byłam ja. Odbijająca się w lustrze. Zrezygnowana osunęłam się na ziemię.
- Lux? - obecność Kayle tak mnie uradowała, że o mało jej nie udusiłam, przytulając. - Znalazłam korytarz, do którego nie mogę wejść bez światła. Mój ogień przez wilgotność gaśnie niemal od razu.
- Leona musi tam być! - nadzieja zapłonęła we mnie na nowo, chwyciłam anielicę za rękę i pociągnęłam we wskazanym wcześniej kierunku.
Po chwili zaczęłyśmy biec. Uratowanie czyjegoś istnienia wydawało mi się być zadośćuczynieniem za śmierć naszego wojownika w pierwszych dniach mojego pobytu w obozie. Zostaliśmy wtedy odnalezieni przez Noxus i niewiele brakło do potężnej klęski. Mogłam temu zapobiec.
Pokonałyśmy kilka zakrętów, aż na końcu pustego kamiennego tunelu ujrzałyśmy błękitną poświatę. Przygotowywałam się psychicznie do walki. Kayle uniosła w górę swój miecz. Kiedy wpadłyśmy do sali, dotarło do nas, że nie jesteśmy same. Nawet Razyr zdążył z wieży zejść tutaj. Wszyscy stali pod ścianami, kryjąc wzrok. Na samym środku ujrzałam dwie smukłe postaci, emanujące charyzmą i elegancją. Jedna z nich zamachnęła się. Olbrzymia, powyginana broń ze świstem mignęła mi przed oczami.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz