Wysokie, strzeliste wieże prześwitywały przez korony drzew kiedy wojowniczka podążała starą, znajomą ścieżką. Miała spotkać się z Kayle i omówić plany odnalezienia grupy demacjańskiej kryjącej się w dziczy lasów Sheridanu. Zanim jednak przeskoczyła zarośnięty mchem mur, jeszcze raz spojrzała na błękitną dachówkę jednej z wież. Z dala pałac wyglądał na zamieszkały, ale został już dawno podbity przez Noxus i całkowicie opuszczony. Kiedy przesunęła palcami po wilgotnym, jasnym kamieniu, dosięgnął ją głęboki smutek. Ach, gdyby pamiętała te niesamowite czasy pokoju i dostatku... Do połowy zawalona brama wpuściła Leonę na dziedziniec. Na samym jego środku fontanna z rzeźbą smoka sprawiała przygnębiające wrażenie. Wszystkie smoki, nawet te kamienne przyciągały inne smoki. Twierdza była niegdyś ostoją dla tych zwierząt, jak i dla półsmoków cierpiących z powodu ich niedoskonałej natury. Obecnie nie pozostał na świecie już żaden przedstawiciel tego gatunku, przez co Demacja utraciła jedną ósmą swoich wojowników. Smoki były niezrównane w walce i często przechylały szalę zwycięstwa na ich stronę.
Na blankach muru coś się poruszyło. Leona przyjrzała się kamiennym gargulcom, nie zauważając nic podejrzanego. Nic podejrzanego poza pustką w tym miejscu. Musiała poczekać na Kayle. W tym samym momencie kobieta poczuła mocne uderzenie w plecy, zakręciło jej się w głowie i upadła. Kiedy sięgnęła ręką za siebie i wyciągnęła grot, wszystko przestało być jasne. Tracąc świadomość jeszcze raz spojrzała na srebrną, chłodną w dotyku strzałę pokrytą cienką warstwą szronu który od razu stopniał.
Ashe. Przeciw mnie.
Nie mogąc dłużej utrzymać się przy życiu całkiem osunęła się na ziemię.
***
Leona mrugała oczami, próbując dostrzec jakieś szczegóły otoczenia, w którym się znajdowała. Jako Wojowniczka Słońca nienawidziła zamkniętych, zwłaszcza ciemnych pomieszczeń i nawet w deszczu nocowała na zewnątrz. Teraz, w tych ciemnych, wilgotnych podziemiach chciała umrzeć. Znalezienie się pod powierzchnią Ziemi, z dala od blasku Słońca było dla niej najgorszą karą... Nie. Była jeszcze jedna, ale już prawie całkiem zapomniana która niegdyś zniszczyła czterech najważniejszych dowódców. Kobieta wolała nawet o niej nie myśleć.
- Jesteś już? - głos Ashe był dziwnie chłodny, obojętny. Nigdy, mimo swojej mroźnej natury, nie była osobą złośliwą ani okrutną. Leona pamiętała swoją przyjaciółkę Ashe jako ciepłą, pełną zrozumienia kobietę która zawsze pocieszała i pomagała w miarę możliwości. Ta Ashe była zdecydowanie inna, nie znały się od tej strony. - Nie sądziłam, że tak szybko dojdziesz do siebie. - Wstała i powoli okrążyła kolumnę podtrzymującą sklepienie, do której przykuta była towarzyszka.
Demacia uznała Ashe za martwą, gdy pewnego dnia nie wróciła z misji zwiadowczej. Leona pamiętała ten dzień, gdy przemoknięty od deszczu goniec z brązowymi włosami przylepionymi do czoła i szyi przyniósł przykre wieści o śmierci sojuszniczki. Wszyscy bardzo to przeżyli. Kobieta pamiętała, że na jej stanowisko został powołany nowy wojownik, który zaginął niedługo później. Mieli jeszcze nadzieję na odnalezienie go w Noxus.
- Wiem, dlaczego tutaj jesteś. Twoja przyjaciółka wpadła w naszą pułapkę. Teraz tylko powiedz dokąd zmierzacie...
Leona zauważyła zmiany w zachowaniu Ashe, ale nie przypuszczała jak wielkie mogły być.
- Ashe, dlaczego Noxus? - przejrzysta łza spłynęła po jej policzku, ale ze spętanymi rękoma nie mogła jej wytrzeć. - Jest tyle możliwości wyboru... - Wtedy łuczniczka wyjęła strzałę i dotknęła łzy grotem. Kropla momentalnie zamarzła i rozbiła się o posadzkę.
Wtedy Leona coś sobie przypomniała. Widziała kiedyś nieprzyjaciela zwanego Mordekaiserem, który po zabiciu wroga wskrzeszał go jako swojego podopiecznego. Czy może klonował? W końcu ciało martwego pozostawało nienaruszone a klon biegał sobie radośnie i zabijał razem ze swoim panem. Takie istoty różniły się jednak od prawdziwych swoich stworzeń. Nie posiadały ich duszy, a co za tym idzie także ich marzeń, wspomnień i wiedzy.
- Pamiętasz jak walczyłyśmy razem broniąc zamku w Horsham? - spytała Leona, chcąc sprawdzić swoje podejrzenia. - Pamiętasz, co ci wtedy powiedziałam?
Ashe zaczęła się denerwować. Krążyła teraz blisko ścian a pochodnie rzucały mdłe światło na jej wykrzywioną twarz.
- Mówiłam, że mimo wszystko nie zmienię strony. Że wygramy, ale tylko trzymając się razem. - łuczniczka mocno uderzyła kobietę w twarz.
- Co jeszcze mówiłaś?
- Ty mi powiedz - Leona znowu otrzymała cios.
- Myślę, że to nie będzie konieczne. - rzekła Ashe, zastanawiając się - Nie chciałabyś kogoś poznać? Myślę, że dużo o niej słyszałaś, ale nigdy nie spotkałaś jej na żywo... To by mogło być ciekawe, nieprawdaż? - klon roześmiał się szyderczo i zaczął coś nucić pod nosem.
Nie pytaj Słońca, czemu ukryło się za horyzontem. Dlaczego spowiło mgłą swoje światło...
- Nie. To nie może się stać! Nie, Ashe nie wolno ci!
Dlaczego odwróciło swój pochlebny wzrok gdy Noc obróciła karmazynowe złoto w szarą łunę.
- Przywołując ją, zatracisz samą siebie...
Piękna, uwodzicielska melodia powinna koić nerwy, ale uszy Leony jako przedstawicielki narodu Solarich, były ranione. Kobieta z każdą chwilą traciła siły. Pogarda Księżyca, którą wołała Ashe też pochodziła z tego rodu. Lata temu zaczęła się interesować mocą Księżyca i posiadła ją. Jako heretyczka została skazana na śmierć przez Starszych. Jej ambicje w połączeniu z magią zabiły Radę, a ona wyruszyła w podróż by karać niewinnych za swoje cierpienia i nawracać ich na prastarą, zapomnianą wiarę. Leona znała tą historię jedynie z opowieści, bowiem od tych wydarzeń minęło już kilka stuleci. Legenda głosiła, że tą modlitwą można było przywołać Pogardę.
Jednej prostej prawdy Słońce nie odważyło się wyznać. Jego światło potrafi jedynie oślepiać i palić...
- Nie wiesz, co robisz! - Leona czuła, jak światło jej aury powoli zanika, a mrok się zagęszcza. Cząstki ciemności kumulowały się naprzeciw wojowniczki, zostawiając wolną przestrzeń za jej plecami, między kolumną a jedynymi wrotami wejściowymi do okrągłej sali. Leona słuchała tych kłamstw o samej sobie i o swoich pobratymcach. Byli przedstawieni jako winowajcy, zdrajcy i głupcy, wierzący w swoje Słońce mające ich wybawić. Jakoby światło Księżyca miało być jedyną słuszną prawdą, która się liczy.
Okrutny Księżyc przywiódł Koniec.
Świt nie wstanie nigdy więcej.
W jednym momencie zgasły wszystkie pochodnie, a salę zalała szara mgła i błękitnoniebieskie światło, bijące od wejścia do sali. Leona nie mogła jej zobaczyć będąc przykuta tyłem.
- Kończy mi się czas - Ashe stanęła dokładnie naprzeciw uwięzionej wojowniczki, uśmiechając się. Widziała teraz Leonę skąpaną w księżycowej poświacie - Koniec światła dnia, moja droga. Pogódź się z tą okrutną śmiercią z dala od twojego ukochanego Słońca - ostatnie słowo niemal wypluła.
Wtedy cała postać Ashe rozsypała się w drobny, czarny pył. Leona miała rację, prawdziwa łuczniczka już dawno nie żyła. Teraz mogła już tylko czekać na powolną, straszną śmierć. Diana, potęga księżyca dla wszystkich Solarich była bezlitosna.
Pamiętaj Leono... Obiecałaś. Do śmierci nigdy nie zmienisz strony.
~~~~~~~~~~~
Helloł, rozdział był inspiracją przez nowego championa, a zwłaszcza to:
>>KLIK<<
Ładna muzyczka ( iks de lol ) :D
Tekst modlitwy jest tłumaczonymi fragmentami piosenki, dziękuję za uwagę, do następnego :)
Przerywam w momencie "Jako wojowniczka Słońca". SOLARI. SOLARI. LEONA JEST SOLARI.
OdpowiedzUsuńWracam do czytania.
Wiedziałem, że potem będę żałować.
Usuń"Przedstawicielki narodu solarich". Noo, troszkę się mijasz z lore LoLa, bo Solari jest tylko jedna, Leona (Diana nie jest, a mogła być).
To ciekawe bo z historii Diany którą czytałam wynika co innego ale dobra, niewazne :)
Usuń