Pierwszy raz znalazłam się w takim miejscu. Nie zrzucałam na nikogo winy, bo wiedziałam co tak naprawdę się stało. Oskarżanie kogokolwiek nie było potrzebne, a i tak nic by nie zmieniło. Mawiają, że sprytny jest ten, kto osiągnie cel i zdąży się wycofać. Nam się udało tylko to pierwsze. Przynajmniej Garen był wolny. Miałam nadzieję, że przybędzie z pomocą.
Brand kolejną już godzinę usiłował wygiąć pręty swojej celi po drugiej stronie korytarza. Po naszej nieudanej akcji zostaliśmy rozdzieleni a ja poczułam się jeszcze bardziej samotna. Nawet nie mogłam do niego zawołać i spytać, czy wszystko w porządku. Wciąż nie potrafił pogodzić się z przegraną.
Wyciągnęłam moją demacjańską harfę i zaczęłam delikatnie głaskać struny samymi opuszkami palców. Moja muzyka tego dnia była przepełniona goryczą i zrezygnowaniem. Kiedy grałam, wszyscy więźniowie podchodzili bliżej w swoich klatkach i siadając na kamiennej podłodze, słuchali z zaciekawieniem. Nie było wtedy szeptu wśród zgromadzonych, który mógłby zakłócić brzmienie strun. Podobała mi się cisza i miarowe echo na korytarzu, który zwykle rozbrzmiewał krzykami brudnych, obrzydliwych przestępców jak i naszych sojuszników cierpiących te same męki. Mogłam sobie pozwolić na wytchnienie, grając.
- Cierpisz, Sono. - Brand oparty był głową o stalowe pręty i zatapiał się chyba w sennych marzeniach.
Nie przestawałam, wyglądało na to, że wszyscy powoli zasypiają. Cieszyłam się zatem, że i ja będę mogła sobie odpocząć.
***
Rano obudziłam się w nienajgorszym humorze, chociaż było bardzo wcześnie a pierwsze promienie słoneczne ledwo przenikały przez brudne okienko tuż pod stropem. Zastanawiałam się, ile czasu tutaj spędzę. Ile dni mojego życia będzie poświęconych na przesiadywanie w tym okropnym miejscu. Mimo wszystko byłam dobrej myśli. Wierzyłam w przyjaciół, bo oni na pewno nie mogli mnie tak zostawić. Ani mnie, ani Branda. Z nudów znów zaczęłam grać. Muzyka zlewała się z czerwonym światłem poranka, igrała z nim i tańczyła, co jakiś czas zawisając w rześkim powietrzu. Czułam się wolna mimo krat. Wtedy na schodach dało się słyszeć czyjeś przyspieszone kroki i brzęk kluczy, które jak się okazało były przywiązane do pasa naszego strażnika. Przyszedł tutaj najwyraźniej w jakimś celu, bo żwawo przeszedł obok mojej celi kierując się w stronę mojego przyjaciela. Wtedy się zatrzymał.
- A kto tutaj tak pięknie gra?
Wyczuwałam, że ten wysoki mężczyzna zwykle nie jest taki łagodny. Miał dzisiaj zły dzień z powodów, których nie potrafiłam odgadnąć. Wydawało się, że żołnierze noksyjscy są pozbawieni uczuć. Jego serce drgnęło na dźwięk strun, to był niezbity dowód na to, że nie warto ufać stereotypom.
- Nie jesteś taki jak inni, prawda? - szorstki głos strażnika współgrał teraz z moją melodią. - Ty nawet nie jesteś mężczyzną. Skąd się tu wzięłaś?
Rzuciłam mu łagodne spojrzenie niebieskich oczu. Wtedy dostrzegłam coś, czego bym się nie spodziewała. Mężczyzna miał oczy przewiązane płócienną chustą. Nie mógł nic widzieć.
- Ona ci nie odpowie. - usłyszałam Branda z drugiego końca korytarza.
Cała radość ze mnie wyparowała. Mogłam prawidłowo funkcjonować nie mówiąc, ale gdy słyszałam czyjś śpiew, łzy same napływały mi do oczu.
Strażnik podszedł do tamtej celi, widziałam jak pewnie się porusza mimo swojej ułomności.
- Ciekawe dlaczego? - rzucił w jego stronę, głosem dużo bardziej niebezpiecznym.
Zadrżałam.
- Nie potrafi. Jest niemową.
Po raz kolejny poczułam nietypowe emocje przepływające przez strażnika. Zmienianie ludzi było takie szlachetne, ale długotrwałe i trudne. Mężczyzna jeszcze raz odwrócił się w moją stronę. Tym razem już nic nie mówił. Powoli budzący się więźniowie znów wznieśli głośne okrzyki, które budziły kolejnych i przez to rosły na sile. Bolała mnie głowa. W celi obok dwóch starszych, silnych mężczyzn zaczęło bić się na pięści. Ręce niektórych wystawały między prętami, chcąc dosięgnąć strażnika.
- Otwórz przejście! Zaprowadzimy pokój w Noxus! - syczenie ich głosów przyprawiało mnie o dreszcze.
Zdenerwowany człowiek uderzył ich długim kijem po przedramionach, a oni cofnęli się, krzycząc jeszcze bardziej.
Nie potrafiłam już wytrzymać, dlatego znowu chwyciłam harfę i zagrałam kilka nut, wnet uciszając zbyt hałaśliwe towarzystwo. Tym razem miałam już dość więzienia. Widziałam tu zbyt dużo bólu i cierpienia.
- Nie przestawaj grać, proszę.
Wykonałam polecenie strażnika. On najspokojniej otworzył jedne z drzwi i zakuł w kajdany niskiego, przysadzistego mężczyznę z prostymi włosami opadającymi na oczy. Wyprowadził go i zatrzasnął wrota prowadzące na korytarz.
- Dokąd go zabrał? - Brand próbował udawać spokojnego, ale kiepsko mu to wychodziło. Jego głos drżał, podobnie jak broda i ręce.
- Codziennie w południe dokonuje się egzekucji jednego więźnia na głównym placu w Sheridan. Cele muszą się zwalniać dla nowych przestępców.
Ludzi jednak wcale nie da się zmienić. - Pomyślałam smutno.
Następnego dnia rano spałam na kamiennej półce, słoma z tego prowizorycznego posłania wplątała mi się w błękitne włosy i drapała delikatną skórę. Słyszałam kroki i jednym okiem spostrzegłam jak strażnik zatrzymał się przy mojej celi. Stał dosłownie kilka sekund, po czym ruszył dalej i otworzył drzwi Branda.
- Ruszaj się!
Mój przyjaciel wstał i bez słowa ruszył, będąc uderzanym przez tego mężczyznę. Na chwilę zatrzymał się obok mnie.
- Sono! Pozdrów ich ode mnie.
Pokiwałam głową, trzymając go za rękę. Nie mógł nie zauważyć strumieni łez, które powoli zaczęły spływać mi po policzkach.
***
Siedziałam skulona w kącie mojej klatki, nie ruszając się od pojmania Branda. Byłam głodna, ale nawet nie dotknęłam posiłku przyniesionego w południe przez jakiegoś pracownika. Pragnęłam, by to się skonczyło. Miewałam straszne myśli. Teraz nawet więźniowie rozmawiali przyciszonymi głosami. Na korytarzu dostrzegłam dzisiaj innego strażnika. Głośno tupał, a gdy wyciągnął klucze, zatrzymał się przy mojej klatce. Bez słowa dałam się zakuć w kajdany, ale Noksyjczyk musiał się bardzo namęczyć, żeby wyrwać mi harfę. Nie przestawałam płakać, ale nawet nie pociągałam nosem. Po prostu duże, słone krople płynęły mi po twarzy. Zostawiłam za sobą zaskoczonych przestępców, zostawiłam całe dotychczasowe życie. Niech się dzieje co chce.
O dziwo zamiast na zewnątrz, strażnik poprowadził mnie na klatkę schodową, a potem do jakiegoś przestronnego gabinetu wykończonego w stylu gotyckim. Zauważyłam jakiegoś dostojnego mężczyznę z brodą i w czarnym płaszczu przeszytym złotą nitką. Siedział on za olbrzymim inkrustrowanym stołem i rytmicznie uderzał paznokciami w polerowane drewno. Przypięto mnie do jakichś łańcuchów przy ścianie i wtedy mogłam obejrzeć dostojnika w całej okazałości. Po drugiej stronie twarzy miał on głęboką bliznę od lewej strony czoła, poprzez prawy oczodół, aż do podbródka. Sprawiał wrażenie okrutnego i żądnego krwi.
- Kogo my tu mamy? - mówił grubym, chropowatym głosem który przywodził na myśl jakiegoś rosyjskiego drwala. Zaśmiał się, a ja się wzdrygnęłam. Położenie łańcuchów uniemożliwiało mi normalne ruchy a kajdanki wpijały się w nadgatstki. - Teraz nasza mała dziewczynka powie nam, dlaczego razem ze swoim mężczyzną postanowiła wypuścić jednego z groźniejszych wrogów Noxus. - Oparł się spokojnie o swój mały zdobiony tron i wpatrywał się we mnie jednym okiem, marszcząc brwi.
Oddychałam głęboko czując, jak zbiera się we mnie gniew. Nie było to częste zjawisko w moim przypadku. Czekałam zatem na kolejny ruch generała. Nie mogłam się doczekać, kiedy wreszcie się zdenerwuje. Zadał jeszcze kilka pytań, ale ja się tylko uśmiechałam, prowokując go jeszcze bardziej.
- Generale, znalazłem to przy tej kobiecie - strażnik wręczył starcowi mój instrument.
Mężczyzna wykrzywił usta w uśmiechu.
- Już to kiedyś widziałem. Wspaniały pomysł, odbijać więźnia przy pomocy demacjańskiej harfy, prawda? - to mówiąc podał przedmiot strażnikowi. - Dopilnuj, by została zniszczona. Zmiażdżymy serce naszej Demacjance, jeżeli się nie przyzna do wszystkiego. Więc jak będzie?
Zaczęłam się miotać, ale bezskutecznie. Śruby w kajdanach były zbyt mocne.
- Przygotujcie dla niej jakieś tortury.
Wtedy wyjrzałam przez drzwi i zobaczyłam naszego strażnika, który chyba mnie wyczuł, bo wszedł do pomieszczenia i ukłonił się.
- Generale, od tej kobiety niczego się nie da dowiedzieć. Nie może mówić.
Starzec z blizną popatrzył na mnie i pokiwał głową.
- Ale tortury nie zaszkodzą.
- Proponuję egzekucję w jutrzejsze popołudnie. Ona się już nie przyda. - Mówił głosem urzędowym, całkowicie poważnie. Nie mogłam w to uwierzyć.
W tym samym momencie do gabinetu jak strzała wpadła kobieta, którą poznałam bez trudu. Katarina.
- Ojcze! - panikowała, nie do końca panując nad swoimi ruchami - Musisz ze mną iść! Szybko! - gdyby Katarina nie byłaby Katariną już dawno zalałaby podłogę morzem łez będąc w takim stanie.
- Weź ją do celi a ty zniszcz harfę! Wykonać rozkaz!
I pędem opuścił pokój, zostawiając nas w dziwnym zakłopotaniu. Strażnik poprowadził mnie w dół, po schodach.
- Tak mi przykro.
Lee Sin o ile pamiętam, nie był Noxiańskim strażnikiem... Ale ok, niezły pomysł z obsadzeniem go na tej roli.
OdpowiedzUsuńRosyjski drwal? Nie ma nic o przeszłości Sony, a jej kojarzy się głos generała z głosem jakiegoś drwala z Rosji? Ciekawe...
Ja domyślam, się, co się stało, że Kata się tak wystraszyła ;) Ale nie powiem Ci, co myślę.
Btw, kto jeszcze czyta, niech komentuje :D
Pisałam kiedyś, że wszyscy się przenieśli. Nie są stamtąd, dlatego Sona mogła mieć skojarzenia z rosyjskim drwalem :)
OdpowiedzUsuńNie miałam pojęcia co zrobić z Lee Sinem stąd taki pomysł. Mam nadzieję że za bardzo nie namieszałam ;\