Wieża dowódcy wyglądała dokładnie tak, jak ją sobie wyobrażałam. Podczas gdy ludność chodziła w poszarpanych łachmanach a na ulicach śmierdziało zgnilizną, wnętrze tego budynku utrzymane było w nienagannej czystości i bogato zdobione. Weszliśmy jednym z tylnych wejść, upewniwszy się najpierw, że większość wojsk wyruszyła na ten nieszczęsny patrol. Jeśli ktoś w tej chwili tu był, to dowódca i ewentualnie jacyś strażnicy. Delikatnie zamknęłam drewniane niewielkie drzwiczki i na palcach podbiegłam do Jamesa wyglądającego na jeden z kamiennych korytarzy. W tamtym momencie przypomniałam sobie o jednej z wielu moich wad. Zawsze, kiedy się skradałam na palcach i starałam się być cicho, strzelały mi kostki w stopach. To było tak głupie i niedorzeczne... Czasami w nocy, gdy chciałam się po cichu napić wody, budziłam tym starszego brata.
- Nie ruszaj się - szepnął mój przyjaciel a ja bez słowa wykonałam polecenie. - tam. - James wskazał palcem na długi korytarz po swojej prawej stronie. - Tamtędy chodzi strażnik. Zdziwiłem się, że nikogo nie było przy drzwiach.
To mówiąc delikatnie naprężył łuk i już po chwili duży, masywny mężczyzna runął na ziemię z raną na szyi. Szybko wrzuciliśmy go w jakiś ślepy korytarz i podążyliśmy wzdłuż ściany do klatki schodowej.
Miałam serce w gardle.
Kiedy zatrzymaliśmy się u stóp schodów, poczułam jak cała się trzęsę. Świece rzucały lekkie poświaty na mury pogrążone w głębokim cieniu. Styl pomieszczeń był tutaj chłodny, niemal średniowieczny. Żadnych obrazów, malowideł na ścianach, tylko surowe mury które przyprawiały mnie o dreszcze.
- Wszystko w porządku?
Nie. Nic nie było w porządku.
- Boję się.
- Wiem. - to mówiąc pogłaskał mnie po głowie - Jeszcze tylko godzina i powinniśmy być za murami. - Uśmiechnął się.
Ja też się uśmiechnęłam i byłam zadowolona, że rego nie dostrzegł.
- Teraz mnie posłuchaj. Wejdziemy do głównej komnaty. Wiem gdzie to jest, bo już raz z Razyrem robiliśmy tutaj małe zwiady. Ty będziesz stała przy drzwiach i powiesz mi kiedy ktoś będzie nadchodził. - spojrzał na mnie a ja znów odwróciłam wzrok. Nie potrafiłam patrzeć mu w oczy. - To nie jest trudne zadanie. Poradzisz sobie? Ja spróbuję przejrzeć te mapy.
Pokiwałam głową. Miałam tylko nadzieję, że nikogo tam nie będzie. Że już wkrótce się stąd wyniesiemy.
Wchodząc przez główny portal spostrzegłam mnóstwo starych, antycznych przedmiotów które nadawały wnętrzu niesamowity charakter. Ściany obite były czerwonym aksamitem i wykończone pozłacanymi listwami. W rogu stał kominek, który w lecie nie był potrzebny. Był tu także ozdobny stół z kompletem krzeseł, dwa regały na księgi i mały stoliczek... Czyli cel naszej wyprawy. Na drewnianym blacie rozłożone były podniszczone pergaminy i przyrządy do odmierzania odległości.
Schowałam się we wnęce szafy przy wejściu, uważnie obserwując korytarz. Mieliśmy szczęście, że akurat nikogo nie było w pokoju. James zakradł się do map i chwilę je przeglądał. Do czasu konsekwencji mojego błędu. Cały czas obserwowałam drzwi wejściowe, ale nie zauważyłam drugich prowadzących najwyraźniej do apartamentów dowódcy. Odwracając głowę w stronę przyjaciela widziałam już tylko stalowe ostrze przyłożone mu do gardła.
Chciałam krzyknąć, ale w ostatnim momencie zatkałam sobie usta dłonią. Wtedy złapałam kontakt wzrokowy z Jamesem. Jego oczy mówiły wyraźnie "zostań w ukryciu". Miał pecha, bo nienawidziłam tego, gdy się mną manipulowało. Wyciągnęłam rękę, koncentrując się na energii przepływającej przez moje ciało. Cały czas słuchałam też monologu dowódcy, upiornie szepczącego coś do mojego towarzysza.
To już było przegięcie.
Zanim postanowiłam zaatakować, widziałam jeszcze jego zrezygnowany wyraz twarzy. Zdecydowanie mi odradzał użycia moich umiejętności.
Za późno.
Wyszłam z ukrycia i potężnym zamachem rzuciłam kulę światła w kierunku wroga. Strach nagle zmienił się we wściekłość. Dowódca był osłupiały na mój widok, a po przyjęciu ataku odrzuciło go w tył i uderzając o ścianę zerwał z niej trochę czerwonego materiału. Czułam, że to dopiero początek moich kłopotów tutaj, ale złość nie pozwalała mi przestać.
Nie zwróciłam uwagi na towarzysza podnoszącego się z posadzki obok. Przeszłam koło niego i wyciągnęłam dłoń w kierunku mizernie wyglądającego generała. Mężczyzna chwycił się obydwoma rękami za szyję i zmieniając kolor twarzy na fioletowy chwilę później znalazł się pod sufitem. Nie wiedzieć czemu, zaśmiałam się.
- Puść go - szepnął mój towarzysz. - Wynośmy się stąd.
Na początku nie zareagowałam na polecenie, ale po chwili opuściłam dłoń, a dowódca upadł na podłogę wznosząc trochę kurzu z drewnianej podłogi przykrytej dywanem. Widziałam, że ze złością w oczach masował szyję, szepcząc coś pod nosem.
Biegliśmy korytarzem, słysząc za sobą przyspieszone kroki i wrzaski. Musiał wezwać strażników. James złapał mnie za rękę i kierował szaleńczym pościgiem, na końcu wciągając do jakiegoś pomieszczenia i zatrzaskując drzwi. Po raz kolejny dzisiaj zmyliliśmy pościg.
Byłam zszokowana tym, co się stało, że rzuciłam się Jamesowi na szyję.
- Hej, spokojnie - mówił do mnie, przytulając delikatnie - przecież jest wszystko w porządku. Chodź, musimy iść. Jeszcze nie jesteśmy bezpieczni.
- Znowu? Tam na korytarz?
Roześmiał się. Na chwilę wyjrzał za drzwi i wyciągnął z uchwytu rozżarzoną pochodnię, potem najzwyczajniej w świecie ruszył w przeciwną stronę, oświetlając pokój stłumionym blaskiem.
- Myślę, że to nie będzie potrzebne.
James spojrzał na mnie pytającym wzrokiem, a ja znowu wybuchnęłam śmiechem i w nagłym przypływie pewności siebie przywołałam w dłoń niewielkiego świetlika. Teraz go czułam. W dotyku przypominał mokry ręcznik, ale był dużo lżejszy i uspokajał mnie lepiej, niż głaskanie kota. Mój przyjaciel otworzył drewnianą klapę w podłodze i w ten sposób, podziemnymi korytarzami, niezauważeni wydostaliśmy się z miasta.
***
- Chcesz wrócić się po konie? - James wydawał się być zrelaksowany.
Skinęłam głową i skierowaliśmy się w przeciwną stronę wzdłuż murów.
- Skąd wiedziałeś jak się stamtąd wydostać? Wyglądałeś jakbyś znał tam każdą cegłę.
- Mówiłem ci, nie słuchałaś? - szturchnął mnie w bok - Razyr zabrał mnie kiedyś na zwiad okolicy. Wiesz skąd się wzięły te korytarze?
Nie wiedziałam.
- Te tereny należały kiedyś do naszej Demacii. Tej, dla której tu jesteśmy. Miasto Sheridan powstało na gruzach innego miasta, z tego starszego zachowała się tylko sieć podziemnych korytarzy. Wrogowie próbowali pozaklejać wejścia. Zostały tylko te tajne, w najstarszych budynkach. Noksyjczycy nie mają o nich pojęcia. - Uśmiechnął się - były potrzebne do nagłych ewakuacji ludności.
Przerwaliśmy rozmowę, bo za zakrętem ujrzeliśmy nasze wypoczęte zwierzęta. Moja klacz odwiązała się i spokojnie skubała leśną trawę dwadzieścia metrów dalej. Kilka minut później, już przygotowani wyruszyliśmy w stronę obozu. Cieszyłam się, że nie jestem sama.
- Mogę o coś spytać?
- Mhm. - Byłam zamyślona. Myśli i wspomnienia z dzisiejszego dnia kotłowały mi się w głowie. Spojrzałam ponad siebie i podziwiałam gwiazdy na nocnym niebie. Chmury i mgła gdzieś się rozpierzchły, zostaliśmy my sami z dusznym wieczornym powietrzem.
- Skąd u ciebie taka nagła pewność siebie? - James patrzył do przodu, prowadząc konia między drzewami.
- Po prostu się wystraszyłam.
- Nie, to nie był tylko strach. Wyglądałaś jakbyś chciała jego krwi, chciała go niemal rozsmarować na tej ścianie... - mówił to żartobliwie, ale ja traktowałam to na poważnie.
- Nie wiem co mi się stało. W pewnym momencie chyba naprawdę chciałam go zabić. Ja... - po raz kolejny tego dnia miałam ochotę się rozpłakać. Za dużo tego naraz. - To byłaby zemsta. Miałeś nóż na szyi.
- Cieszę się, że opanowałaś swoje umiejętności.
- Potrzebuję jeszcze czasu. Za każdym razem, gdy je przywołuję, czuję się bardzo zmęczona.
- Poćwiczymy.
Reszta drogi minęła nam bardzo spokojnie, ale przez ostatnie dziesięć minut kleiły mi się oczy. Kiedy dotarliśmy do obozu była już pewnie trzecia nad ranem. W ułamek sekundy wyłapałam radość na twarzach przyjaciół. Radość z naszego powrotu.
- Co z mapami?
- Mam kopię - James pomachał w powietrzu świstkiem papieru. - Jeszcze się jej nie przyjrzałem, było ciemno.
Ogólny nastrój był jednak negatywny.
- Coś się stało?
Przez chwilę nikt nic nie mówił.
- Brakuje nam dwóch osób. Pojechali do północnych koszar, wyswobodzić jednego z więźniów. - Rzekł Razyr. - Mogłem nie dawać im tego zadania - szepnął już sam do siebie.
- Sona i Brand mieli najtrudniejszy cel. Wygląda na to, że będziemy musieli wyruszyć na odsiecz.
Jest jeden plus. Sony nie przesłuchają i nie wyciągną od niej informacji :D
OdpowiedzUsuńA wiesz, że Brand był kiedyś marynarzem?
Lol? Wiem, że Gangplank ma skina marynarza ;)
UsuńCzytaj Lore.
UsuńBtw, ja nie czytałem o Brandzie, koledzy mówili.
Btw, dziwne, jakby Gp (który jest piratem) nie miał skina marynarza.
Czepiasz się szczegółów. (:
Usuń