Pocieszałam siebie, że nic się nie stało. Trwałam tak przez następne dni dużo przebywając w samotności i ucząc się obcowania ze Światłem. Nigdy wcześniej nawet sobie nie wyobrażałam, jak piękne może być, przestrzelając promieniem taflę wody, lub przenikając przez liście drzew. Stawałam się coraz bardziej pewna siebie.
- Posłuchajcie - zaczął Razyr, kiedy pewnego ranka zebrał nas wszystkich wokół ogniska. - Wiem, że mamy wśród nas nowicjuszy - tutaj wymownie spojrzał na mnie - ale jestem pewien, że sobie poradzimy. Mamy do wykonania bardzo ważne zadanie.
Cała grupa nawet nie odważyła się pisnąć. Wszyscy w ciszy obserwowali przywódcę.
- Prowadzę pewnego rodzaju kontrolę oddziałów noksyjskich. Wydaje mi się, że przygotowują się do wyjazdu. Może nawet ataku. - Podrapał się po brodzie. - Naszym zadaniem będzie sprawdzić czy to prawda, a jeśli tak to dokąd zmierzają i w jakim celu.
Rozejrzałam się dokoła. Kilkoro przyjaciół kiwało głowami.
- Podzielimy się na grupki dwuosobowe... Jeżeli dwie osoby można nazwać grupą. - kontynuował Razyr - Przygotujcie siebie i konie do drogi, za chwilę widzimy się w moim namiocie, dowiecie się wszystkiego o celach naszych wypraw.
***
Oklapłam zrezygnowana na siodło z czarnej skóry. Czemu musiało się to przytrafić akurat mnie? Zostaliśmy z Jamesem wyznaczeni do przejrzenia map wypraw wojennych. Mieliśmy się włamać do komnaty dowódcy... W takich chwilach chciałam głośno wykrzyczeć, że Razyr jest idiotą. Miękki chód karej klaczy kołysał jak do snu, ale ja tylko marzyłam o tym aby ją zawrócić, szybko zsiąść i otulić się kocem w namiocie... Albo przynajmniej pogalopować daleko od łucznika, w przeciwną stronę.
Dzisiejszy dzień był chłodny. Okryliśmy się czarnymi płaszczami, spoglądając raz po raz na ołowiane od chmur, ciężkie niebo. James starał się prowadzić konia na przełaj, aby na głównych traktach nie rzucać się w oczy. Godzina drogi wystarczyła aby ujrzeć przed sobą potężne mury Sheridanu. Tak blisko, tak niebezpiecznie. Powiał chłodny wiatr a mnie przeszły gwałtowne dreszcze.
- Zostawimy tu konie.
To mówiąc, mężczyzna pomógł mi zejść i przywiązać klacz do grubego konaru drzewa. Chwilę później z pomocą liny z harpunem przedostaliśmy się na drugą stronę. Widok przypominał mi jedynie "Władcę pierścieni", tyle że wcale nie był mroczny. Po prostu grube mury obronne tak bardzo nie pasowały do mojej rzeczywistości.
- Posłuchaj mnie. - James zatrzymał mnie i spojrzał mi w oczy - to nie jest proste zadanie. Chcę mieć pewność, że nie popełnisz żadnego głupiego błędu, bo oboje możemy przypłacić to życiem. Rób co mówię, dobrze?
Wbrew sobie pokiwałam głową. Jego bliskość była silniejsza ode mnie.
Bez trudu wmieszaliśmy się w tłum. Prawie wszyscy Noksyjczycy byli ubrani jak my. Odróżniał ich jedynie prawie biały odcień skóry. Większość z nich miała także czarne lub ciemnobrązowe włosy. Typowo zimowa karnacja, dzięki temu James mógł łatwo się zakamuflować. Moje kręcone, jasne włosy czasami wyłaziły spod kaptura przez co musiałam cały czas je chować.
- Właściwie na czym polegają twoje umiejętności? - korzystając z okazji próbowałam dowiedzieć się czegoś o towarzyszu.
- Jestem lodowym łucznikiem. - rzekł, skręcając w wąską uliczkę - Szczerze mówiąc rozczarowałem połowę naszego społeczeństwa. Jako lodowego łucznika spodziewano się kobiety.
Uśmiechnęłam się pod nosem. Wyobraziłam sobie Jamesa wciśniętego w wąską kieckę, z peruką na głowie i w pełnym makijażu. Po chwili z trudem powstrzymywałam wybuch śmiechu.
- Inaczej wyobrażałam sobie ludność "tego złego kraju". Wydawało mi się, że to będzie stado identycznych klonów, ubranych na czarno, albo orków czy może goblinów o zielonej cerze i potarganych włosach. - minęliśmy stoiska przy których kupcy oferowali ubrania i żywność, nieco już podgniłą. Na ulicach śmierdziało stęchlizną niczym w starych podziemiach i piwnicach.
- To tylko bajki i filmy. Noksyjczycy są ludźmi jak ty, czy ja. Jest jednak mała różnica, która nie pozwala o sobie zapomnieć.
W tamtym momencie przypominałam jeden wielki znak zapytania.
- Dla nich każde miasto to więzienie. Mają tu cały dobytek, dlatego nie mogą uciekać jak my, przez mury. Cztery bramy, skierowane w cztery strony świata służą jedynie do przemieszczania się wojska. - Wskazał na coś palcem.
Mój wzrok skierował się na jeden z wielu olbrzymich budynków na miarę wieżowca. Całe miasto składało się z wąskich ulic i takich budynków, trochę wyższych, czasem niższych, na czubku dachu przypominających ciernie. Tu każde zabudowanie było wieżą.
- Czy to tam mamy znaleźć te mapy?
James prawie niezauważalnie skinął głową. Obawiałam się, że to nie jest dobry pomysł, aby tam wchodzić.
Wtedy przed nami, na drodze szerokiej na dwa niewielkie wozy ujrzałam patrol wojskowy złożony z kilkunastu jeźdźców.
- Przygotuj się - szepnął towarzysz.
Błękitna strzała przeszyła powietrze i trafiła jednego z żołnierzy na wysokości żeber. Zachwiał się w siodle, by po chwili runąć na wilgotny bruk.
- W nogi!
Widać było, że mieszkańcy są zaskoczeni takim obrotem spraw. Patrzyłam tylko do przodu, by nie zgubić przyjaciela. Słyszałam za sobą odgłos kopyt. Wszystkie obrazy dookoła były rozmazane, miałam wrażenie, że całe życie przeleciało mi przed oczami. Nadszedł ten dzień. Czułam go w kościach. To była moja pora, by odejść.
- Posłuchajcie - zaczął Razyr, kiedy pewnego ranka zebrał nas wszystkich wokół ogniska. - Wiem, że mamy wśród nas nowicjuszy - tutaj wymownie spojrzał na mnie - ale jestem pewien, że sobie poradzimy. Mamy do wykonania bardzo ważne zadanie.
Cała grupa nawet nie odważyła się pisnąć. Wszyscy w ciszy obserwowali przywódcę.
- Prowadzę pewnego rodzaju kontrolę oddziałów noksyjskich. Wydaje mi się, że przygotowują się do wyjazdu. Może nawet ataku. - Podrapał się po brodzie. - Naszym zadaniem będzie sprawdzić czy to prawda, a jeśli tak to dokąd zmierzają i w jakim celu.
Rozejrzałam się dokoła. Kilkoro przyjaciół kiwało głowami.
- Podzielimy się na grupki dwuosobowe... Jeżeli dwie osoby można nazwać grupą. - kontynuował Razyr - Przygotujcie siebie i konie do drogi, za chwilę widzimy się w moim namiocie, dowiecie się wszystkiego o celach naszych wypraw.
***
Oklapłam zrezygnowana na siodło z czarnej skóry. Czemu musiało się to przytrafić akurat mnie? Zostaliśmy z Jamesem wyznaczeni do przejrzenia map wypraw wojennych. Mieliśmy się włamać do komnaty dowódcy... W takich chwilach chciałam głośno wykrzyczeć, że Razyr jest idiotą. Miękki chód karej klaczy kołysał jak do snu, ale ja tylko marzyłam o tym aby ją zawrócić, szybko zsiąść i otulić się kocem w namiocie... Albo przynajmniej pogalopować daleko od łucznika, w przeciwną stronę.
Dzisiejszy dzień był chłodny. Okryliśmy się czarnymi płaszczami, spoglądając raz po raz na ołowiane od chmur, ciężkie niebo. James starał się prowadzić konia na przełaj, aby na głównych traktach nie rzucać się w oczy. Godzina drogi wystarczyła aby ujrzeć przed sobą potężne mury Sheridanu. Tak blisko, tak niebezpiecznie. Powiał chłodny wiatr a mnie przeszły gwałtowne dreszcze.
- Zostawimy tu konie.
To mówiąc, mężczyzna pomógł mi zejść i przywiązać klacz do grubego konaru drzewa. Chwilę później z pomocą liny z harpunem przedostaliśmy się na drugą stronę. Widok przypominał mi jedynie "Władcę pierścieni", tyle że wcale nie był mroczny. Po prostu grube mury obronne tak bardzo nie pasowały do mojej rzeczywistości.
- Posłuchaj mnie. - James zatrzymał mnie i spojrzał mi w oczy - to nie jest proste zadanie. Chcę mieć pewność, że nie popełnisz żadnego głupiego błędu, bo oboje możemy przypłacić to życiem. Rób co mówię, dobrze?
Wbrew sobie pokiwałam głową. Jego bliskość była silniejsza ode mnie.
Bez trudu wmieszaliśmy się w tłum. Prawie wszyscy Noksyjczycy byli ubrani jak my. Odróżniał ich jedynie prawie biały odcień skóry. Większość z nich miała także czarne lub ciemnobrązowe włosy. Typowo zimowa karnacja, dzięki temu James mógł łatwo się zakamuflować. Moje kręcone, jasne włosy czasami wyłaziły spod kaptura przez co musiałam cały czas je chować.
- Właściwie na czym polegają twoje umiejętności? - korzystając z okazji próbowałam dowiedzieć się czegoś o towarzyszu.
- Jestem lodowym łucznikiem. - rzekł, skręcając w wąską uliczkę - Szczerze mówiąc rozczarowałem połowę naszego społeczeństwa. Jako lodowego łucznika spodziewano się kobiety.
Uśmiechnęłam się pod nosem. Wyobraziłam sobie Jamesa wciśniętego w wąską kieckę, z peruką na głowie i w pełnym makijażu. Po chwili z trudem powstrzymywałam wybuch śmiechu.
- Inaczej wyobrażałam sobie ludność "tego złego kraju". Wydawało mi się, że to będzie stado identycznych klonów, ubranych na czarno, albo orków czy może goblinów o zielonej cerze i potarganych włosach. - minęliśmy stoiska przy których kupcy oferowali ubrania i żywność, nieco już podgniłą. Na ulicach śmierdziało stęchlizną niczym w starych podziemiach i piwnicach.
- To tylko bajki i filmy. Noksyjczycy są ludźmi jak ty, czy ja. Jest jednak mała różnica, która nie pozwala o sobie zapomnieć.
W tamtym momencie przypominałam jeden wielki znak zapytania.
- Dla nich każde miasto to więzienie. Mają tu cały dobytek, dlatego nie mogą uciekać jak my, przez mury. Cztery bramy, skierowane w cztery strony świata służą jedynie do przemieszczania się wojska. - Wskazał na coś palcem.
Mój wzrok skierował się na jeden z wielu olbrzymich budynków na miarę wieżowca. Całe miasto składało się z wąskich ulic i takich budynków, trochę wyższych, czasem niższych, na czubku dachu przypominających ciernie. Tu każde zabudowanie było wieżą.
- Czy to tam mamy znaleźć te mapy?
James prawie niezauważalnie skinął głową. Obawiałam się, że to nie jest dobry pomysł, aby tam wchodzić.
Wtedy przed nami, na drodze szerokiej na dwa niewielkie wozy ujrzałam patrol wojskowy złożony z kilkunastu jeźdźców.
- Przygotuj się - szepnął towarzysz.
Błękitna strzała przeszyła powietrze i trafiła jednego z żołnierzy na wysokości żeber. Zachwiał się w siodle, by po chwili runąć na wilgotny bruk.
- W nogi!
Widać było, że mieszkańcy są zaskoczeni takim obrotem spraw. Patrzyłam tylko do przodu, by nie zgubić przyjaciela. Słyszałam za sobą odgłos kopyt. Wszystkie obrazy dookoła były rozmazane, miałam wrażenie, że całe życie przeleciało mi przed oczami. Nadszedł ten dzień. Czułam go w kościach. To była moja pora, by odejść.
Miałam przeczytać, więc przeczytałam :) Ale dalej nie ogarniam :P
OdpowiedzUsuńDlatego uważam że bloga wypadałoby zamknąć...
UsuńNie "Władców Pierścienia", tylko "Władcę Pierścieni". Jednego władcę, wielu pierścieni.
OdpowiedzUsuńPółtorej godziny się nad tym zastanawiałam i byłam pewna, że się rąbnę.
UsuńThey're taking the Hobbits to Isengard... Tralala